29 kwietnia 2026 r.
Moringa 750x90 podstrony
Theodor Donat: Erdmannsdorf/Mysłakowice osobliwości i historia. Cześć 2

Wydawca: Paul Ertel Jelenia Góra 1887 r.

Z języka niemieckiego przetłumaczyła na język polski Pani Zuzanna Kujat z Mysłakowic.
Zlecił i wynagrodził oraz poprawił, przepisał na komputerze Emil Pyzik.
Książka została odtworzona z płyty którą Emil Pyzik otrzymał od pana Hansa – Ulricha Rudolpha z Molkenweg – Niemcy we wrześniu 2003 r. Pan Ulrich jest synem ostatniego właściciela pałacu w Erdmannsdorf – Mysłakowicach.

Cześć druga,  Cześć pierwsza link

...Byłem wstrząśnięty, było to ostatnie pożegnanie ze mną. W południe powróciły znowu bóle głowy, ataki gorączki chwytały ją w krótkich odstępach, biedna jęczała. Obaj lekarze próbowali różnych swoich środków, dawało to tylko trochę ulgi w małych odstępach czasu. Jeszcze dwa razy i przy jaśniejszym świetle widziałem ją wczoraj, ale była dziwnie zmieniona. Dzisiaj widziałem ja jeszcze raz na pół godziny przed jej odejściem. Złożyłem pocałunek na jej rękę i odszedłem od niej, z postanowieniem nie oglądania więcej jej cierpienia. Niechętnie spoglądano wczoraj, gdy do niej chciałem pójść, dlatego byłem tylko kilka razy i to na krótki czas. Scharnhorst, przybył 4 dni wcześniej niż ja. Kiedy przed jego przybyciem, moja żona z nią o jej mężu rozmawiała, odpowiedziała „Ach gdyby mój mąż wiedział jak bardzo jestem
chora”. Zaszyła się później w swojej kołdrze i płakała po kryjomu i cicho, że można było poznać tylko po drżeniu kołdry.
Przewidziała najpierw rozstanie ze swoim mężem i dziećmi, nie chciała tylko zasmucić matki swoimi lękami. Także Theresie powiedziała, że na pewno nie będzie już długo żyła, ale było to jeszcze przed porodem. Z pewnością nie jest łatwo kobiecie z dobrych warunków życia, mając męża, dzieci, rodziców, rodzeństwo i przyjaciół. Wszystko jest niepowrotnie zniszczone. Miałem z niej prawdziwą radość, widząc jak się rozwija na godną szacunku panią domu i matkę. To już minęło!
Matko, matko, obudź się! Woła Gerhard przy jej łóżku – aż kroi się serce. Moja biedna żona, mogła tylko kilka łez upuścić, gdyż cała odrętwiała patrzyła przed siebie. Biedny Scharnhorst, głęboko zasmucony jednak trzymający się skarżył się : „Czym sobie na to zawiniłem?” Siostry jej siedzą na krzesłach dookoła i rzewnie płaczą. Tak więc mój dom z radosnego mieszkania zamienił się w dom smutku i żałoby. Między całym tym bólem na wskroś i lamentem, trzy główne osoby muszą zająć się pogrzebem, żałobnymi strojami i wszystkimi innymi związanymi z tym sprawami, a moja żona i ja nie mamy w tym żadnego doświadczenia”.
List do żony przyjaciela z dnia 8 lipca opisujący pogrzeb Agnes przy kościele katolickim w Łomnicy. „ Dnia 6 lipca rano 1822 r. wracam właśnie od łóżka mojej biednej Agnes, ona leży tam z łagodnym uśmiechem na twarzy. Jak to boli! Czuje się bardzo nieszczęśliwie, ponieważ ona była ozdobą mojego życia i domu, a teraz już jej nie ma. Mam prośbę do Was, czcigodny przyjacielu. Byście Wy lub Wasza małżonka, udali się do Jej Wysokości księżnej Luizy Radziwiłł i powiadomili ją w moim imieniu o tym ponurym wydarzeniu. Ona miała zawsze wiele życzliwości dla mnie i mojego domu, ona zapewne podzieli mój ból i powiadomi Jej Wysokość księżnę Wilhelm o tym smutnym wydarzeniu.
Ale jak będzie Wasza małżonka płakać na wieść o tym zerwanym związku nad którym roztaczała swa opiekę. Nie zapieczętuję więc listu na czarno by nie przerazić, w przypadku gdyby list nadszedł wcześniej niż sama wiadomość o śmierci. Z Bogiem! Mój wierny i szlachetny przyjacielu”.
Dnia 8 lipca dalej pisze Gneisenau „ do Pani von Klausewitz – Kontynuuję swą relację z naszego domu żałoby. Jak już pisałem Waszemu małżonkowi, naszym zamiarem było złożyć naszą nieboszczkę dzisiaj do ziemi. Od dwóch dni w powietrzu zanosiło się na burzę i było bardzo parno, co podziałało na jej doczesne szczątki i lekarz nalegał by pośpieszyć się z tym smutnym obowiązkiem. My mężczyźni poczyniliśmy starania nie powiadamiając o tym kobiet, by pochować ją wczorajszej nocy. Gdy wszyscy około godziny 10 wieczorem, byli w pogotowiu, powiadomiłem swoją żonę o tej konieczności i dokonanych poczynaniach, zapytując ją czy zechce odprowadzić swoją córkę w nocy do grobu. Żona na to zaraz przystała. Moja teściowa była zbyt słaba. Tak więc ruszył orszak żałobny z trumną w dół wioski do Łomnicy na cmentarz katolicki.
Tam przy katolickim kościele znajduje się grobowiec schodzący do podziemi, a należący do Erdmannsdorf – Mysłakowic. Przed nim kaznodzieja protestancki wygłosił krótką mowę a potem zniesiono doń trumnę. Moja żona, ja, dzieci i przyjaciele, zeszliśmy jeszcze w dół. Ach, z jakimi uczuciami!. Księżyc oświetlał tą żałosną scenerię.
Pani von Zedlitz i jej siostra Restorf, również oddały ostatnią przysługę mojej córce, jak również dwóch kuzynów i moja szwagierka, poza tym, nie było nikogo więcej poza ciekawskimi widzami z Łomnicy i Mysłakowic. O północy wróciliśmy z powrotem do domu. Dzisiaj w południe odbędzie się nabożeństwo żałobne w kościele ewangelickim w Łomnicy, na którym znajdzie się z pewnością wielu sąsiadów. Trzeba być za to wdzięcznym, lecz jest to przeszkodą dla pogrążonych w bólu, a obsługa i organizacja stypy jest ogromnym


przedsięwzięciem. Przed chwilą ujrzałem moją córkę i Panią von Restorf zajęte uporządkowaniem włosów ściętych z głowy mojej drogiej Agnes. Jest to strasznie rzewne. Wciąż trafiają się przedmioty w zasięgu wzroku, które boleśnie ja przypominają.
Jej strój żałobny był strojem porannym, który jej podarowałem w dniu ślubu. Pokój, który jej urządziłem na pokój panieński, jej pokój narzeczeński, jej komnata śmierci, jej pokój dziecinny, są to bolesne kontrasty. Moim pocieszeniem są wspomnienia jej wielkich cnót, jej gospodarności, jej miłości do męża i dzieci, jej czystej moralności, kobiecej delikatności, a to wielka ilość ziemskich dobrodziejstw, od których zabrała ją tak nagle śmierć, a wspomnienie o tym rani głęboko.
Właśnie Gerhard oprowadza swojego ojca po całym domu, by poszukać matki, jak mówi Ja pokazuję mu z balkonu wieżę kościoła w Łomnicy i mówię: tam śpi twoja matka.
