29 kwietnia 2026 r.
Moringa 750x90 podstrony
Theodor Donat: Erdmannsdorf/Mysłakowice osobliwości i historia. Cześć 3

Wydawca: Paul Ertel Jelenia Góra 1887 r.

Z języka niemieckiego przetłumaczyła na język polski Pani Zuzanna Kujat z Mysłakowic.
Zlecił i wynagrodził oraz poprawił, przepisał na komputerze Emil Pyzik.
Książka została odtworzona z płyty którą Emil Pyzik otrzymał od pana Hansa – Ulricha Rudolpha z Molkenweg – Niemcy we wrześniu 2003 r. Pan Ulrich jest synem ostatniego właściciela pałacu w Erdmannsdorf – Mysłakowicach.

Cześć trzecia. cześć druga, cześć pierwsza

Obecnie składamy podziękowanie i kładziemy je u stóp Waszego Majestatu, aby niebieski ojciec zachował nam naszego króla w długim życiu i błogosławił jego rządy oraz cały jego królewski dom, abyśmy pod jego ochroną mogli wieść ciche, pełne szacunku i spokojne życie. Dobre i miłosierne ojcowskie serce naszego dobrego króla, budzi wszystkie nasze serca. Obiecujemy być posłuszni i wierni przez całe nasze życie. Chcemy, jeżeli to jest tylko w naszej mocy, spełniać rozkazy Waszej Wysokości, tak jak to czyniliśmy dla cesarza. Niech Bóg nagrodzi Waszą Wysokość za wszystkie dobra, które dla nas czynisz, a my wierni i uczciwi pozostaniemy i będziemy się nieustannie za Was modlić i z dziecinną ufnością oczekiwać, co najłaskawszy Pan i król o nas postanowi”.
Kowary dnia 18 października 1837 r.
Autorem tego listu, który stylistycznie przypomina ten z 27 maja, może być Johann Fleidl, jednak zapewne musiał on do tego potrzebować pomocy kogoś innego, na co wskazuje autentyczne pismo Fleidla z 22 sierpnia z Bichl, jeszcze przed wyjazdem z Tyrolu do nadwornego kaznodziei Straussa, które różnie się zupełni stylistyką.
Również list skierowany do następcy tronu (późniejszego króla Fryderyka Wilhelma IV ) z dnia 18 października 1837 r. jest prawdopodobnie przez Fleidla ułożony.
„ Waszą królewską Wysokość zawiadamiamy, iż my Tyrolczycy z Zillertalu, dotarliśmy szczęśliwie na miejsce i doznaliśmy tu wielu dobrodziejstw. Wiemy że, zawdzięczamy to Bogu i dobremu królowi, za którego będziemy się dozgonnie modlić. Prosimy jednak Was Najłaskawszy Panie, ponieważ Was też ukochaliśmy i całe nasze zaufanie Wam powierzamy, jako naszego przyszłego króla, że Wasza książęca Wysokość jako przyszły król, ma też jak swoje dzieci nas traktować i pod swoją wziąć opiekę. Również my chcemy nasze obowiązki spełniać z całych sił i zawsze modlić się za Was i cały Wasz dom, co teraz z wiernego serca czynimy, zaś szczególnie dnia 15 w dniu Waszych urodzin”.
Nie było to łatwe zadanie, aby w małym górskim miasteczku jak Kowary znaleźć miejsce dla 416 emigrantów. Trudno było znaleźć wystarczającą liczbę zakwaterowań i mimo wielkich wysiłków Komitetu wystąpiły znaczne braki. Do tego dołączyły się skargi o przeludnieniu w poszczególnych mieszkaniach, które tym bardziej należało nie lekceważyć, bo akurat wówczas na Śląsku panowała cholera – choroba zakaźna, która też zawitała w góry i niektórzy spośród Tyrolczyków stało się jej ofiarami ( 5 osób ).
Lekarz dr Veigel przy swoich wizytach u chorych miał ciężką sytuację, ponieważ Tyrolczycy ciężko się jego zarządzeniom podporządkowywali. Żalili się również często u Pani hrabiny von Reden że upiera się przy swoich zarządzeniach. Co dotyczy nauki szkolnej, hrabina uważała za konieczne utworzyć dla nich w niedługim czasie szkołę. W szkole został zatrudniony wybitny nauczyciel. Młody i inteligentny Karol Fryderyk Hartmann urodzony 14 sierpnia 1816 r. w Doberszau.
Nauczyciel postanowił nie tylko nauczyć dzieci ale również dorosłych. Zadanie jego nie było łatwe, ponieważ przede wszystkim musiał się przyzwyczaić do niezrozumiałego dla niego dialektu swoich wychowanków. Kiedy trudność ta została przełamana, Hartman zauważył ku swojej radości, że powierzono mu młodzież, która w niedługim czasie dzięki swojej pojętności i przenikliwej pamięci zrobi wyróżniające i duże postępy.
Młody Tyrolczyk Michał Kolland, był bardzo użyteczną podporą dla swojego nauczyciela. Tak więc, dwaj młodzi ludzie pracowali nad emigrantami by nadrobić to co nie było im dane uczynić w ojczystym kraju i by dorównali obecnym rodakom w nowej ojczyźnie. Tak nie powinno się już więcej wydarzyć na niemieckiej ziemi by 20 tu starych ludzi zasiadło w ławkach szkolnych w celu nauczenia się czytania i pisania.
Ale oni męczyli się po to, aby wersety z Biblii, które poruszały ich dusze i serca, którym obrona kazała wziąć kij wędrowny i szukać azylu w obcym kraju, aby móc czytać własnymi oczami. Lekcjami religii kierował pastor z Kowar Sussenbach. Oczywistym jest, że Tyrolczycy brali gorliwie czynny udział w coniedzielnym nabożeństwie, ale również chętnie odwiedzali prowadzone przez karpnickiego pastora Siegerta w karpnickiej szkole 3 razy w tygodniu wieczorne nabożeństwa, w których niekiedy również brał udział książę Wilhelm z całą swoją rodziną.
Dnia 12 listopada nastąpiło przyjęcie Tyrolczyków do społeczności kościelnej, ponieważ okazało się, że Zillertalczycy dowiedli dokładną znajomość podstaw wiary ewangelickiej. Dzień ten to wielkie znaczące święto. W imieniu wszystkich swoich rodaków Johann Fleidl złożył wyznanie wiary przed całym zgromadzeniem, po czym Tyrolczycy przyjęli komunię świętą.
Dnia 27 listopada zawarto 4 małżeństwa. Połączyli się: Johann Fleidl z Sarą Bagg, Kajetan Hotter z Marią Kroll, Andreas Schistll z Elizabeth Prem i Józefe Prosch z Anną Hauser. Do zarządzania swoimi sprawami Tyrolczycy wybrali Zarząd składający się 4 osób, a byli to: Fleidl, Heim, Brucker i Stockl. Duszą Zarządu był J. Fleidl który posiadał to, co brakowało większości swoich rodaków, była to wiedza, którą rzadko się widywało u pochodzących ze stanu robotniczego, oraz jasny i spokojny sposób mówienia, co od razu protegowało go do roli wodza. Jego dziadek, który zmarł w wieku 98 lat, był świadkiem wywędrowania Salzburczyków oraz był bardzo gorliwym zwolennikiem wiary ewangelickiej.
Johann Fleidl należał do biedniejszych w swoim społeczeństwie. W Tyrolu zajmował się wykonywaniem drewnianych chodaków – drewniaków. Wiadomości z Biblii, jakie posiadał okazały się zdumiewające. Większą część Biblii znał na pamięć oraz był w stanie prowadzić rozmowę fragmentami Biblii, jak to czynili również jego towarzysze Bartłomiej Heim i Józef Beyer. Był wysokiego i silnego wzrostu, głowę miał nakrytą kapeluszem z szerokim rondem i spiczastym wierzchołku, z którego wystawały długie, ciemne loki. Ubrany był w żakiet z szyją głęboko odsłoniętą, a kołnierz koszuli obwiązany był luźno jedwabną chustką. Opasany był haftowanym pasem, zaś spodnie sięgały tylko do kolan. Była to piękna męska postać. Popiersie Fleidla zostało namalowane przez jeszcze żyjącego malarza E. Knippla z Kowar. Portret ten został przez E. Sachse wykonany w litografii. Do tego czasu zachowały się 2 litografie: jedna w szkole tyrolskiej, druga w domu Fleidla, który dziś należy do jego zięcia Hecheinleitnera. Fleidl zmarł dnia 4 stycznia 1853 r. w wieku 60 lat na chorobę płucną. Po nim koło jego domu pozostała cenna pamiątka – drzewo limba, którą posadził Fleidl, z przywiezionego nasienia z Zillertalu. Drzewo pięknie się rozwijało i miało pod koniec XIX wieku 25 stóp wysokości ( niestety w latach 70 tych XX wieku powaliła je wichura i zostało pocięte na opał ).
Było całkiem naturalnym, że Fleidl cieszył się najwyższym poważaniem, pośród swoich towarzyszy i miał na nich również największy wpływ. Nie rzadko dochodziło w czasie, gdy silnym ramionom Tyrolczyków brakowało zajęcia, że powstawały kłótnie, których łagodzenie należało do przywódców społeczności, jeżeli nie miało dojść do załatwienia sporów przez ulubiony przez Tyrolczyków sposób, mianowicie siłą mięśni. Dochodziły również skargi ze strony Komitetu do Zarządu na niestosowne zachowanie się niektórych Tyrolczyków. Wtedy musiał znów J. Fleidl łagodzić sytuację i przepraszać.
Na miejsce stałego pobytu dla Tyrolczyków wybrano Erdmannsdorf – Mysłakowice. Lecz do tego potrzebne były jeszcze domy mieszkalne oraz ziemia którą należało kupić, z wyjątkiem tych które król ze swoich posiadłości im odstąpił na osiedlenie. Lepszego miejsca niż Mysłakowice król nie mógł wybrać, gdyż nigdzie w Prusach, nie było miejsca, które mogłoby im zastąpić utratę ojczyzny.
Podczas zimy 1837/38 pracowici mężczyźni szukali zatrudnienia przede wszystkim w przemyśle drzewnym, i gdy wkrótce wczesną wiosną rozpoczęto budowę nowej kolonii w Mysłakowicach i Sosnówce, nie brakowało żadnemu z nich zajęcia. Niektórzy przyzwyczaili się jednak utrzymywać się na koszt innych i podjęcie codziennej pracy przedstawiało dla nich małą wartość. Ci okazywali niezadowolenie i upartość i pod pretekstem, że w Prusach nie ma dla nich wystarczających zarobków, zażądali od Urzędu w Jeleniej Górze paszportów, aby wrócić z powrotem do Tyrolu. Gdy im odmówiono, poskarżyli się u króla, który przekazał, aby im nie odmawiano, lecz pozostawiono wyjazd ich własnej woli. Gdy tak postąpiono, opamiętali się, zmienili się i pozostali.
Tyrolczycy, jak to już wspominano, w większości przybyli do Prus jako ludzie mało zamożni, ale byli pośród nich gospodarze, którzy posiadali w swojej ojczyźnie dość znaczną posiadłość. Było pośród nich 37 rodzin w tym 201 osób, których majątek wynosił w sumie 100.000 guldenów. Ale także pozostali dysponowali jeszcze majątkiem około 40.000 guldenów. Tylko nieliczni, którzy wywędrowali jako służba i robotnicy, posiadali mało środków lub byli całkowicie goli.
Zaraz po przybyciu do Kowar, na propozycje Komitetu, zdeponowano im gotówki i umieszczono na koncie procentowym. Zdeponowana suma wynosiła 110.000 guldenów. Inni częściowo z braku zaufania, częściowo by mogli je wypożyczyć innym, zatrzymali swoje pieniądze. Wyżywienie, opieka nad Tyrolczykami podczas pobytu w Kowarach, opłacał Rząd Prus. Do dyspozycji zostały przekazane Komitetowi 22.500 talarów na 1 rok. Jednakże i z innych źródeł wpływały pieniądze, jak od księcia Wilhelma z Karpnik, oraz z różnych kolektywów a nawet z zagranicy wpłynęły pewne sumy, którymi oszczędnie i sumiennie obracano. W 1838 r. z całą energią zabrano się do budowy domów tyrolskich w Mysłakowicach. Na osiedla nabyto następujące ziemie:
1. Z majątków – 940 morgów.
2. Z posiadłości prywatnych – 332 morgi.
3. Z posiadłości prywatnych w Sosnówce – 374 morgi.
Razem: 1.646 morgów.
Z tych trzech kompleksów powstały 3 kolonie, a mianowicie:
1. Sosnówka - Górny Zillerthal – 10 domów - 58 osób.
2. Mysłakowice – dobra królewskie – Środkowy Zillerthal – 41 domów – 184 osoby.
3. Mysłakowice – Dolny Zillerthal – 15 domów – 55 osób.
Razem – 66 domów i 297 osób.
Około 100 przybyłych Tyrolczyków znalazło schronienie: szczególnie robotnicy rolni u swoich rodaków, część zaś u miejscowych gospodarzy.
Przy budowie domów, które były całkowicie w stylu szwajcarskim, z daleko sterczącymi gontami i które pod jednym dachem posiadały pomieszczenia mieszkalne i gospodarcze, zatrudnionych było około 600 stolarzy i murarzy. Przy urządzaniu wnętrz, stawianiu pieców i konstrukcji ław. Miedzy budowniczymi a Tyrolczykami dochodziło do sporych konfliktów. Tyrolczycy żądali pieców w tym samym stylu co w Tyrolu, choć wysoce niepraktycznych, budowniczowie zaś chcieli ulepszonych pieców, które również były tańsze. Jednak wola i upartość Tyrolczyków zwyciężyła, pomimo przekonywujących dowodów budowniczych. Suma jaką kosztowała Tyrolczyków za uzyskane grunty w ilości 1.646 morgów wynosiła 32.878 talarów. Domy wybudowano im za darmo, ale Rząd dofinansował 18.500 talarów z funduszy budowy domów, który wynosił 115.000 talarów.
Koszty kupna gruntu były różne i wahały się między 10 – 25 talarów za morgę, w zależności od jakości ziemi. W całości koszty kolonizacji Tyrolczyków wyniosły państwo pruskie 141.500 talarów, na każdą głowę z przybyszów wypadało po 340 talarów.
Tyrolczykom postawiono szczególny warunek, mianowicie swoje grunty w czasie pierwszych 20 lat wolno im tylko dla współtowarzyszy odsprzedać. Dom nr 17 w Ziller był pierwszym, który został zasiedlony dnia 8 listopada 1838 r. W tym samym miesiącu większość budynków została ukończona, pozostałe dopiero latem 1839 r. Na przekazanych im gruntach w pewnej części należało je jeszcze zagospodarować, i w swoich nowiutkich domach należało się zabrać natychmiast za pracę.
Nauczyciel Hartmann wiernie stał przy nich i nauczał jak w racjonalny sposób zająć się gospodarką rolną. Tyrolczycy hodują zdrowe bydło i znają się bardzo dobrze na jego tuczeniu. W ogrodnictwie, a szczególnie w uprawie kwiatów ostatnio wykazali trochę zainteresowania. W hodowli bydła, wyrobie masła i serów posługiwali się zwyczajną metodą z Tyrolu, która znalazła na Śląsku i innych pruskich prowincjach wielu naśladowców. Przy dobrze zorganizowanej pracy mężczyzn i kobiet, a także wygodnie położonych pól uprawnych tuż przy posiadłościach, produkty ze swojej hodowli i pól, mogli dobrze zużytkować, zwłaszcza, że przy rozbudowie wielkiego przemysłu Przędzalni, w środku kolonii, przynosiły one zysk kolonistom.
Daninę płacili tylko w małej wysokości, bo kościół i szkołę wyposażyła królewska szkatuła. Szkoła w Zillerthal została postawiona na koszt królewski, a nauczyciel utrzymywał się z dotacji 5 morgów gruntu, 120 talarów, 22 talarów na drzewo i szkolnej płacy. Jednym z ważnych zajęć Tyrolczyków był udział w wycince drzew w pewnej części państwowego leśnictwa. To także przynosiło im znaczną korzyść. Ze strony członków pruskiego dworu, nawiązał się serdeczny kontakt, podczas częstego pobytu króla jak i księcia Wilhelma i jego rodziny z Karpnik oraz następcy tronu Fryderyka Wilhelma i jego żony Aleksandry z Meklenburgii. Przypomina to baśnie, w których książęta i księżniczki wychodziły ze swoich pałaców i spotykali się z pasterzami i wyrobnikami aby ich uszczęśliwić.
Najpiękniejsze wspomnienia zachowali Tyrolczycy o księżniczce Marii, dzisiejszej królowej wdowy Bawarii. Jako młodziutka 12 letnia dziewczynka, przejęła się ich losem, z wieloma z nich zawarła serdeczną przyjaźń, którą pielęgnowała mimo różnych przeciwności życiowych, aż do końca, z ostatnimi jeszcze żyjącymi przyjaciółkami z młodości. W wieku 12 – 15 lat brała udział w zabawach z dziewczętami i często chodziła do ich domów, nawet wtedy gdy, była już królową, aby dowiedzieć się o ich zdrowiu i losie. Serdecznie witała się zawsze z nimi, były one ze sobą na ty.
Gdy odbyła podróż do Tyrolu 1844 r. wstąpiła do domów – chat w Ramsbergu, Bichl, Hollezen itd. Gdzie mieszkali krewniacy jej ulubieńców, którzy tu pozostali aby przekazać im pozdrowienia przywiezione ze Śląska. Z prostymi chłopami siadała na piecowej ławie, ze wspólnej misy piła z nimi mleko i kołysała dzieci, jeżeli przez swój płacz przeszkadzały im w rozmowie. Potem znów na wiele godzin, zasiadała do biurka w swoim hotelu, by o wszystkim co widziała i słyszała w ojczyźnie swoich podopiecznych, opisać w długich listach, do których dołączała małe pamiątki ( np. dla Fleidla liście z jego gruszy, która ocieniała dawny jego dom w Bichl ).