„Dnia 9 lipca 1822 r. odbyło się kościelne nabożeństwo żałobne od godziny 3 do późnej pory wieczornej. Kazanie wygłosił duchowny ewangelicki z Łomnicy z którego rąk jeszcze tak niedawno odbierała wieczerze pańską. Później mowę wygłosił duchowny księcia Wilhelma z Karpnik we wspaniały sposób.
Dzisiaj o godzinie 11 odbędzie się chrzest pozostawionej córeczki, którą tak boleśnie musieliśmy okupić. Założyliśmy że możemy Was łaskawa Pani wymienić jako dodatkową chrzestną tej uroczystości. Z powodu tego przypadku śmierci, Gneisenau miał zamiar wznieść na cmentarzu kościelnym w Łomnicy grobowiec rodzinny, jednak pomysł ten nie doszedł do skutku. Trumna Agnes von Scharnhorst została wywieziona w 1834 r. do Sommerschenburg, gdzie także Gneisenau został pochowany.
Głęboka rana jaka powstała przez tą śmierć zabliźniła się stopniowo w dobrym, spokojnym życiu rodzinnym. Troje wnucząt Gerhard, August i Agnes pozostali w domu dziadków, by zastąpić im straconą ukochaną córkę, a mała Agnes cieszyła się szczególnymi względami dziadka. On zaś zajmował się coraz bardziej żywo sprawami rolnictwa i cieszył się osiągniętym sukcesem, który dawał mu nadzieję jak raz pisał, by procenty z ulokowanego wielkiego kapitału w mysłakowickiej posiadłości, jeszcze włożyć w gospodarkę.
Z posiadłości Sommerschenburg miał mniej radości, w jednym roku stracił tam 16.000 talarów, na skutek błędnego prowadzenia gospodarki przez tamtejszego urzędnika. Podróż do Włoch była już od dawna planowana, projekt został również od nowa przemyślany w tym roku. Kiedy przyjaciele von Klausewitza, którzy mieli wziąć udział w wyjeździe do Rzymu, odmówili więc zrezygnowano z tej podróży.
Stosunki przyjacielskie z sąsiadami: Karpnik, Ciszycy i Bukowca urozmaicał w najprzyjemniejszy sposób to życie wiejskie. Niekiedy urządzano szczególnie z okazji urodzin, uroczyste spotkania. O czymś takim pisze Gneisenau dnia 2 listopada 1824 r. do von Klausewitza „ Wieczór na Górze Mrówczej odbył się jeszcze pod koniec września. Kawałki odłamków skał, kazałem wyrównać, otoczyć murem i ustawić przebiegającą dookoła kamienną ławę z piaskowca. Jest to obecnie jeden z najpiękniejszych punktów widokowych góry. Tam też zaprosiłem gości z Karpnik, Ciszycy i Bukowca, tylko na kawę z ciastem i lody. Do tego zamówiłem stado krów z zawieszonymi na szyi czysto brzmiącymi dzwoneczkami metalowymi. W zaroślach siedział klarnecista i grał na swoim instrumencie, a kilku leśnych waltornistów wygrywało na rogach z pewnej odległości myśliwskie melodie. Najwięcej satysfakcji przy tym dawało uczucie radości dla piękności natury ze strony większości członków towarzystwa. Dla młodzieży kazałem zapalić dwa ogniska biwakowe i przynieść kartofle, które zostały z radością upieczone oraz spożyte przez młodych: Wandę, Gerharda, Augusta i Agnes.
W 1825 roku dla Gneisenau przyznano wysokie wyróżnienie i stopień feldmarszałka – marszałka polnego. W gabinecie królewskim sporządzono pismo o następującym brzmieniu: „ Berlin dnia 18 czerwca 1825 r. Minęło akurat 10 lat odkąd dokonał Pan jedną z najważniejszych, bezprzykładnych przysług w historii dla naszej ojczyzny. Gdy bez odpoczynku, gonitwą wywalczył Pan zwycięstwo, powodując rozbicie wrogiej armii, przygotowując tym chlubne zawarcie pokoju, którego błogosławieństwem Europa od tego czasu nie zakłócenie się cieszy. Sądzę, że ojczyzna to drogie wspomnienie i nie inaczej uczcić powinna, jak odznaczeniem i nadaniu Panu dzisiaj stanowiska generała feldmarszałka armii, przy czym Naszym życzeniem jest by sprawował Pan to stanowisko długo w niezmąconym zdrowiu, by państwo w czasie niebezpieczeństwa na Pana liczyć mogło. Fr. Wilhelm III“.
W 1828 r. feldmarszałek miał zaszczyt powitać u siebie w pałacu w Mysłakowicach króla. Było to dnia 14 września, gdy król na dwa dni zatrzymał się w Karpnikach. Gneisenau opowiada o tych odwiedzinach w następujący sposób „ W niedzielę zaraz z rana między godziną 7 a 8 nadjechał król, wysiadł i wszedł po schodach do pałacu stając przed sypialnią mojej żony. Służący z pośpiechem wpadł do mnie by mnie to oznajmić, ja szybko włożyłem frak i po schodach zbiegłem w dół. Tu powitałem króla i zaprowadziłem go do najniżej położonej izby (Gneisenau zajmował swój pokuj na poddaszu ze względu na wspaniały widok na okolicę).
Białogłowy leżały jeszcze w łóżkach, gdy dowiedziały się o wszystkim opuściły je dosyć szybko. Jest rzeczą naturalną że w tak krótkim czasie nie zdążyły się jeszcze przebrać na taką okoliczność. Po kilku minutach pobytu w pałacu i po grzecznościowych zwrotach król pojechał dalej czyli do Karpnik. Szczęście w tym że przynajmniej ja byłem ubrany. W tym samym dniu odbyła się proszona kolacja w Karpnikach. Tam nam zapowiedziano wizytę Wysokich gości. Ale książę Karol i 3 młodych Radziwiłłów udało się na Śnieżkę, by stamtąd odbyć pieszą wycieczkę górskim grzbietem. Wieczorem, całe towarzystwo oprócz turystów przybyło do Mysłakowic, gdzie zostali podjęci herbatą i kolacją. Ponieważ padał deszcz, więc w ciemnościach nocy wyjechali z powrotem. Księżna Liegnitz dołączyła do nich, jednak by zdążyć do nas na wieczór była cała przemoknięta.
Wczoraj czyli w poniedziałek, odbyła się wycieczka do wodospadu Szklarki, która okazała się niewydarzona, gdyż po obiedzie spadł obfity deszcz, a wieczorem wszystkich podjęto herbatą w Cieplicach”.
Przy wszystkich wysokich odznaczeniach, które marszałek otrzymał, nadal pozostał bardzo skromny i swoje wszystkie sukcesy brał jako dopust łaski bożej. W wieku 70 lat napisał do swego przyjaciela Grobena „ Nigdy o tym nie myślałem, że kiedykolwiek będę obchodził 70 te urodziny. Kiedy patrzę wstecz na swoje długie życie i policzę dobrodziejstwa jakie niezasłużenie od Boga otrzymałem i jakimi wiernymi przyjaciółmi mnie obdarzył, to moje serce jest całe przepełnione dziękczynnością wobec tego któremu to wszystko zawdzięczam. Moje całe życie pokazuje mi się jako istny cud. Gdy jeszcze jako dziecko pozbawione matki, przez ojca, który szukając przygód włóczył się po całym świecie, pozbawiony wsparcia, boso do szkoły chodziłem.