Także o królu pruskim Fryderyku Wilhelmie III i jego następcy Fryderyku Wilhelmie IV wiemy że, sprawiało im radość, wdawać się w rozmowy z Tyrolczykami, odwiedzać ich we własnych domach i pieścić ich dzieci. A następca tronu nawet nie pogardził, aby na tyrolskim weselu raźnie zatańczyć, a potem naczelnika gminy Sebastiana Rahm, wziąć pod ramię, aby z nim pójść na spacer promenadą w nocnej ciszy przez park pałacowy. Wysocy dostojnicy widzieli w swoich protegowanych, prostych, pozbawionych obłudy, dzieci natury, z którymi lubili przebywać jak zwyczajni śmiertelnicy. Miłe przyjęcie, jakie spotkało Tyrolczyków z Austrii w Prusach, nie przeszło bez echa. W prasie austriackiej ukazały się szkalujące uwagi, nienawistne wrogie obwinienia, przeciwko byłym ewangelikom z ich dawnego Zillertalu. Były to także zjadliwe uwagi, przeciwko państwu pruskiemu, które ze strony pruskiej prasy musiały być odpierane, a Tyrolczycy brani w obronę. Do ich obrony zostało dołączone osobiste zdanie, osąd Mysłakowickiego duchownego pastora Rotha.
„Nie są oni tak zupełnie doskonałymi chrześcijanami, są między nimi tacy, którzy lubią sobie wypić i objawiają niedostatek w czystości ciała, ale w całości zasługują na dobrą pochwałę. Większość posiada u nas niezwykłe obeznanie ze słowem Bożym, szczególnie zaś znajomość podstaw nauki kościoła ewangelickiego według zasad augsburskiego wyznania wiary. Mocną, radosną wiarę, niewzruszone zaufanie Bogu, nie idzie im łatwo kłamać oraz nie kradną. W pracy są silni i pilni”.
Studiowanie Biblii było, po tym jak Tyrolczycy opanowali czytanie, ich najukochańszym zajęciem po przepracowanym dniu. A czytali to z taką powagą, jak gdyby każdy z nich chciał wykształcić się na pastora. Ale jak się to zdarza przy samoukach, często mieli złe rozeznanie w niektórych biblijnych pozycjach i ciężko było ich od raz podjętych zapatrywań odwieść. Często więc, popadali ze swymi duchownymi w ostre konflikty, bo oni próbowali ich od tych pomyłek odwieść.
Tyrolczycy trzymali się słowa i okazywali głęboką nieufność wobec wszelkich tłumaczeń i objaśnień, które jeśli nawet, to tylko pozornie odbiegały od dosłownego brzmienia słowa. Jeszcze na początku lat 50 –tych, gdy po odejściu ich pierwszego nauczyciela Hartmanna, który został obwiniony o przyłączenie się w 1848 r. w kompromitujący sposób do odmawiających płacenia podatków i przez to został zdjęty z posady nauczyciela. Młody nauczyciel nazwiskiem Benno Heinrich przez krótki okres czasu kierował szkołą i dał swobodne tłumaczenie starotestamentowego Cudu Vieleama Efela dał powód do tego, aby Zarząd Gminy zebrał się i uchwalił przeniesienie nauczyciela.
O zmarłym w 1870 r. w podeszłym wieku pastorze Roth, opowiada się, że pewnej niedzieli po nabożeństwie wstąpił do jednego z domów gdzie zastał siedzącą na ławie kobietę która gorzko płakała „Dlaczego płaczesz dobra kobieto?” zapytał, na co ona odpowiedziała „Jak tu nie płakać, jeśli się ma tak niewierzącego pastora?” Walka o to, kto ma racje w religijnych sporach, doprowadziła pewną ilość Tyrolczyków tak daleko, że na nowo nabrali chęci do ponownego emigrowania. Między nimi a pastorem często wybuchały gwałtowne zatargi. Gdy król został o tym powiadomiony, wysłał znanego dla nich kaznodzieję Straussa, aby załagodzić powstały konflikt i ponownie przywrócić spokój
Strauss zebrał Tyrolczyków w kościółku na Oberhofie (górna część Mysłakowic) i otworzył zebranie modlitwą. Gdy zakończył modlitwę, podszedł do niego Tyrolczyk, któremu jakoś wyraźnie modlitwa nie spodobała się, poklepał go po ramieniu i powiedział „Modliłeś się z pewnością, ale źle się modliłeś!”. Jednak duchownemu udało się główny powód sporu pozytywnie załatwić. Nie przekonani, najczęściej przyłączali się do sekty staroluterańskiej.
Schweiger w latach 50 – tych wywędrował do miasta przemysłowego Żyrardów do Polski, założył tam gminę babtystów, która miała licznych zwolenników i teraz jest kierowana przez jego synów.
Obecnie kierownikiem szkoły jest długoletni i zasłużony nauczyciel Gustaw Hahn, urodzony dnia 6 kwietnia 1827 r. w Złotoryi na Śląsku. Otrzymał wzorowe wykształcenie w tamtejszej szkole łacińskiej, egzamin zdał w Seminarium Nauczycielskim w Bolesławcu dnia 23 lutego 1846 r..
Osiadły tryb życia Tyrolczyków zaczął powoli zanikać, ale kiedy raz wzięli kij do ręki i poznali większy kawałek świata, szczególnie zaś w latach 50 – tych ciągnęło ich nie mało, ale przeważnie tylko młodych w nowy świat, do innych krajów niemieckich po chleb. Dopóty spokoju nie zaznali, dopóki nie obeszli całego świata, nie okrążyli całą kulę ziemską. Jedni powędrowali do Australii, aby kopać tam złoto, inni w tym samym czasie i zamiarze wywędrowali do Kalifornii, wreszcie jeszcze inni wywędrowali do Chile w Południowej Ameryce, aby tam uprawiać ziemię. Część z tych uchodźców powróciła z powrotem, inni zaś znaleźli w dalekich stronach nową ojczyznę, część zmarła lub zaginęła. Śląscy Tyrolczycy z wielką wytrwałością i upodobaniem pielęgnowali swoją starą tradycję i kulturę przyniesioną ze starej ojczyzny.
Nowi osiedleńcy między sobą porozumiewają się jeszcze starym tyrolskim dialektem, który dla pozostałych mieszkańców jest niezrozumiały i ma surowy nieprzyjemny dźwięk w brzmieniu. Niektórzy Tyrolczycy wysilali się przesadnie, aby podkreślić różnicę w dialekcie. Rahm często mówił, że nawet jako Tyrolczyk, nie może zrozumieć mowy niektórych swoich ziomków. Odnośnie, co do stroju narodowego, w którym przybyli na pruską ziemię, zmuszeni byli ze względu na tutejszy klimat do wprowadzenia pewnych zmian.
Mężczyźni zamienili krótkie do kolan spodnie, pończochy i krótkie buty, na długie spodnie i wysokie buty. Także ciężki tyrolski kapelusz filcowy, nie był więcej noszony, lecz niektórzy są tak przywiązani do tego stroju, że na co dzień, noszą ten sam kapelusz w którym przywędrowali 50 lat temu. Jednak na uroczystość ubierają się w oryginalny strój tyrolski.
Tyrolskie dziewczęta, już od wielu lat ubierają się podobnie jak dziewczęta śląskie, w zwyczajny strój, który w sobie nie ma nic charakterystycznego i hołdują zmieniającej się ciągle modzie. Niektóre z tyrolskich kobiet zakładają jeszcze tylko w uroczyste dni jak np. wesela, zmodernizowane tyrolskie kapelusze filcowe. Szczególną osobliwością u Tyrolczyków jest to, że między sobą nazywają się nie swoimi rodowymi nazwiskami, tylko przypadkowo utworzonymi przydomkami jak: Flodral u Rahma, Danggar u Krolla, Barleitner u Krolla itp.
Prawdziwe rodowe nazwiska są włożone w klamry. Pochodzenie tych przydomków jest różne. W niektórych przypadkach pochodzą one z tyrolskich miejscowości skąd pochodził nazwany lub jego rodzice, dziadkowie itp. Barleitner z Barleiten. W innych przypadkach określa charakter danej osoby. Przydomek taki przechodzi z ojca na syna, jeśli ten ostatni jest następcą posiadłości ojca – ojcowizny.