Później przez swoich dziadków uwolniony od tej nędzy, lecz od Jezuitów i franciszkańskich mnichów marną i przesadną naukę otrzymałem, dopiero od byłego protestanckiego kaznodziei dostałem książki lepszej wartości, które pobudziły mnie do poznania dalszej lepszej lektury. Później roztrwoniłem swoje marne dziedzictwo po dziadkach i wpadłem w wielkie tarapaty. Jak mogłem z tego wszystkiego wyjść obronną ręką, lub co więcej, przez wyższą rękę uratowany, to wszystko wydaje mi się cudem. Jak król pośród wielu innych i wyżej stojących akurat mnie wybrał na dowódcę w Kołobrzegu. Ustawicznie mnie wywyższał podczas naszych kampanii. Przez swoje polecenia, dawał dowód głębokiego
zaufania. Trudno mi teraz to wszystko pojąć. Jak wiele z tego życia jest mi przeznaczone, czasem jestem gotowy z niego zrezygnować ze strachu co będzie później.
W czerwcu 1830 r. pałace w Karpnikach i Mysłakowicach zostały znowu zaszczycone królewskimi wizytami. Dwór z Berlina i Petersburga razem z wielką świtą urządził sobie w naszych górach postój. Gneisenau pisze o tym dnia 3 czerwca do Pani Klausewitz „ Kiedy we wszystkim dokonamy przeglądu i zlustrujemy meble, spostrzeżemy wówczas, jak chwiejne są niektóre rzeczy. Patrząc na to od frontu są podobne do znoszonej kamizelki z podartym lnianym tyłem, widok podobny do teatru, jeżeli się patrzy od strony kulis.
Natura, dookoła nas musi zastąpić miejsce sali teatralnej. Są tam: cudowne oświetlenie, piękna dekoracja, soczyście pomalowane scenerie. To wszystko zasłoniłoby to ubóstwo, gdyby wysoka para i jej świta nie zajrzały za kulisy, lecz oni sami muszą zadecydować. Nie mogę tego zmienić choćbym był krezusem. Wszystko tu dookoła zostało zarekwirowane, stolarze, kotlarze, siodlarze, tapeciarze, wszystkie do nabycia meble w sąsiadujących miastach. Już gdy się jest na ostatniej górze przed Karpnikami, skąd widać to miejsce, słyszy się już dźwięk pił stolarskich. Przejdzie się przez wierzchołek to widać mnóstwo pracujących tam ludzi.
Szkielety domów i mostów ukazują się nam i trzeba potrząsnąć głową na wieść że wszystko to ma być zrobione przez dwa dni, czyli jasna sala i przykryte dojście do tego gdzie osobistości z Berlina i Petersburga maja się spotkać. Przy zajęciach w zarządzaniu, książę Wilhelm wpadł między dwie belki i nadwerężył sobie oba uda, jeszcze teraz utyka na nie. Dzisiaj dom w Karpnikach jest w opłakanym stanie. Wszystko było już gotowe w pomieszczeniach. Cesarzowa – małżonka cara Mikołaja, najstarsza córka Fryderyka Wilhelma III miała zamieszkać tak jak sobie tego życzyła, na dole. Król i księżna von Liegnitz na górze i odpowiednio do nich pozostali do zakwaterowania.
Nagle przychodzi list od króla, który chce by jemu przygotować mieszkanie na dole i pokoje cesarzowej jemu oddać. Wszystko znów należy urządzać inaczej. Aby temu ciężarowi podołać księżna Marianna wychodzi ze siebie. Góry zostały oszczędzone od przyjazdu teatru komediantów, a mianowicie na polecenie carycy, która uważała, że ze Śnieżką w tle – naprzeciwko, teatr źle się zaprezentuje. Jednak mówi się, że Madame Sonntag przybędzie a hrabia Roder będzie jej akompaniował podczas śpiewu.”
Dnia 5 czerwca rano. „ Moi goście dotarli tutaj wczoraj w nocy o godzinie 12, po tym jak jeszcze z Jeleniej Góry na kolację zaproszeni zostali do Karpnik, zaś poprzedniej nocy tak samo u księżnej Kardath zabawiali. Przybyli trochę wyczerpani przez upały i męczącą podróż. Madame Sonntag nie przybędzie, powód dla mnie jest nieznany. Wysokie osobistości, będą musiały więc same się zabawiać. Za kilka godzin będę musiał się udać na Grzbiet Kamieniogórski (zapewne chodzi o grzbiet ze Skalnikiem), dwie mile stąd, aby na granicy okręgu wziąć udział w odbiorze Jej Królewskiej Wysokości. (Kiedyś właśnie stary trakt kamieniogórski przebiegał pod Skalnikiem a nie przez Przełęcz Kowarską) Najwyższy punkt tej drogi zwie się Wyprzęgać konie. To tutaj znajduje się granica okręgu.
Kupiec Gebauer z Kowar wahał się czy udzielić zakwaterowania. W końcu wyraził zgodę i udał się do Karpnik, aby obejrzeć tamtejsze umeblowanie, oświadczył, że on też chce swoim gościom podobnie a może jeszcze wspanialej urządzić pokoje. W tym celu udał się do Wrocławia i kupił najcenniejsze meble i tak wyposażył swój dom. Często jego gośćmi byli hrabia Modene, jego córka i książę Urusoff. Było to dla kupca wielkie wyróżnienie.
Przy końcu naszego małego szkicu, podczas dni spokoju naszego feldmarszałka, pozostało jeszcze opisać jego wygląd zewnętrzny. Do tego opisu użyjemy obecnie na czasie opisane wrażenia współcześnie z nim żyjącego Ernsta Moritza Arndta. Gdy Arndt ujrzał go pierwszy raz w 1812 r. marszałek był w wieku 52 lat, o postawie, kroku i gestach podobnych do 30 latka. Jego budowa była okazała i postawna, jego rysy przypominały lwa, plecy i pierś szerokie, od biodra aż do stóp był silnie zbudowany, okrągły oraz w nogach i stawach gibki i
delikatny, zgrabny i kształtny, stał i poruszał się jak urodzony bohater. Jego mocne ciało wzrostem powyżej średniego wzrostu, zwieńczała wspaniała głowa; otwarte, szerokie, jasne czoło, gęste, ciemne włosy, piękne, wielkie niebieskie oczy, spoglądały równie przyjaźnie i przekornie, czasem umiały się śmiać. Prosty nos, pełne usta i okrągły podbródek. Męskość i uroda była u niego we wszystkich rysach. Na czole miał zabliźnioną szeroką rysę. O rysie tej zazwyczaj mówił że, często go denerwuje i nudzi, gdy ludzie chcą wiedzieć podczas jakiej bitwy ją otrzymałem, a ja muszę ich odprawić złą wiadomością”
Ten urodziwy człowiek był bardzo namiętny i ognistej natury, a śmiałe czyny i myśli płynęły w nim cały czas. Również jego oblicze było niekiedy rozmarzone i zamyślone. Kto go znał osobiście nie był zadowolony z żadnego jego obrazu czy miedziorytu, gdyż nie oddawał prawdziwego jego wyglądu w zupełności. Człowiek ten był szlachetny, wspaniałej postawy, układny w zachowaniu, wykształcony i odpowiednio ułożony.
W 1830 r. gdy w Polsce pod zaborem rosyjskim, na skutek paryskiej rewolucji lipcowej wybuchło powstanie w sprawie niepodległości, Gneisenau został powołany na dowódcę armii obserwacyjnej a składającej się z 4 korpusów. Erdmannsdorf – Mysłakowice już go więcej nie zobaczyły. W 1831 r. znajdziemy go w Poznaniu w głównej kwaterze, w samym środku strategicznych czynności. U jego boku stał jako szef sztabu generalnego, jego stary wierny przyjaciel Klausewitz. Przy całej surowości służby, w otoczeniu marszałka panował pogodny nastrój. W codziennych ucztach marszałek gromadził zwykle tuzin swoich oficerów. Przy stole o sprawach służbowych nie wolno było rozmawiać. Podczas posiłków nawet często żartowano.
Wtedy to do obozu wkradł się podstępem cichy „gość” – była to azjatycka „cholera” i zebrała pośród żołnierzy liczne ofiary. Marszałek nie znał strachu przed tą morderczą chorobą. „ Gdyby mi postawiono wybór, jaką śmiercią mam umrzeć, to obok kuli armatniej lub łagodnego uderzenia pocisku, wybrałbym właśnie cholerę”. Gdy ma się 71 lat to duchowa i fizyczna siła już osłabły i nie oczekuje się już więcej radości z życia, a jeżeli tak to już bardzo mało. Wtedy można chodzić już nawet w środku cholery i traktować ją obojętnie, a zająć się ważniejszymi problemami dnia codziennego.
Tak pisał Gneisenał do swojej żony dnia 9 sierpnia, która obdarzyła go w jego sędziwych latach namiętnością i miłością. W nocy z 22 na 23 sierpnia 1831 r. choroba powaliła i jego. Wiele razy musiał wstawać w końcu stracił przytomność i upadł w pokoju na podłogę. Służący który spał w przedpokoju, obudził się i zaniósł go z powrotem do łóżka, wtedy wezwany został lekarz. Po krótkim czasie zebrała się cała rada wraz z synem i Klausewitzem dookoła jego łóżka. Lekarze początkowo rokowali jeszcze jakąś nadzieję na wyzdrowienie. Chory marszałek znowu powrócił do świadomości, zaczął rozmawiać i żartować. Stwierdził, nawiązując do zmarłego wcześniej marszałka rosyjskiego Diebitscha, że cholerą zapewne nazwą chorobą feldmarszałków.
O godzinie 4 po południu poczuł się tak zmęczony, że chciał zasnąć, gdy przyjaciele odeszli zasnął. Nie wrócił już do pełnej świadomości. Co jakiś czas popadał w omdlenie. Sen stawał się niespokojny. W nocy około godziny 12 w sierpniu 1831 r. spokojnie zmarł. Dnia 25 sierpnia 1831 r. w ciszy został pochowany. Ponieważ jego życzeniem było, by po śmierci przewieźć go do Mysłakowic, co często powtarzał, dlatego w Poznaniu urządzono tylko tymczasowy pogrzeb. Gróz został bardzo dobrze wybrany, powtarzamy tu słowa z pamiętnika wiernego przyjaciela Klausewitza, który w parę tygodni później został też ofiarą tej samej epidemii. Położono ich na polu szacownym koło cmentarza kościoła katolickiego. Dwa działa stojące służyły do obrony szańca, tworzyły pośród masy kamieni ochronną tarczę. Piękniejsze miejsce pochówku nie mogło przypaść żadnemu innemu wojskowemu. Między grobami i
znakami pamięci, między działami i tarczami ochronnymi, spoczywał człowiek, który posiadł na wskroś wojskową a przy tym dobroduszną duszę.
W późniejszym czasie zrezygnowano z przewożenia zwłok do Mysłakowic, ponieważ rodzina nie była w stanie utrzymać dwie posiadłości: Erdmannsdorf i Sommerschenburg, decydując się na królewską dotację Sommerschenburg. Kiedy w końcu 1832 r. poznańskie fortyfikacje zostały przebudowane, zwłoki feldmarszałka przeniesiono najpierw do grobowca w Wormsdorf, a później w 1841 r. do Sommerschenburg . Król pruski Fryderyk Wilhelm IV uczestniczył wraz ze swoimi braćmi w uroczystości pogrzebowej, równocześnie czczono rocznicę zwycięstwa pod Belle Alliance. Wtedy również odsłonięto pomnik postawiony dla feldmarszałka przez pruską armię dla swego dowódcy.
Jego przyjaciel z młodości, bogaty kupiec z Gdańska założył mały kapitał z przeznaczeniem, aby na wszystkie czasy zatrudnić pruskiego inwalidę wojennego jako strażnika przy pomniku i grobie feldmarszałka Gneisenau. Po śmierci Gneisenau, Mysłakowice jakby znowu zaczęły tracić na wartości, jednak ta mała wioska podgórska miała wkrótce znowu ujrzeć, doczekać się świetniejszych dni. W 1832 r. Erdmannsdorf zostało zakupione przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III.

11. Mysłakowice za czasów króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III.

Kontrakt kupna, za pośrednictwem którego, majątek Augusta Gneisenau z Erdmannsdorf – Mysłakowic przeszedł w ręce króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III nosi datę 21 sierpnia 1832 r. Suma wynosiła 156.000 talarów. Nowi właściciele, w pierwszych 3 latach pałac wcale nie odwiedzali, a w latach 1835, 1838 i 1839 przebywali zaledwie na krótkie tygodnie, to jednak różne zlecone prace rzemieślnicze i budowlane przyniosły dużą zmianę. Pałacowi wprawdzie pozostawiono jego wygląd zewnętrzny, lecz we wnętrzu przeprowadzono liczne zmiany oraz z boku dobudowano nowy budynek dla pomieszczenia urzędników państwowych oraz ich obsługi – Dom Kawalerów.
Niektóre pozostawione przez marszałka dobudówki zostały rozebrane, ponieważ nie pasowały do nowego planu upiększającego, za to znowu powstały na innym miejscu, nowe odpowiednie budowle. Zlecono, by urządzenie i umeblowanie wnętrza pałacu, zrobione zostało w całkiem prostym stylu na wzór zamku w miejscowości Flatow koło Poczdamu. Kosztowało to 4.000 talarów. Kiedy przybył król ze swoją wielką świtą, to musiała zostać ona umieszczona częściowo w pomieszczeniach browaru, który wówczas znajdował się gdzie obecnie jest szpital Betania, częściowo w karczmie sądowej u Pornitza, po części też w prywatnych mieszkaniach. Krewnych rodziny królewskiej umieszczano w pobliskich pałacach u sąsiadów. Tak mieszkał książę Wilhelm późniejszy cesarz w zamku wojanowskim w 1835 r., podobnie jak w 1840 r. cesarsko – rosyjskie wysokości von Leuchtenberg.
Do najważniejszych budowli tamtych czasów należy ukończony już w roku 1834 budynek tzw. Dom Kawalerów. Dom ten w późniejszym czasie znowu został rozebrany gdyż w tym miejscu stanęła sala balowa – jadalnia. Na parterze były mieszkania dla urzędników gospodarczych, kancelaria gospodarcza oraz wolny pokój. Pierwsze piętro w czasie obecności króla przeznaczone było na gabinet cywilny i wojskowy. W pałacu istniała już za czasów marszałka mała oranżeria. W roku 1833 została wybudowana druga. W tym samym roku u stóp góry Mrowiec został przebudowany na leśniczówkę dom ceglarza.
Na szczycie góry Mrówczej wycięto młody drzewostan w celu powiększenia widoku na panoramę okolicy. Stary stół wykonany niegdyś z piaskowca został pokryty płytą marmurową z wyrytymi napisami miejscowości, które wskazywały kierunek, w którym spoglądano. Stół został wykonany przez kamieniarza Wimmela w Berlinie i kosztował razem z transportem 295 talarów. Ponieważ płyta została uszkodzona, więc położono na nią odlaną z żelaza tablicę orientacyjną i tylko w czasie obecności tu króla tablicę zdejmowano. Na wykonanie dróg prowadzących na szczyt góry wydano 148 talarów. W całości na wszystkie przebudowy ze szkatuły królewskiej do 1838 r. wydano 10.500 talarów.