Śpiew jest u Tyrolczyków w dzisiejszych czasach już mniej pielęgnowany niż kiedyś. Nie mają tylko żadnego związku – zespołu śpiewaczego, w którym mogliby swoje pieśni ludowe ćwiczyć. Jodłowanie, które jest charakterystyczne dla pasterza tyrolskiego i czyni go poniekąd wirtuozem, przez śląskiego Tyrolczyka zostało zapomniane. Tylko gra na cytrze jest w większości ćwiczona, wystarcza to jednak tylko dla domowego użytku. Przy różnych okazjach, gdzie Tyrolczycy zbierają się w większej liczbie, śpiewa się jeszcze stare pieśni jak „Wysoko z Dachsteinu gdzie orzeł przebywa” itp.
Wówczas także rozlega się silny głos solisty. Zillerthal który ma obecnie w dawnym śpiewaku operowym Baggu człowieka „któremu Apollo dar śpiewania włożył do kolebki”, odpoczywa on teraz po dalekich podróżach i wielkich trudach w służbie sztuki, lecz od czasu do czasu w kręgu przyjaciół śpiewa w najlepsze a refrenowi wtóruje chór, któremu towarzyszy jodłowanie i radosne pokrzykiwanie.
Wędrujący po Niemczech tyrolscy śpiewacy jak np. Holaus i Muhlbek, czy w obecnych czasach Towarzystwo Rainer, kiedy ocierali się o Śląsk, rzadko zaniedbywali odwiedziny u swoich rodaków w Zillerthal, aby im przy okazji zaśpiewać niektóre ze swoich pieśni. Potulni Tyrolczycy natomiast, za każdym razem starali się gremialnie przychodzić na takie występy.
Uprawiane kiedyś w Tyrolu walki zapaśnicze, tutaj przestały się odbywać, tylko próba sił miedzy dwoma mężczyznami, którzy stojąc naprzeciwko siebie, spletli ze sobą środkowe palce u ręki i z całej siły ciągnęli, odbywają się jeszcze czasami dla przyjemności. Który którego przeciągnie, lub jak się to mówi rozłoży, rozbierze, lub zmusi przeciwnika aby zakrzywiony palec rozluźnił się, i jest wtedy zwycięzcą w tej walce. Tyrolczycy prawie wszyscy są wysokiego wzrostu i silnej postury, maja ciemne oczy, ciemne włosy które starsi sczesywali na czoło.
Kobiety, z których niejedna cieszy się okazałą figurą, maja w młodości powabne rysy, lecz w małżeńskim wieku, ponad 30 lat, tracą je, ich rysy stają się wtedy ostre i twarde, prawie męskie. Ich zmiany przypisuje się ciężkiej pracy wykonywanej na równi z mężczyznami. Kobiety są wiernymi, bezpretensjonalnymi i pracowitymi żonami.
Uczciwość charakteru Tyrolczycy zachowali aż do dzisiejszego dnia. W tym względzie istnieje jeszcze zdanie, które wypowiedział jeszcze przed 30 laty o nich pastor Roth. Są gorliwymi wyznawcami Biblii, podobnie jak przed 50 laty starzy, dzisiejsi młodzi w istocie już nie są a są między nimi parszywe barany, które zapomniały co ich ojcowie niegdyś pochwalali.
Byłoby krzywdą względem śląskiego chłopca – gospodarza, gdyby się twierdziło, że ze względu na charakter nie dorównuje on Tyrolczykowi. Tyrolczyk, może i Ślązaka przewyższa inteligencją, jednak odnośnie, co do charakteru, obaj są równi. A wierność dla
króla u Ślązaka jest nie mniejsza niż u Tyrolczyka. W najnowszych czasach powstało bardzo niesłuszne i często krzywdzące, powierzchowne zdania na temat Tyrolczyków. Do najbardziej surowego wyroku należy wypowiedź zmarłego w 1863 r. wyróżniającego się przez swoje krasomówstwo i talent pedagogiczny superintendenta Nagla z Jeleniej Góry, która została w 2 lata po jego śmierci w wydanym „Śląskim dzienniku” opublikowana.
W miejscu dotyczącym Mysłakowic, roi się od mylnych twierdzeń i można się tylko dziwić, że ta wypowiedź przez nikogo nie została sprostowana. A brzmiała tak „ Niegdyś niepokaźny Erdmannsdorf, zyskał już w czasach Gneisenau upiększającą go pieczę, jeszcze zaś bardziej pod królewską opieką. Z wdzięczności króla podarowany w 1816 r. Gneisenau, który posiadał go do 1833 r. kiedy, to ów klejnot ponownie? Za 156.000 talarów od spadkobierców Gneisenau nabył. Należy on do najpowabniejszych rajów, gdzie Stworzyciel bezpośrednio rękoma człowieka tą ziemię ozdobił. Kosztowny klejnot. Jego przybysze z Zillertalu, których wkroczenie z Czech przez przesmyk do Kowar w 3 pochodach, razem 399 głów w roku 1836? Mimowolnie przypomina pielgrzymkę z Hermanna i Dorothei, co jakiś czas zrównywali się ze swymi śląskimi rodakami, tak że, swego stroju narodowego pozostawili sobie tylko to co najbrzydsze, gruby czarny, trochę stożkowaty kapelusz, dla mężczyzny i kobiety, w którym obok odświętnie ubranych tutejszych mieszkańców gór, podchodzą do Bożego ołtarza. Poetycki mit jaki ich z początku otaczał , musiał stopniowo gasnąć, ustąpić miejsca dość płytkiej prozie, zwłaszcza gdy dostali się w ręce znanej prawowiernej hrabiny Reden i jej drętwych nosicieli oręża. Do tej pory jest nieznanym, by choć jedna z tych rosłych osobistości, odznaczyła się miłością do ojczyzny, wolnym spojrzeniem, smakiem artystycznym i wdziękiem. Jak dalece sięga oko tych , którzy są przy nich blisko, dość ciężko jest np. pochwalić jakąś jednostkę, że marzy ona o Towarzystwie Gustawa Adolfa, czy Domu Posła, gimnastyce lub teatrze”.
Nie mniej przykrego i stanowczo niesprawiedliwego wyroku, doświadczyli Tyrolczycy w nr 41 wydania „Gartenlaube” z roku 1881. Pismo to aż poruszało swym nieupoważnionym piórem i dopiero w nr 4 w „Wędrowcu po Karkonoszach” z roku 1881 znalazło się sprostowanie.
Od 30 lat Gmina Tyrolska, zarówno w liczbie gruntów i domów, jak również dusz, powoli się zmniejszała i obecnie liczba nie Tyrolczyków w koloni znacznie przeważa. W 64 posiadłości, które przybysze niegdyś posiadali na własność, obecnie należy tylko jeszcze 40, z mniej jak 200 mieszkańcami. Ze starego pnia, który w roku 1837 przybył na Śląsk, pozostało tylko jeszcze około 50 osób przy życiu. Przyczyny tego znikania, leżą głównie w skłonności Tyrolczyków do szukania szczęścia poza domem w sympatiach z jakimi im Niemcy z północy naprzeciw idą, skoro się Tyrolczyk o jakąś posadę, czy to w rolnictwie, czy w przemyśle, stara.
W ostatnim czasie tj. dnia 15 lipca 1886 r. kolonia tyrolska została ciężko dotknięta z powodu śmierci jednego człowieka, który przez całe lata stał na czele Gminy i obok Fleidla zdobył sobie wybitne zasługi w pracy na rzecz swoich rodaków. Tym człowiekiem był Naczelnik Gminy Sebastian Rahm, urodzony w Ramsbergu koło Zell, zwyczajnie zwany Rahm – Scholz. Jego uprzejmość wobec ludzi i chęć do ofiarności, jego dojrzała, wieloma przeżyciami wzbogacona wiedza, jego zdrowy osąd, zręczność w mowie, łagodność, nawet względem niezasłużonych ataków ze strony swoich rodaków, skromność charakteru, jego prawdziwa miłość do ojczyzny i prawdziwe pobożne serce, zrobiły z niego najszlachetniejszego i najzdolniejszego reprezentanta Zillertalczyków.
W nim, śląskim Tyrolczykom została złamana korona drzewa, która już nigdy nie zostanie zastąpiona. W swoim życiu był on poważny i kochany przez wszystkich, którzy go znali i którzy wiedzieli jak cenić wartość człowieka, od najwyższego do najniższego, zapewne i potomność będzie go czcić.
Dnia 18 czerwca 1838 r. przybył znowu król z księżną von Liegnitz, z wielkim orszakiem – około 70 osób. W pałacu umieszczono 30 osób, pozostałych w międzyczasie w zbudowanym budynku obok, w domu parafialnym, w szkole i w oberży Bornitscha. Miedzy gośćmi znalazła się również jadąca na kuracje do Cieplic caryca Elżbieta z Rosji, także księżniczka Fryderykowa Niderlandzka ze swoja córką księżniczką Luizą.
Prawie codziennie podejmowano wycieczki w tutejsze okolice. Zwiedzono dom szwajcarski na Górze Sokolej, Górę Molkenberg koło Dąbrowicy. W drodze powrotnej wstąpiono do chaty z mchu browarnika Flacha w Łomnicy aby tam zjeść śniadanie. Dalsze podróże były to Staniszów, Sosnówka, Cieplice – gdzie zwiedzano galerię obok teatru u hrabiego Schaffgotscha.