W 1835 r. król polecił zbudować masywny most na rzece Łomnicy przy hotelu Siekescha – Domu Szwajcarskim opodal pałacu, do jego wykonania przyczyniła się również i miejscowa gmina. W tym czasie wydarzyło się nieszczęście ze stratą dla dworu w nocy z 8 na 9 marca. Spaliło się wielkie gospodarstwo – Oberhof, położone nad Łomnicą blisko posiadłości Bettermanna. Spaliło się wówczas 525 owiec. Ponieważ ogień powstał w młocarni, stwierdzono, więc złośliwe podpalenie. Już wiele lat wcześniej to gospodarstwo często nawiedzane było nieszczęściami. W roku 1795 dnia 14 lipca – pustosząca powódź porwała owczarnie, w następstwie tego faktu było przeniesienie gospodarstwa w miejsce gdzie dzisiaj stoją potężne budynki przędzalni.
W 1836 r. w Mysłakowicach pojawił się królewski dyrektor planowania ogrodów – Lene. Ustalił on plan nasadzenia drzew i krzewów w tworzonym parku pałacowym. Wykonanie tego zadania powierzono nadwornemu ogrodnikowi Teichlerowi, dziadkowi obecnego ogrodnika pałacowego. Wcześniej, był on również ogrodnikiem marszałka Gneisenau. Urzędnicy marszałka pozostali na swoich stanowiskach z podwyższoną pensją jako pracownicy królewscy. Stary sługa Gneisenau jeszcze przez 2 lata piastował stanowisko kasztelana pałacowego, następnie na swoją prośbę odszedł na emeryturę, zaś na jego miejsce przyszedł Alert, który do śmierci czyli do 1871 r. pełnił wiernie służbę. Ekonomią we wszystkich branżach oprócz leśnictwa i myślistwa zajmował się urzędnik Wittwer. On również zarządzał kasą gospodarki i leśnictwa oraz nadzorował wypłaty.
Cały majątek królewski obejmował obszar 2.911 morgów w tym 1.017 morgów gruntów rolnych, 500 morgów łąk, 885 morgów lasów. Reszta to drzewostany, ogrody, stawy i nieużytki. W latach 1838 – 39 część tych ziem przekazano Tyrolczykom. Poza gospodarstwami, budowlami, założeniem parkowym, powierzchnią wód i nieużytkami, zostało jeszcze 326 morgów gruntu, 196 morgów łąk, 592 morgi lasu.
Główny dochód z majątku dostarczała hodowla owiec. Hodowano około 1.500 szlachetnych owiec merynosów, pod opieką naczelnego owczarza, który miał pod sobą 6 pasterzy. Wełna i mięso z owiec dawało roczny dochód około 3.500 talarów. Z hodowli bydła wyciągano tylko 500 talarów. Leśnictwo i myślistwo przynosiły 650 talarów, hodowla ryb 310 talarów. Ze sprzedaży zbóż 1.745 talarów. Przychód w całym gospodarstwie rocznie wynosił 8.007 talarów w tym 641 talarów z procentu od gruntów i robocizny poddanych oraz prywatnych ogrodników oraz 142 talary z jurysdykcji spadkowej.
Wydatki wynosiły 6.257 talarów w tym 100 talarów wsparcia dla 53 potrzebujących mieszkańców, w pozostałych na publiczne potrzeby, podatki komunalne, koszty szkoły i kościoła, pobory dla urzędników a reszta na potrzeby gospodarki. Ze szkatuły króla wolno było wydać tylko 1.750 talarów, było to zapewne jak na kapitał 156.000 talarów niezbyt wspaniałe oprocentowanie. Program gospodarczy z lat 1836/37 jest jeszcze i tak bardzo pomyślny.
Mieszkańcy Erdmannsdorf – Mysłakowic z wielką tęsknota oczekiwali jak również cała ludność podkarkonoskich wiosek na dzień w którym ukochany król pierwszy raz jako właściciel Erdmannsdorf tu się pojawi. Przyjazd króla został wyznaczony na dzień 23 sierpnia 1835 r. Z tej okazji lokalny wierszokleta nazwiskiem Benner, obwieścił mieszkańcom pogórza w wielce wzniosłym poemacie, bliskie szczęście, jakie ich wszystkich czeka i wyraził w tym wierszu radosne uczucie, jakie wówczas wszystkie serca w naszych dolinach przepełniały.
Dnia 21 sierpnia z Rosji przybyła caryca Elżbieta z córką naszego króla i udała się do Karpnik. W Jeleniej Górze mieszkańcy bogato przyozdobili ulice na jej przybycie. Wszyscy byli radośnie poruszeni składając jej hołd. Duchowieństwo obu wyznań, urząd miasta jak również wysokie osobistości oczekiwali na cesarzową przed ratuszem. Bicie dzwonów obwieściło oczekującym w najbliższej okolicy wjazd Jej Wysokości. Kiedy zapadł wieczór tego pięknego dnia, na wszystkich górach zapłonęły ogniska. Podobną uroczystość powtórzono gdy przybył król z małżonką księżną von Liegnitz dnia 23 sierpnia o godzinie 6
Wieczorem. Wielka radość mieszkańców była nie do opisania. Do Jeleniej Góry przybyło tysiące ludzi z różnych stron Kotliny Jeleniogórskiej.
Z Jeleniej Góry para królewska szybko udała się do Mysłakowic, zarządzający gminą otrzymali pozwolenie na złożenie hołdu jego Wysokości jako nowemu panu na włościach. 10 – letnia córka nauczyciela Martina Matylda osobiście powitała władcę wierszem, który po wypowiedzeniu wręczyła mu na haftowanej poduszce atłasowej.
Król był głęboko poruszony takim powitaniem i podniósł dziecko w górę i ucałował. Wtedy stojąca obok młodzież szkolna zaintonowała następującą pieśń „ Bądź wielce pozdrowiony z pełnym czci uwielbieniem” Pobyt królewskiej pary w pałacu trwał do dnia 30 sierpnia.
W Kotlinie pojawili się także inni członkowie rodziny i krewni domu królewskiego z najbliższej okolicy. Książę Karol Pruski mieszkał w Kowarach, książę Wilhelm Pruski późniejszy cesarz, razem z małżonką zamieszkali w Wojanowie, tam również umieszczony został Wielki książę z Meklemburgii Fryderyk Niderlandzki z małżonką, oboje potem zamieszkali w Karpnikach, podobnie jak księżna Meklemburska.
W ostatnich dniach sierpnia, przybyli jeszcze następca tronu książę Fryderyk Wilhelm IV, książę Albrecht, książę Karol z Meklemburgii i arcyksiążę Johann z Austrii – brat cesarza Franciszka I do Karpnik lub Mysłakowic.
Dni pobytu tych wysokich rodzin były urozmaicane licznymi wycieczkami w najbliższą okolicę. Zwiedzano Cieplice, Sobieszów, Chojnik, Wodospad Szklarki, Staniszów, Góry Sokole. Wizytę złożono hrabiemu Schaffgotschowi w Cieplicach. Szczególnie ciekawie było w niedzielę dnia 23 sierpnia w Karpnikach. Po zakończeniu nabożeństwa w tamtejszym kościele w którym brała udział królewska rodzina, przed pałacem odbyło się uroczyste śniadanie. Po posiłku jej królewskie i cesarskie moście udali się do browaru obok którego zebrało się mnóstwo ludzi z całej okolicy oraz wiele stoisk z kramami jak podczas jarmarku. Orkiestra wojskowa 23 regimentu piechoty, grała miłe i skoczne melodie. Niestety tak pięknie zapowiadający się dzień został nagle przerwany przez gwałtowną burzę.