15. Planowany zamach na króla.

W roku 1838 zdarzyła się historia, która dokładnie pokazuje charakter króla, lecz nie jest pewne, czy to zdarzyło się naprawdę, czy historia została zmyślona. Eylert opowiada, że podczas swojego pobytu w Mysłakowicach, król otrzymał anonimowy list z Wrocławia. W liście tym król otrzymał ostrzeżenie, aby miał się na baczności, dlatego kazał przy drzwiach swego pałacu postawić straż. Podczas spania drzwi były zamknięte oraz nigdzie sam nie wychodził, zwłaszcza nie spacerował wieczorami. Anonimowy nadawca listu, twierdził że jest mu wiadome że w Mysłakowicach, czai się na króla pewien złośnik, który chce się na królu zemścić. Król jednak śmiał się, gdy czytał list i zlekceważył całą przestrogę.
Gdy swoim ulubionym zwyczajem, pewnego pięknego wieczoru, król poszedł sam na spacer, w swoje ukochane miejsce czyli do lasu bukowo – dębowego, nagle drogę zastąpił Mu, ponuro wyglądający człowiek, z rozwichrzonymi włosami i biednie odziany. Król wcześniej go nie zauważył, gdyż człowiek ten skrył się za drzewem. Do króla odezwał się w szorstkiej i niestosownej mowie. „ Stoję tutaj i czekam dosyć długo już. Jest mi miło, że nareszcie udało mi się spotkać Pana. Jestem poddanym Waszej Wysokości, a dzieje mi się krzywda. Kiedyś byłem majętny, a teraz zostałem biedakiem, przez długie lata toczony proces powinienem wygrać, gdyby na świecie była sprawiedliwość, a jednak przegrałem. Potrzebuję wiec i żądam pomocy”.
Król zmierzył go spokojnym, ale mocnym spojrzeniem od stóp do głowy i odpowiedział: „Możecie pisemnie dochodzić swoich praw. Każę sprawę zbadać i jeżeli racja jest po Waszej stronie, sprawiedliwości stanie się zadość”. „ Dochodzić praw, robiłem to, ale nic mi nie pomogło” Po czym, wniósł do króla skargę na Urzędy i Sądy. Król odpowiedział jemu, że tu i zaraz oraz w tej chwili nie może i nie potrafi zaspokoić jego życzeń. Ma się uspokoić i opowiedzieć mu wszystko dokładnie w drodze do pałacu. Wracając do pałacu, król wysłuchał jego historii. Kazał również spisać na ten temat protokół.
Następnego dnia król zawezwał chłopa jeszcze raz przed swoje oblicze i powiedział, że jego sprawa zostanie jeszcze raz dokładnie zbadana i zapewne pomyślnie załatwiona. Przed odejściem król dał jemu upominek. Dokładny wynik rewizji przedstawionej sprawy, dla skarżącego się gospodarza wypadł niepomyślnie. Jednak król pomógł mu innymi drogami, tak że człowiek ten stał się ponownie majętnym. Później podobno, podczas Wielkanocnej Spowiedzi – Wieczerzy Pańskiej, podobno przyznał się, że podczas rozmowy z królem miał ukryty sztylet, aby ugodzić nim króla. Jednak, kiedy spojrzał mu w oczy, poczuł jakby opuścił go diabeł, a na jego miejsce, wstąpił anioł z pomocą. Tak, że wszystkie złe myśli odstąpiły go i nie popełnił złego uczynku.

16. Mysłakowice w posiadaniu króla Fryderyka Wilhelma IV.

Po śmierci króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III, Mysłakowice przeszły decyzją testamentu na własność Jej Wysokości Księżnej von Liegnitz, która, jednak całą posiadłość sprzedała następcy tronu królowi pruskiemu Fryderykowi Wilhelmowi IV. Na czele administracji za panowania poprzedniego króla jako naczelny pełnomocnik stał Minister von Rother, dalej ten sam pozostał na tym stanowisku aż do roku 1848.
Dnia 15 sierpnia 1840 r. nowy król przybył wraz ze swoją małżonką królową Elżbietą do Mysłakowic. Miasto Jelenie Góra kilka dni wcześniej już się na przyjazd monarchy odpowiednio przygotowało, aby powitać ich godnie. Jednak życzeniem króla było by nie urządzać radosnych uroczystości powitalnych, ponieważ jeszcze trwała rodzinna żałoba po zmarłym królu. Na rynku ustawili się więc, urzędnicy z miasta, których powitał król. W Mysłakowicach obejrzał bliski ukończenia kościół i nowe założenia wokół pałacu. Wdał się w rozmowę z wieloma mieszkańcami wsi, którzy licznie przybyli na powitanie nowego gospodarza. Pod wieczór ich królewskie mości udali się w odwiedziny do pałacu w Karpnikach, gdzie bawili książę Wilhelm i księżniczka Marianna. W tych dniach obecnych było wielu członków i krewnych domu królewskiego w Mysłakowicach oraz w Karpnikach:
1. Książę Pruski – późniejszy cesarz Wilhelm.
2. Książę Albrecht Pruski.
3. Książę Karol Pruski.
4. Książę Adalbert Pruski.
5. Wielki książę – Aleksander – późniejszy car Rosji.
6. Książę von Leuchtenberg – zięć cara Rosji.
7. Książę Karol Heski i Reński.
8. Książę Aleksander Heski.
9. Caryca Aleksandra Fiodorowna – żona cara Mikołaja I.
10. Księżniczka Maria Heska i Reńska – narzeczona przyszłego cara Rosji.
11. Wielka księżna Olga – córka cara Mikołaja I.
Gdzie się tylko król pokazał, towarzyszyli mu natychmiast mieszkańcy podgórskich wiosek. Wydawało się że król jest bardzo z tego zadowolony że spotyka się z tymi dobrymi ludźmi. Tak znalazł się nagle dnia 20 sierpnia na placu przed pałacem w Karpnikach, gdzie w otwartych budach – kramach osobiście robił zakupy. W ten sposób doszedł do budy sprzedawcy pierników Martina z Jeleniej Góry i zapytał się stojących dookoła dzieci czy są głodne, następnie rozdawał ku uciesze dzieci i młodzieży oraz wielkiej radości widzów zakupione dla nich pierniki.
Niestety radość ta została zakłócona. Do króla, który akurat wpadł na pomysł robienia zakupów dla dziewczynek, doszło nagle głośne wołanie na wiwat przez niektórych widzów, którzy nieprzyzwoitość swojego zachowania nie od razu pojęli, co spowodowało oddalenie się króla. Dnia 21 sierpnia królewscy goście znów pojawili się w Mysłakowicach gdzie jedli obiad, zaś młodzież szkolna z Mysłakowic została bogato obdarowana.
Dnia 22 sierpnia odbyło się kolejne spotkanie w Karpnikach. Wszystkich podejmowano obiadem i rozdawano podarunki, wiele osób z okolicy miało zaszczyt otrzymać zaproszenie na tą wspaniałą uroczystość. Pod wieczór, podczas odjazdu z Karpnik do Mysłakowic, zdarzył się przykry wypadek. Lekarz internista dr Rust został potrącony przed zamkiem przez parę przednich koni i poważnie zraniony. Dnia 23 sierpnia, król, królowa i książę Pruski, uczestniczyli w nabożeństwie w sali modlitewnej w Mysłakowicach, która znajdowała się w budynku Oberhofu – główne gospodarstwo, obecnie tkalnia.
W poniedziałek 24 sierpnia był bardzo brzydki dzień, jednak to nie zatrzymało króla aby razem z książętami i księżniczkami podjąć wycieczkę na Śnieżkę. W następnym dniu nastąpił wyjazd ich Wysokości z pałacu w Mysłakowicach do Królewca, gdzie miał nastąpić
hołd nowemu królowi. Na pożegnanie króla w Jeleniej Górze zebrali się wysocy dostojnicy, monarcha pożegnał ich słowami „Do rychłego, radosnego spotkania”.