Dnia 30 i 31 sierpnia nastąpił odjazd królewskiego dworu do Legnicy gdzie w pobliżu odbywały się wielkie manewry wojskowe. W latach 1836, 1837, nie było żadnych wizyt ze strony dworu królewskiego w Mysłakowicach. Za to rok 1838 przyniósł wiele niespodzianek. Wielkim wydarzeniem dla mieszkańców było przybycie na ten teren Tyrolczyków z Alp austriackich z Zillertalu. Należy tu zaznaczyć, że wielkie zmiany zaszły w mieszkańcach Mysłakowic w związku z tym że w ich wiosce powstała letnia rezydencja króla pruskiego. Wioska wnet była znana w całych Prusach a nawet i w samym Berlinie. Zaczęto je nazywać Perłą Śląska, a mysłakowicki gospodarz mógł dumnie patrzeć na swoje niwy, gdyż stał się sąsiadem króla pruskiego.
Szczególnie dla mieszkańców, ważnym było to, że powstało wiele nowych mostów i wspaniałych dróg często zamienionych w wspaniałe aleje. Dwór królewski wiele razy okazywał swoje zainteresowaniem biedotą i ubóstwem, udzielając pomocy potrzebującym mieszkańcom. Król w swoim otoczeniu starał się uszczęśliwiać ludzi i wnosić radość do tych mieszkańców pogórza. Również wzniesione budowle i założenia parkowe stały się dla
mieszkańców powodem do dumy i magnesem dla późniejszych turystów którzy coraz częściej zaczęli zaglądać do miejscowych hoteli i gospód oraz by nacieszyć oczy malowniczym krajobrazem i przejść przez królewski park obok zabytkowego królewskiego pałacu.

12. Budowa kościoła ewangelickiego.

Jednym z pierwszych i dobroczynnych przedsięwzięć, jakie zawdzięczała gmina Erdmannsdorf – Mysłakowice swoim posiadaczom ziemskim było wybudowanie kościoła. Przedtem ewangelicy, jak dziś jeszcze katolicy, chodzili do kościoła do Łomnicy. Minister Rother z którego nazwiskiem związane jest założenie i rozwój kolonii tyrolskiej oraz budowa przędzalni, zajął się na polecenie króla tym zadaniem tak, że już w roku 1836 rozpoczęto budowę kościoła i organizowanie parafii.
Dnia 12 września 1836 r. w obecności księcia Wilhelma Pruskiego z Karpnik, brata króla, odbyła się uroczystość położenia kamienia węgielnego pod budowę nowej świątyni. Wszystkie roboty wykonywano być może z dużym pośpiechem, gdyż 3 maja 1838 r. był wyznaczony na poświęcenie gotowej budowli. Dnia 8 czerwca 1838 r. w piątek rano o godzinie pół do siódmej nastąpiło jednak smutne wydarzenie. Wieża kościoła zawaliła się, podczas gdy murarze i robotnicy w jej środku pracowali.
Rozległ się straszny huk i na miejscu wieży wzniosła się potężna chmura kurzu w kierunku nieba. Do tej pory nie znana jest bezpośrednia przyczyna zawalenia się wieży. Kierownicy budowy, młody architekt Frey i mistrz murarski Christmann, jeszcze na długo przed zawaleniem, zauważyli rysy w murze. Tylko jeszcze potrzeba było półtora dnia do zakończenia prac przy wieży. Dziesięciu ludzi znalazło śmierć pod gruzami, a 4 zostało ciężko rannych. Zwłoki 7 robotników szybko znaleziono jeszcze 8 czerwca z rana, a dwóch na następny dzień. Jednego znaleziono dopiero dnia 13 czerwca. Dnia 11 czerwca po obiedzie rozpoczęto uroczystości pogrzebowe. Wszystkich pochowano w jednym grobie na cmentarzu w Łomnicy, ostatniego pochowano dopiero dnia 14 czerwca.
A oto wykaz zabitych robotników podczas zawalenia się wieży kościelnej.
1. Johannes Bauer – uczeń murarski – 17 lat.
2. E. Opitz z Wojanowa – uczeń murarski – 19 lat.
3. L. Rudolph – rzemieślnik z Mysłakowic – 17 lat.
4. A. Gottwald z Malinnika – uczeń murarski – 18 lat.
5. Christian Schwarcer z Trzcińska – robotnik – 26 lat.
6. Benjamin Feift z Malinnika – robotnik – 30 lat ( żona i 2 dzieci ).
7. Gotlieb Simon z Łomnicy – robotnik – 29 lat.
8. Christian Schmidt z Podgórzyna – robotnik – 29 lat.
9. Gottlieb Exner z Karpacza – murarz – 66 lat.
10. Gottlieb Krausch z Meffersdorf – murarz – 79 lat.
Ciężko ranni zostali murarz Petran z Bolkowa, Kahl z Kuncendorf, Simon z Podgórzyna i rzemieślnik Neumann z Malinnika. Jeden z robotników z Karpacza cudem uszedł z życiem, ponieważ wyszedł wcześniej. Na polecenie rozgniewanego króla, wszczęto zaraz dochodzenie w tej sprawie, po zakończeniu którego, przed sąd postawiono kierownika budowy młodego architekta Gustawa Adolfa Frey z Kowar i mistrza murarskiego Karla Teodora Christmanna, których jednak później ułaskawiono. Frey, który nie mógł się pogodzić z tym strasznym wypadkiem, popadł w obłęd i zmarł w Lubiążu w 1840 r.
Król, który zjawił się w Mysłakowicach dnia 18 czerwca, zajął się losem wdów i sierot oraz kazał rozebrać kościół aż do fundamentów i od nowa go zbudować, z większą solidnością. Budowę tym razem powierzono królewskiemu budowniczemu Hammannowi z Berlina. Koszty budowy wynosiły 26.000 talarów, które zostały wypłacone z prywatnej kiesy
królewskiej. Kościół zbudowano w stylu bizantyjskim według planów architekta królewskiego Karola Schinkla
Pod kierunkiem Hammanna roboty murarskie wykonywał mistrz murarski Weidners z Cieplic, zaś po jego śmierci przez Ketznera z Kowar. Roboty ciesielskie wykonywał cieśla Grosser z Kowar. Wieżę budował mistrz murarski Werner z Jeleniej Góry. Początkowo wieża miała tylko 35 m, później po podniesieniu 55 m wysokości i przypominała swym wyglądem Campanilę di San Marco w Wenecji.
Król Fryderyk Wilhelm IV którego gustowi przypominająca prawie komin wieża, według projektu Schinkla nie odpowiadała, dlatego polecił w roku 1858 nasadzić jej wierzchołek, jak również przy wejściu postawić dwie wspaniałe kolumny marmurowe a pochodzące z Pompei, których jednak głowice zrobiono nowe na miejscu.
Dach kościoła został pokryty mocną cynową blachą i trzymał się przez wiele lat. Dopiero po 50 latach wymaga poważnego remontu, gdyż płytki cynowe mocno się powyginały. Bruk kościoła wykonano z marmuru z Kuncendorf koło Nysy. W kościele mieści się około 800 ludzi. Wiązania dachu są ozdobione, pokrycie jest w kolorze błękitu z żółtymi gwiazdami, ściany zrobione są na szary marmur, pod gzymsem ciągną się kolorowe arabeski. Okna mają małe wielokątne szybki, a u góry kolorowe szkło.