17. Założenie Tkactwa Lnianego.

Rok 1840 był dla całego Dolnego Śląska a szczególnie dla Mysłakowic ważnym wydarzeniem, ponieważ na terenie Górnego Gospodarstwa utworzono filię Handlu Morskiego. Nazwa ta utrzymała się aż do naszych czasów i dopiero przez nowo przyjęty Sztab Generalny zmieniona. Powstanie tego wspaniałego dzieła można przypisać ministrowi Rotherowi. Z całą pewnością król Fryderyk Wilhelm III wyraził zgodę na ten pomysł, jednak polecenie jego realizacji zapadło dopiero za króla Fryderyka Wilhelma IV. A oto powody które mogły być przyczyną wydania królewskiego pozwolenia na rozpoczęcie budowy zakładu.
1. Dać możność ponownego rozkwitu tkactwa lnianego, a upadłego podczas walki z angielską konkurencją.
2. Położyć wreszcie kres wiecznym skargom między chałupniczymi tkaczami karkonoskimi, przez założenie wielkiego i bezpiecznego miejsca pracy.
3. Zrekompensowanie biednej ludności z okolicznych miejscowości, która poczuła się oszukana przez dom królewski, który poczynił tyle dobrodziejstw dla przybyszów z Tyrolu austriackiego.
Śląscy tkacze od dawna podejmowali próby uwolnienia się ze swojej niedoli, jednak wszelkie próby były na daremnie, ponieważ nie można było się uwolnić od błędnego mniemania, że należy tylko udoskonalić tworzywo tkackie i rzetelne, uczciwe postępowanie handlujących płótnem lnianym i przędzą, aby rzemiosło tkackie znów przynosiło zyski. Jednak nie doceniano ogromnej przewagi, jaką zdobyli sobie Anglicy poprzez energiczną gospodarkę, czyli wprowadzenie maszyn tkackich. Ratowanie tkactwa ręcznego podejmowano na różne możliwe sposoby. Wmawiano społeczności, że tkactwo maszynowe jest o wiele gorsze od ręcznego, że tylko przez wytwarzanie płócien tkaniem ręcznym, przemysł lniarski może dalej istnieć i dalej może się rozwijać.
Jednym z najgorliwszych takiego twierdzenia był Edward Pelc, który w „Gazecie Śląskiej” napisał artykuł ...”Wystarczy tylko jeden kawałek prawdziwego lnianego płótna ręcznie tkanego, czy jest on z wybielonej, czy nie wybielonej przędzy sporządzony, obejrzeć i porównać z wyrobem maszynowej roboty, od razu widać różnicę; rzuca się bowiem w oczy naturalny, jedwabisty połysk wykonanego płótna lnianego. Bez krochmalu i magla, tego połysku przy wyrobie maszynowym, jak również u tkanin z bawełny nie można wytworzyć i wydaje mi się że przyczyną tego jest usuwanie przez maszynę kleju roślinnego – oleju, co nie zdarza się w tkactwie ręcznym. Guma roślinna zostaje jeszcze przed wybieleniem z nici maszynowych usunięta, a struktura płótna lnianego przez ostre obroty, jak również ustawienie wrzeciona jest niszczona. Pewnym jest, że tkacz, w niciach maszynowych już tylko martwe rośliny przerabia, podczas gdy u nici w ręcznym tkactwie, widoczna jest żywa roślina, a przecież do obu rodzajów tkania został wzięty zdrowy len”.
Pierwsza Tkalnia Maszynowa Lnu na terenie Dolnego Śląska, powstała w 1784 r. we Wałbrzychu, zbudowana przez przybyłego na Śląsk z Hamburga Juliusza Gustawa Alberti z powołania kaznodzieję. Firmę założył do spółki z Firmą Schraiber z Wrocławia i z C.G. Asmannem. Interes ten prowadził pod swoim nazwiskiem do 1818 r. W późniejszym czasie firmę prowadzili jego synowie. Dopiero w 1832 r. na terenie Śląska powstała druga Fabryka Lnu koło Bolkowa, zbudowana przez Christiana Gottlieba Kramsta i jego synów ze Świebodzic.
Swą działalność rozpoczął jako kramarz, artykułami tytoniowymi, następnie doszły towary „Łokciowe”, następnie wyroby z lnu. Fabryka w Mysłakowicach była trzecią z rzędu na Śląsku. Na jej czele stało do 1847 r. dwóch bardzo zdolnych ludzi. Byli to królewski rachmistrz Weck i królewski radca komisyjny Kaselowsky. Jako trzeci doszedł Fr. W. Alberti, kupiec z Kowar. Wszyscy trzej mieli wytyczone działania:
Weck – prowadzenie ksiąg, kasy i administracji.
Kaselowsky – kierownictwo techniczne.
Alberti – załatwianie spraw dotyczących tkalni: robienie zakupów jak nici i len.
Kierowaniem budowy poszczególnych budynków było w rękach radcy budowlanego Baumanna, który często skarżył się do ministra Rothera, na odciąganie przez kierownictwo przędzalni, jego wykwalifikowanych ludzi i namawianie ich do pracy w fabryce, tak że powierzona jemu budowla z wielkim trudem posuwa się do przodu i nie można jej szybko ukończyć w terminie.
Dnia 13 maja 1844 r. została otwarta pierwsza przędzalnia i zostały tam utkane pierwsze nici maszynowe – przędza. W 1852 r. Heinrich Erbrich wstąpił jako członek do nowego Zarządu na miejsce Albertiego, który odszedł i w Jeleniej Górze założył własny zakład.
Różnica pomiędzy tkactwem maszynowym a ręcznym jest oczywista, jak pomiędzy spróchniałą deską a mocną i zdrową. W zmurszałej występuje również już tylko martwa roślinność, podczas gdy w twardej można jeszcze zauważyć życie.
Tym licznym i błędnym technicznie wywodom Pelca sprzeciwił się zmarły przed paru laty w Kostrzycy, znany z dobitnego pisania nauczyciel Wander, wydawca niemieckiego leksykonu przysłów. W swym artykule opisuje on korzyści jakie przynosi tkactwo maszynowe. Niestety, u większości tkaczy nie znalazł on uznania i dalej zachowywali się jak by byli ślepi i głusi. Nie można było nie zauważyć, że utworzenie tkactwa maszynowego wymaga znacznych – pokaźnych kapitałów, którymi biedni przędzarze nie dysponowali. Również tkacze w owym czasie, gdy była potrzeba energicznego sprawdzenia maszyn, przez lata złej gospodarki w największym stopniu popadli w biedę.
A jednak już na początku XIX wieku żył na Śląsku człowiek który przekonany był o wielkiej konieczności założenia przędzalni maszynowej , przepojony myślą znalezienia wyjścia z tak trudnej dla ojczyzny sytuacji. Tym człowiekiem był Johann Gustaw Wilhelm Alberti z Wałbrzycha. Jego syn kaznodzieja w kościele Św. Katarzyny w Hamburgu założył w Wałbrzychu zakład produkujący płótno lniane.
Miło jest czytać listy z tamtego okresu wymieniane pomiędzy ojcem a synami, że wbrew wszystkim niepomyślnym sytuacjom, dalej podejmowano wysiłki i kilka lat po zakończeniu wojen napoleońskich, wysiłki ojca i jego synów zostały ukoronowane sukcesem. Już około 1818 r. pierwsze tysiące mechanicznych wrzecion zostało puszczone w ruch w Wałbrzychu, jednocześnie sprostały one wymogom rządu pruskiego, który z pełnym uznaniem wspierał początek dzieła Albertiego i jego trzech synów.
W 1825 r. zostało uruchomione około 3.000 wrzecion, z pierwszą maszyna parową na Śląsku zbudowaną przez T. A. Egellsa w Berlinie, a zamontowaną przez sławnego Vorsiga.
W roku 1827 firma braci Alberti w Wałbrzychu, z okazji udziału w wystawie wyrobów ojczystych, została odznaczona za swoje zasługi zleceniem gabinetu królewskiego złotym medalem pamiątkowym. W trzy lata później w Zakładach Alberti w ruchu znajdowało się aż 4.000 precyzyjnych wrzecion z całym wyposażeniem; od czesanek do maszyn przędzarek. W zakładach zatrudniano od 200 – 300 pracowników, 7 – 8 nadzorców i kontrolerów, 8 niekwalifikowanych pracowników jako pomocników, 3 komiwojażerów i 15 rzemieślników. Dopiero w 1832 r. powstała na Śląsku druga przędzalnia lnu w Marciszowie, zbudowana przez Christiana Gottlieba Kramsta.
Żadna inna śląska firma nie była w swoich przedsięwzięciach obdarzona takim szczęściem jak firma Kramstów, która mimo różnych niepomyślnych okoliczności ciągle powiększała liczbę przędzalni, tkalni i wybielarni. Pośród braci Kramstów, Grorge Gottlob uhonorowany został tytułem tajnego radcy komercyjnego, a jego synowie Edward i Gustaw podniesieni do stanu szlacheckiego. Ernest Henryk – czwarty brat, został założycielem bolkowskiej komendantury. W kilka lat później założył on 3 wybielarnie przędzy w Wierzchosławicach i Starej Kraśnicy. Jego szwagier Wilhelm Wutke w roku 1857 uruchomił pierwszą mechaniczną tkalnię na Śląsku. Ostatni szefowie tej znanej na cały świat firmy handlowej osiągali roczne obroty 2 – 3 miliony talarów.
Z przędzalnią w Marciszowie, firma nie miała szczęścia, gdy tylko powstała to cały budynek z wyposażeniem doszczętnie spłonął, znowu minęło kilka lat nim wszystko odbudowano. W tym czasie powstała również przędzalnia w Stanisławowie. Te 3 zakłady rozwijały się jednak o wiele wolniej, a ich urządzenia były jeszcze dalekie od doskonałości i nie mogły sprostać angielskiej konkurencji.
Tkactwo ręczne, czyli wrzecionem i na kołowrotku, nie dające już chleba, podupadło całkowicie, nie było już uważane za zajęcie roszczące sobie prawo do godziwego zarobku, nawet przy wytężonej pracy. Traktowano więc ją, jako pracę uboczną dla kobiet, dzieci, słabych i chorych mężczyzn. Pomimo to jeszcze tysiące ludzi wegetowało na tym nie dającym wyżywienia rzemiośle. Do zwalczania tej nagłej biedy, utworzyły się w tych latach na pograniczu czeskim jak w Jeleniej Górze, Kamiennej Górze, Wałbrzychu, Komitety Pomocy. Komitety załatwiały – dostarczały tkaczom len po tańszej cenie. Kupowały gotową przędzę i gotowe płótno lniane od tkaczy oraz troszczyły się o sprzedaż tych artykułów.
Wydzielały chleb i ubiory dla głodujących i marznących biedaków. Czyniono tyle dobrego ile to leżało w ich mocy. Lecz wsparcia te z uwagi na wielką liczbę cierpiących można było porównać do paru kropel wody, które spadły na wysuszoną i wyjałowioną ziemię. Działalność utworzonego Zarządu w Mysłakowicach – z początku swoją siedzibę miał w Kamiennej Górze, gdzie równocześnie zakładano mechaniczną przędzalnię lnu przez Królewskie Pełnomocnictwo Morskie – było na początku tylko wsparciem dla cierpiących biedę tkaczy.
Dopiero na wiosnę 1848 r. szef Instytucji Handlu Morskiego minister Rother wydał rozporządzenie, że od teraz forma pomocy dla zubożałych tkaczy jest zakończona i ma ustąpić formie handlu kupieckiego, czyli sklepom, gdzie kupcy mają zajmować się sprzedażą gotowych wyrobów według ustalonych cen, zaś tkacze otrzymują od tego wynagrodzenie według stawek podstawowych, ustalonych w zależności od ilości, jakości i wyprzedaży wytworzonych przez nich wyrobów.
Na czele mysłakowickiego Zarządu Fabryki stali do 1847 r. Weck i Kaselowsky a od 1846 jeszcze Alberti. Każdy z nich miał ściśle określone zadanie do działania. Utworzenie znacznej siły wodnej – energii z wykorzystaniem potoku Łomnicy z potrzebnymi do tego urządzeniami i założeniami wodnymi oraz budowa większości budynków fabrycznych, kosztowała nie tylko dużo czasu i wysiłku ale i dużych środków finansowych. Nowy budynek tkalni, dzisiejsze zachodnie skrzydło, został pomyślany na przyjęcie 4.000 mechanicznych wrzecion. Na przędzalnię został wybudowany dwupiętrowy budynek, którego front zachodni jeszcze dzisiaj zawiera składnicę gotowych płócien w wielkiej sali na I piętrze. Pozostałe budynki gospodarcze służą jako magazyny lnu i przędzy.