Ambona stoi na lewo od ołtarza, a schody do niej prowadzą z zakrystii. Naprzeciw do niej znajduje się wejście do loży królewskiej nad wzniesieniem – emporą. Ołtarz z obrazem profesora Remy z Berlina – Chrystus pośród dzieci, stoi w niszy pod gwiaździstym niebem. Organy wyróżniające się mocnym dźwiękiem, są dziełem jeleniogórskiego organmistrza Buckowa i kosztowały 2.000 talarów. Dzwony są również dziełem jeleniogórskiego fachowca i zostały odlane przez ludwisarza Sieferta, mają przyjemny dźwięk. Naczynia – wieczerzy pańskiej – do komunii, są podarunkiem królowej Elżbiety – żony króla Fr. Wilhelma IV i przedstawiają bardzo dużą wartość.
Krzyż stojący przed kościołem, w centrum półkolistej zabudowy tarasowej z medalionem Fryderyka Wilhelma III – odlew cynowy, o który opierają się dwaj chłopcy – Tyrolczyk i Ślązak, został również wykonany i postawiony na polecenie Fr. Wilhelma IV w roku 1843. Jest to dzieło słynnego rzeźbiarza Raucha i odznacza się jak wszystkie jego prace, pięknem i wiernym przedstawieniem postaci.
Śląski chłopiec, marzycielsko zadumany patrzy ponad otworzoną przed nim książką. Jaka głębia i czystość dziecinnego uczucia, przemawia z tych rysów twarzy. Obok niego, rozdzielony tylko przez krzyż, stoi tyrolski chłopiec, dumnie i prosto, spojrzenie skierowane w dal, ubrany w ludowy strój Tyrolczyków z kijem wędrownym w ręku, tak jakby wybierał się w podróż i jest głęboko zamyślony.
Pomnik ten ma również swoją tragiczną historię. Tylko niewielu ją zna i ci zapewne woleliby ją zapomnieć. Ten śląski chłopiec to dziecko z Erdmannsdorf – Mysłakowic, który służył wykonawcy za model, piękny blond chłopiec w 8 lat później okrył hańbą siebie i rodzinę swoim niecnym czynem oraz całą wioskę dokonując rabunkowego morderstwa. Połowę lat swojego życia spędził w ciężkim więzieniu – domu poprawczym, dopóki łaska króla otworzyła mu zamek jego celi. Krwawy czyn według prawa ludzkiego odpokutowany. Wtedy wyjechał do Ameryki za ocean i rozpoczął nowe uczciwe życie i żyje tam do dzisiaj. Jednak przed laty odwiedził swoją starą ojczyznę oraz swoją najbliższą rodzinę. Pilnością i oszczędnością zdobył duży majątek i cieszył się poważaniem swoich współmieszkańców.
Także relief – płaskorzeźba, umieszczony przy okrągłym tarasie: Luther, Melanchton, Zwingli – jest zleceniem króla Fr. Wilhelma IV. Kościół został uroczyście otwarty dnia 8 grudnia 1840 r. w obecności ministra von Rothera wraz z jego małżonką i
wielu innych wysokich osobistości, którzy zechcieli przybyć na tę uroczystość do Erdmannsdorf – Mysłakowic.
W międzyczasie nowa parafia powiększyła się o pokaźną grupę Tyrolczyków z Austrii. Parafia otrzymała swojego pastora z Rybnicy Johanna Gottlieba Rotha, który aż do ukończenia budowy kościoła gromadził wokół siebie co niedzielę parafian, domu który jeszcze dzisiaj istnieje – budynek tkalni lnu a później budynek stajenny w górnym majątku. Od dnia 14 października do 6 grudnia 1840 r. prowadzone tam były otwarte nabożeństwa, w których brały również udział książęce osobistości
Parafia pod cmentarz otrzymała wspaniałe miejsce, na wschód od parku, przy drodze do Bukowca a obecnie obok dworca kolejowego. Cmentarz został uroczyście przekazany parafii dnia 14 października 1838 r. Dnia 14 kwietnia 1842 r. parafia i gmina wniosły petycje o oddzielenie na cmentarzu miejsca dla samobójców, jednak minister Rother nie poparł tej propozycji i odpowiedział „ Jeśli gmina obstaje przy swoim pomyśle, a przełożeni kościoła życzą sobie tego, to powinni sami w swoim zakresie i na swój koszt to załatwić”.
13. Przybycie Tyrolczyków na Śląsk do Erdmannsdorf.

Przybycie Tyrolczyków nadało naszej wiosce rozgłos. Wprawdzie ich przybycie nie miało specjalnego znaczenia, gdyż sporo przedtem już za panowania Wielkiego Elektora Fryderyka Wilhelma I i Fryderyka Wielkiego do Prus przybywali różni uchodźcy. Była to jednak ostatnia emigracja południowo – niemieckich plemion z powodów religijnych.
Przyjęcie uchodźców był to czysty akt ewangelickiej miłości, bez żadnych innych pobudek. Nie wymagano od nich jakichś szczególnych dokonań. Co zresztą mogła zrobić gromada tyrolskich pasterzy, zaledwie niewielu spośród nich było rzemieślnikami. Niewielu spośród nich potrafiło pisać i czytać, toteż niewielu z nich mogło zająć się szkolnictwem.
Tyrolczycy przynieśli ze sobą zdrowe ciało i zdrowego ducha, ale rozwiązywać jakieś zadania z dziedziny nauki nie byli w żadnym stanie. Byli tymi którzy dopiero musieli się uczyć, a nie zaś nauczającymi. Dlatego nie byli oni wymagający i nie mieli żadnych aspiracji.
Tak ciężkich prześladowań jak przed 200 laty hugonoci, czy przed 150 laty Salzburscy Zillertalczycy oni nie znosili. Niektórzy z nich posiadali biblie luterańskie, zaś inni Augsburskie Wyznanie Wiary, Mały Katechizm Lutra i Schaitbergera czy Przesłanie do Salzburczyków i były wśród Tyrolczyków wielokrotnie rozpowszechniane. Ten ostatni ma jeszcze dzisiaj szczególne znaczenie u naszych starych Zillerthalczyków. Dość długo trwało nim ziarno protestanckiej nauki wyrosło w górę z ukrycia. 300 lat potrzebowała duchowa roślinka by zacząć się rozwijać, ale gdy dostała się do światła, przeobraziła się w potężne drzewo.
Do roku 1825 zadawalano się czytaniem i poznawaniem biblii w ścisłym i rodzinnym gronie, jak również śpiewaniem pieśni luterańskich, dla których wynajdywano całkiem niezwykłe melodie, to w roku 1826 podjęto kroki w celu zorganizowania gminy luterańskiej. Niektórzy mężczyźni oświadczyli wprost księżom katolickim, że sumienie nie pozwala im dłużej pozostawać w kościele katolickim, nawet tylko pozornie. W związku z tym przedłożyli prośbę, by pozwolono im na wystąpienie z kościoła. Z początku jednak nie wywierano na nich mocnego nacisku. Próbowano ich powstrzymać od kacerskich zamiarów poprzez przekonanie ich do obowiązku chodzenia na 6 – tygodniowe lekcje religii, do spowiednika, który wykładał im główne nauki wiary katolickiej. On to właśnie wkładał im do serca by wiarę w której, się urodzili i wychowali nie opuszczali, gdyż najprawdopodobniej jeszcze nie rozumieją dobrze i do głębi.
Nazwiska mężczyzn, którzy jako pierwsi zgłosili się do udziału w lekcjach to: Rahm, Steinlechner,Kreidel i jego dorośli dwaj synowie, Tropmaier, Hanser należeli oni do miejscowości Ramsberg, Hollencen, Meierhof i Unterbichl koło Zell. Wkrótce jednak zgłosiła się tak wielka grupa chętnych, że miejscowi księża nie byli w stanie dalej udzielać 6 – tygodniowych lekcji i zawiadomili o tym urząd cesarski w Insbruku. Otrzymali oni wskazówkę, aby lekcje dalej nie były prowadzone, lecz należy kategorycznie zapobiec w urządzaniu niekatolickiego kultu.