Obora owcza została przeznaczona na czesalnię poprzez dobudowanie jednego piętra. Całością budowy kierował budowniczy Hammann. Często powstawały trudności z powodu zazdrości i wzajemnej niechęci między technicznym kierownikiem fabryki Kaselowskym a budowniczym Hammanem. Ten zły stan zakończył minister Rother i dnia 11 września 1844 r. zarządził, aby prace przy budynku tkalni, łącznie z budynkami wybielarni i przędzalni, jeśli nie zostały jeszcze ukończone, mają być prowadzone przez Kaselowskyego.
Kaselowsky z wielką energią podszedł do wyposażenia nowego zakładu, i jak na owe czasy w doskonałe urządzenia, takie które przez długi okres czasu nie zostaną wyparte przez pojawiające się ciągle nowości. Jeśli nie wszystko mu się od razu udało, jeśli jakieś urządzenie jako nieudany eksperyment na nowo ustawiony być musiał, to nie zdarzyło się to na próżno. Dnia 13 maja 1844 r. w nowej przędzalni puszczono w ruch pierwsze maszyny – przędzarki na których wyprodukowano pierwszą sztukę maszynowej przędzy.
Wśród różnych gałęzi mysłakowickiego zakładu, które są specjalnie wymienione w instrukcji z dnia 23 czerwca 1846 r. dla zarządzających Przędzalnią, na szczególne wyróżnienie zasługuje Szkoła Przędzenia Nici.
Szkoła Przędzenia Nici.
Utworzona szkoła miała na celu poprzez praktyczne szkolenie, wytworzenie cienkiej, delikatnej przędzy, i lepszej niż przy dotychczasowym ręcznym sposobie jaki stosowano na Śląsku. Do tego celu zatrudniano wyłącznie dzieci a zwłaszcza dziewczynki, bo ich szkolenie przynosi pomyślny efekt w rozkwicie tego zawodu. Przyuczani chłopcy z reguły przechodzili później do rzemiosła i pozostawiali ten zawód. Wówczas dokładano jeszcze starań, by do prowadzenia i nadzorowania tej szkoły zatrudnić doświadczonego fachowca z Bielefeld.
Zadaniem szkoły było dopomóc pośrednio śląskim tkaczom z okolicy gór w wytworzeniu dobrej jakości płótna lnianego. Właśnie uczniowie na specjalnie zbudowanych maszynach – krosnach, mieli się praktycznie przyzwyczaić – przyuczyć, a przez to i lepiej zarobić niż dotychczas. Również dzięki temu w sprzedaży był duży wybór lnianych towarów które w tamtym czasie szybko schodziły z półek sklepowych, cieszyły się dużym popytem. Sporządzenie tych praktycznych krosien oddano w ręce radcy komisyjnego Kaselowskyego, a także kierowanie nimi i cały nadzór.
Po odejściu radcy rachunkowego Wecka w dniu 31 grudnia 1846 r. na stanowisko to przyszedł poprzedni księgowy Frohn. Jednak od 1 stycznia 1847 r. Kaselowskyemu zostało powierzone specjalne pełnomocnictwo w kierowaniu fabryką, zaś panowie Alberti i Frohn, całkowicie jemu podlegali i byli pozbawieni decydującego głosu.
Mimo że Naczelna Dyrekcja Handlu Morskiego ze skrupulatną dokładnością wiele problemów przewidziała, to jednak nie uchroniło to Zarządu fabryki przed różnymi błędami, a szczególnie przed niepomyślnymi wynikami w zbycie czy produkcji. Szczególnie rok 1848 przyniósł spore straty dla mysłakowickiej fabryki. Straty poniosły zwłaszcza banki, które nieostrożnie udzielały kredytów. Podobnie rok 1849 przyniósł również ciężkie straty.
W grudniu 1849 r. Królewski Handel Morski odebrał kierownicze stanowisko Kaselowskyemu i obwinił go za wszystkie powstałe błędy i poniesione szkody. Nowym zarządcą został Weck, który od czasu odejścia z Mysłakowic, zajmował się nadzorem i rewizją kas oraz rachunkowości innych zakładów należących do Handlu Morskiego. Pod czujnym okiem Wecka, tylko przez krótki okres czasu fabryką zarządzali: technik Prill, technik Erbrich, dysponent kupiecki Frohn oraz Alberti, który zajął się znowu tkalnią.
W roku 1851 zakład znajduje się pod kierownictwem tajnego sekretarza Kobesa, bardzo inteligentnego młodego człowieka Handlu Morskiego. W 1852 r. do Zarządu wstąpił dotychczasowy technik Henryk Erbrich, zaś odszedł Alberti do Jeleniej Góry, gdzie założył własny zakład lniarski. Obecnie Kobes i Erbrich sami reprezentowali zakład w
Mysłakowicach aż do 1860 r. Później nastał na stanowisku kierownika tkalni od 1 stycznia 1855 r. , bardzo obrotny kupiec i podróżnik Edward Boege, który obecnie został dyrektorem zakładu.
W roku 1861 po odejściu Kobesa, nastał technik Paul Sejffart jako trzeci członek Zarządu. Od tej pory nie było już zmian w Zarządzie aż do roku 1872, kiedy to Handel Morski sprzedał zakład. Warunki w zakładzie a zwłaszcza po nastaniu Boegera w widoczny sposób się poprawiły i fabryka uzyskała już w latach 50 – tych znaczące zyski, podczas gdy przedtem mówiono tylko o stratach.
Zakres handlu stopniowo się powiększał, trudno było z utrzymaniem eksportu do Ameryki – Meksyku. Jednak fabryka zdobyła sobie pierwsze miejsce wśród fabryk jako zakład produkujący bardzo popularną specjalność, wykonywaną domowym sposobem – rękodzielniczym, mocnej, ciężkiej, białej przędzy lnianej. Bystry i znany August Franke, dzięki swym zabawnym opowiadaniom oddał dla tutejszej fabryki wielkie zasługi.
Poza tymi relacjami o wewnętrznych walkach, kłopotach, które towarzyszyły rozwojowi zakładu w jego pierwszych dwu dziesięcioleciach, akta fabryki zawierają także coś niecoś na temat zakłóceń przez zewnętrzne wpływy, o ingerencjach politycznych i religijnych tendencjach. Okazje do nich, były z pewnością wzbudzane przez sporadyczne ekscesy pracowników fabryki, niektóre były jednak wzniecane bezpodstawnie.
Przy skargach o niemoralność, nieokrzesanie i przeciwko władzy urzędniczej, które często o fabryce mysłakowickiej do Królewskiego Handlu Morskiego były wnoszone, a szczególnie w latach 1848 – 1852, nasz zakład niczym się nie wyróżniał spośród innych na Śląsku. Zakłady skupiały źle wykształconą klasę robotniczą, prostych i niedouczonych chłopów, którzy ciągle wzniecali burdy między sobą, zaś kontrolowanie i karanie należało wyłącznie do policji i sądownictwa
W latach 60 – tych w Ameryce szalała wojna secesyjna, która miała bardzo znaczny wpływ na przemysł lniarski w Europie. Poznano wówczas jak wielką konkurencją okazała się bawełna w stosunku do lnu, który zmuszony został na kilka lat ustąpić jej miejsca. W tym czasie na niemieckiej ziemi powstała sprzyjająca dla potrzeb handlu wystarczająca liczba fabryk przędzalniczych. Również w sąsiednich państwach powstały warunki do powstania nowych fabryk, w których było słychać od rana aż do zmroku szum mechanicznych wrzecion.
Wówczas także w mysłakowickiej przędzalni liczba wrzecion powiększyła się z 4.000 do prawie 14.000. Po pożarze zakładu w 1867 r. i odbudowie, zaszły w zakładzie jeszcze pewne zmiany. W latach 60 – tych zysk okazał się dosyć wysoki. Z 4 procentowego oprocentowania kapitału zakładowego i z odpisów rachunkowych wynikły następujące zyski – netto: 1861 r. --- 21.221 talarów, 1866 r. ---74.383 talarów
1862 r. --- 94.404 talarów, 1867 r. --- 19.342 talarów
1863 r. --- 112.680 talarów, 1868 r. --- 103.190 talarów
1864 r. --- 176.586 talarów, 1869 r. --- 2.102 talary
1865 r. --- 156.000 talarów. 1870 r. --- 62.630 talarów.
Bilans za rok 1860 wynosił jeszcze 9.369 talarów straty.
Mysłakowicka fabryka osiągnęła cel, jaki jej postawiono od samego początku we wszystkich kierunkach. Służyła jako mocna podpora upadającego przemysłu lniarskiego. To dzięki niej przemysł ten podniósł się ze swego upadku. Fabryka doprowadziła do tego, że śląskie tkactwo dostąpiło w świecie poważania. Zapobiegła w czasach kryzysu, by ceny spadły na niski poziom, ponieważ nigdy nie potrzebowała korzystać z obniżki cen, aby sprzedać towar, jak to zdarzało się wyposażonemu w mały kapitał prywaciarzowi przy nagromadzonej produkcji. Zakład stał się instytucją wzorcową, wyposażoną we wszystkie nowości techniczne i zawsze była z przodu na drodze postępu przemysłowego.
Aż do najnowszych czasów Mysłakowice były praktyczną szkołą dla wielkiej liczby techników od tkactwa, przędzenia i wybielania. Gdzie indziej przed nimi zamykano drzwi, nikt nie chciał nikogo wtajemniczać w tę dziedzinę i pomóc w wykształceniu późniejszych konkurentów. Mysłakowice miały więcej serca i dawały wolontariuszom chętnie konstruktywny pobyt w fabryce oraz zachęcały młodych ludzi także do samodzielnej pracy. Tak więc, doszło do tego, że spora liczba mężczyzn, którzy swoje pierwsze studia w Mysłakowicach ukończyli, stoi jeszcze dzisiaj na czele poważnych instytucji przemysłu lniarskiego w Niemczech i Austrii.
Fabryka stała się dobrym źródłem dochodów dla robotniczej, wiejskiej ludności w górzystych terenach, którego dobroczynne oddziaływanie widoczne było na tym rozległym terenie. Zakład został przez tutejszą ludność zaakceptowany, a szczególnie przez tkaczy ręcznych, z których blisko 2.000 fabryka zatrudniała na początku lat 70 –tych XIX w.
W 1844 r. w Bielawie i Pieczycach, tkacze urządzili strajk i zniszczyli maszyny w fabrykach Dieriga i Zwanzigera, obwiniając kierownictwo o ciężki swój los i biedę, w zakładach Handlu Morskiego w Mysłakowicach i Kamiennej Górze oraz w Głuszycy panował duży spokój i porządek. A w 1848 r. gdy po wioskach tkackich rozprzestrzeniły się mylne pogłoski że fabryka w Mysłakowicach znajduje się w niebezpieczeństwie, bo została napadnięta przez łupiące hordy, to tkacze z Karpnik i innych wiosek pośpieszyli tłumnie do Mysłakowic aby obronić fabrykę przed ruiną.
Fabryka zapewne sporo zrobiła, uczyniła dla podniesienia dobrobytu ludności w Karkonoszach, zrobiła tylko to, co od niej wszyscy oczekiwali. Komu los utorował dobrą drogę życia, ten nie poczuwał się w obowiązku współczucia innym. On to przemierzał hale fabryczne pełne szumu wrzecion, stukotu czółenek, pędu kół w pomieszczeniach tkalni i przędzalni i podziwiał konstrukcje maszyn i ich grającą wspaniałą sprawność. Żaden z nich ni poczuwał się do odpowiedzialności by współczuć bladej tkaczce, gdy w ciężkim od kurzu, nagrzanym, wilgotnym powietrzu sal fabrycznych, od rana do wieczora, z tygodnia na tydzień, z roku na rok, ofiarowuje swoje zdrowie na potrzeby życia codziennego, jak mieszkanie, żywność, ubiór i prąd elektryczny. Tak jak maszyny zostały zrobione po to, aby poprawić byt pracującej ludności , tak ludzie obsługujący je stali się ich niewolnikami.
Jednak aby być sprawiedliwym, należy sobie uprzytomnić bezgraniczną nędzę jaka panowała wśród tkaczy, którzy jeszcze nie podjęli się obsługi maszyn. Panował tam straszny głód i niedożywienie, który wywoływał głodowy tyfus w nędznych chatach wiejskich. Mieszkańcy wiejscy ślęcząc za kołowrotkiem byli umysłowo porównywalni z kretynem, zaś wynagradzani byli bardzo marnie. Teraz należy spojrzeć uważnymi oczami i wsłuchać się w głos wychodzący z wiosek pobliskich gór zamieszkane w większości przez robotników fabryki. Czasem usłyszy się jeszcze jakąś głośną skargę lub życzenie, to jednak warunki z poprzednimi tkaczami ręcznymi są nie do porównania.

18. Opis fabryki.

Mysłakowicki Zakład – fabryka, leży w środku kolonii Zillerthal i daje się również z dużej odległości zauważyć dzięki 2 olbrzymim kominom 50 m i 40 m wysokości. Teren pod fabrykę został przez Królewski Handel Morski zakupiony od majątku mysłakowickiego. Obecna posiadłość fabryki obejmuje 23,88 ha. Posiadłość ta zyskała wysoką wartość, dzięki temu że ma wysoką moc urządzeń. Zakład zasilany jest wodą przez sztuczny rów z bogatej w wodę rzeki Łomnicy, przy spadku terenu około 13 m, poruszając w fabryce dwa wielkie żelazne koła wodne o mocy 100 koni mechanicznych.
Duża powierzchnia łąki o powierzchni około 10 ha służy jako bielnik. Dwa km powyżej fabryki na granicy z Miłkowem, znajduje się wielki 2 ha zbiornik wodny, który w okresie
suszy spełnia istotną rolę. Główny budynek fabryki – przędzalnia, to 4 piętrowe skrzydło zachodnie i 3 piętrowe skrzydło wschodnie o wysokości 17,5 m i 14 m głębokości, powiązanych ze sobą w jedną całość poprzez schody do 20 m wysokości z jednym na południe skierowanym frontem o 133 m długości. Ten wspaniały budynek zawiera w 10 salach 14.000 precyzyjnych cienkich wrzecion z całym wyposażeniem jak: wybielarki, gręplarki, maszyny do początkowego przędzenia, mechaniczne motowidła.
Wszystkie maszyny pochodzą z najlepszych irlandzkich i angielskich warsztatów i są tylko dla mokrej przędzy sporządzone. Przędzalnia suchej przędzy nie produkuje. W środku frontu południowego, został przed paru miesiącami dobudowany nowy budynek maszyn parowych, zawiera on maszynę parową najnowszej konstrukcji, tak zwaną maszynę szeregowo – bocznikową o 500 koniach mechanicznych. Pochodzi ona z zakładu maszynowego i odlewni żeliwa w Zgorzelcu. Maszyna ta z kołem zamachowym o wadze 700 cetnarów = 35.000 kg = 35 ton, została urządzona do rozruchu liniowego. Prawie porusza się ona bez szmeru podczas 64 obrotów na minutę.
Podobnie bezszmerowo poruszają się jak strzała lina, ponad tarczami przewodów falowych – wałowych i prawie nie odczuwalne są wstrząsy w budynku wywoływane mocą maszyny. Pięć wielkich kotłów z falistej blachy pod ciśnieniem 6 atmosfer, zaopatrują maszynę w potrzebną parę.
Do rozruchu przędzalni służy w drugiej linii jedno z wielkich kół wodnych o 11 m średnicy. Przy zdarzającym się niedoborze wody, który czasami występuje w upalne lato, może być jeszcze puszczona w ruch stojąca w rezerwie mniejsza maszyna parowa starszego systemu o mocy 90 koni mechanicznych, dla której są przeznaczone dwa kotły. Magazyny lnu są zbudowane z granitu, pomieścić w nich można całoroczne zaopatrzenie przędzalni czyli około 40.000 cetnarów = 2.000.000 kg = 2.000 ton oczyszczonego lnu.
Do produkcji głównie używany jest rosyjski i śląski len, częściowo zmoczony. Z nici przędzone są numery od 18 – 70 lniane i 8 – 30 nici w pakułach. W ostatnich latach produkcja osiągnęła prawie 30.000 kopy, w większości osnowy. W fabryce od jej powstania utkano do 31 grudnia 1886 r. ogromne kwantum tj. 683.930 kopy - 1 kopa ma długość nici do 658.368m
Do przędzalni należy jeszcze budynek suszarni przędzy, w którym następuje osuszanie przędzonych na mokro i zwiniętych nici przez ogrzane powietrze, dalej warsztat naprawczy, dla prostych napraw przy maszynach i przyborach, wreszcie wielki magazyn nici znajdujący się w suterenie tkalni. Mechaniczna tkalnia, której budowę rozpoczęto w 1870 r. leży na północ, a więc na tyłach budynku przędzalni. Ma on obecnie 300 mechanicznych krosien w dwóch salach znajdujących się pod spadzistym dachem. Między nimi leży sala przygotowawcza z maszynami różnych typów najnowszej konstrukcji, do naciągania i wygładzania łańcuchów, do nawijania na szpule, do sporządzania arkuszy i grzebieni.
Maszyna czesarko – dziewiarka wprawiła raz marszałka polnego hrabiego von Moltke, w zdziwienie który w 1871 r. zwiedzał fabrykę w Mysłakowicach, wypowiedział on wówczas zdanie: „Ta maszyna posiada wręcz rozum”. Tkalnia mechaniczna jest uruchamiana przez pochodzącą z huty „Wilhelma”w Szprotawie, leżącą podwójną maszynę parową z prowadnicą Corlissa o mocy 70 koni mechanicznych. Przewody faliste pochodzą z fabryki maszyn Rich Hartmann w Chemnitz, krosna i maszyny przygotowujące pochodzą z angielskich warsztatów.
Produkcja mechanicznej tkalni w roku 188

25-03-2023 admin

Dodaj komentarz

Śledź nas

O nas

Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można znaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym.

Wszystkie materiały, fotografie i grafiki są chronione na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych stronach www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com

Newletter

Ostatnie komentarze