W 1832 r. cesarz Franciszek udał się do Tyrolu. Wizyta ta była na rękę Zillertalczykom, gdyż mieli okazję przedstawić swoją sprawę osobiście u najwyższej władzy. Tyrolczycy wysłali delegacje składającą się z 3 mężczyzn: robotnik Johann Fleidl, gospodarz Bartłomiej Hein i Christian Brucker. Ich przywódcą był Johann Fleidl, który od tego czasu stanął na czele ewangelickich Zillertalczyków. Poprowadził on sprawy swoich rodaków z najlepszym skutkiem. Cesarz przyjął ich delegację bardzo serdecznie. Stwierdził, że nie ma zamiaru nikogo zmuszać siłą do wiary katolickiej i udzielił im osobiście uspokajających wyjaśnień.
Można by sądzić, że ta grzeczna wizyta pomogła Zillertalczykom, gdyby nie duchowni katoliccy, którzy robili wszystko, aby pokrzyżować ich zamiary. Tyrolczycy powoływali się też na Edykt tolerancyjny cesarza Józefa II z 13. 10. 1781 r. o tolerancji w państwie.
Duchowni twierdzili, że edykt ten nie ma znaczenia w Tyrolu, ponieważ nie został publicznie opublikowany. Od tego czasu położenie ewangelików stało się nieznośne. Katolickie duchowieństwo robiło pełny użytek ze swoich praw, odmawiając kacerzom pobłogosławienia małżeństw lub kościelnego pogrzebu. Pogrzeby odbywały się w towarzystwie urzędników policyjnych na nie poświęconym miejscu w lasach, w ogrodach, na łąkach i polach.
Nowo narodzone dzieci były zanoszone do kościoła i tam chrzczone, lecz rodzicom przy tym nie wolno było być, zaś rodzice chrzestni musieli być katolikami. Prześladowania szły jeszcze dalej: duchowni używali miejsc spowiedzi aby swoich spowiedników ostrzegać przed zadawaniem się z ewangelikami. Nie wolno od nich brać żadnych przysług, nie pracować u nich, nie chodzić do nich na służbę. Nie udzielać im także żadnej pomocy, jednym słowem – odseperować się całkowicie od nich.
Gdy duchowni katoliccy przychodzili do obłożnie chorych, to nie po to by im udzielić pociechy, lecz by im robić wyrzuty za odstępstwo od wiary katolickiej. Gdy chory milczał, wtedy ofiarowali mu pojednanie z kościołem, a jako środek pojednawczy katolickie przyjęcie komunii świętej. Jeżeli chory odmówił, oświadczano mu, że nie otrzyma miejsca na cmentarzu, jak i modlitwy nad grobem i mszy za umarłych. Kiedy Szymon Hanser chciał umrzeć, ksiądz zawołał do niego Hanser ty wyruszasz prosto do diabła.
Nareszcie w roku 1834 ewangelicy otrzymali z Urzędu Krajowego odpowiedź na swoje zaniesione prośby. Zostało im udzielone pozwolenie na przemieszczanie się do innych prowincji austriackich, gdzie znajdowały się niekatolickie gminy, jak np. do Siedmiogrodu. Wówczas Zillertalczycy postanowili opuścić ziemie austriackie i osiedlić się w całkowicie protestanckim kraju, czyli w Prusach. Dnia 2 marca 1835 r. zmarł cesarz Franciszek, wtedy jeszcze raz podjęli prośbę, aby zdobyć wolność religijną w swojej ojczyźnie. Zwrócili się do arcyksięcia Johanna i do arcybiskupa księcia Szwarcenberga. Ale wszystko na nic.
Arcyksiążę powiedział, że w ogóle nie zrozumieli cesarza, który ich poza Tyrolem , ledwo w swoich landach tolerować raczył. Arcybiskup, powiedział, że byłoby to tak jak gdyby chcieli skoczyć w ogień, do czego on dopuścić nie może. Z końcem 1836 r. poselstwo ewangelickie złożyło w sądzie oświadczenie że chcą opuścić kraj. W marcu 1837r. pozwolono im na wyjazd w ciągu 4 miesięcy. Obeznany z biblią i mocny w słowach Johann
Fleidl wysłany został przez swoich współwyznawców do Berlina, aby zbadać pogląd króla Fryderyka Wilhelma III odnośnie osiedlenia się Tyrolczyków w jego kraju.
Przed zezwoleniem na audiencję, Fleidl wręczył następującą prośbę na piśmie: Najłaskawszy Panie i Władco! W swoim imieniu i w imieniu moich współwyznawców, których liczba wynosi 430 – 440 osób, ośmielam się złożyć prośbę o pomoc i odwołać się do wspaniałomyślności oraz łaski Waszego Majestatu obrońcy czystej ewangelii. Chętnie przedłożyłbym tę prośbę ustnie – osobiście, ale zadowolę się i tym, jeżeli wolno mi to uczynić tylko na piśmie. W naszej ojczyźnie znowu po 100 latach nastąpiło prześladowanie. Nie z powodu przestępstw lub innych wykroczeń, lecz z powodu wiary i musimy swoją ojczystą ziemię opuścić. Mamy wprawdzie wybór; osiedlić się w innej prowincji Austrii lub całkowicie opuścić kraj, wybieramy więc, to drugie, aby nam i naszym dzieciom oszczędzić dalszej wrogości. Już raz dały Prusy bezpieczne schronienie naszym uciskanym przodkom. Także my zdaliśmy się na Boga i dobro króla pruskiego. Poradzimy sobie i nie będziemy ciężarem. Prosimy więc, Waszą Wysokość jak najuniżeniej o łaskawe przyjęcie nas w swoim Kraju i wsparcie podczas naszego osiedlania w wyznaczonym miejscu. Niech Wasza Wysokość przyjmie nas po ojcowsku, abyśmy mogli żyć według naszej wiary. Wiara opiera się całkowicie na naukach Pisma Świętego i na zasadzie Augsburskiego wyznania wiary. Od tej wiary nie odstąpimy nigdy, z miłości do niej opuszczamy nasze domy, gospodarstwa i rodzinne strony.
Pozwoli Wasza Wysokość pozostać nam także razem w jednej miejscowości, co pozwoli nam wzajemnie się wspomagać. Osiedli Wasza Wysokość łaskawie w okolicy, która przypomina nieco nasz alpejski kraj pod względem gospodarczym. Uprawa ziemi i hodowla bydła są naszym zajęciem. Około 2/3 z nas ma posiadłości, 1/3 żyje z robotniczej płacy. Tylko 18 jest rzemieślnikami a z tego 13 tkaczami. Da nam Wasza Wysokość wiernego Bogu kaznodzieję i prawdziwie gorliwego nauczyciela: nie będziemy z pewnością przynajmniej na początku w stanie pokryć wielu wydatków. Podróż będzie dużo kosztować, nie wiemy też, co przyniesiemy ze sobą do nowego domu. Tak my i nasze dzieci długo cierpieliśmy niedostatek pociechy religijnej i nauki w szkole.
Mogło by się okazać, że biedniejsi z nas będą w potrzebie, a lepiej sytuowani nie będą im mogli odpowiednio pomóc, gdyż i oni muszą na nowo zaczynać. Więc prosimy by Wasza Wysokość był nam dla wszystkich Ojcem. Wasza Wysokość zatroszczy się także łaskawie, by 4 miesięczny termin naszej wyprowadzki z 11 maja do 11 września został przedłużony do następnej wiosny. Sprzedaż naszych włości, która już się rozpoczęła, nie może być w tak krótkim czasie zakończona bez szkody dla nas.
Nadejście zimy, niezaradność starych ludzi i dzieci są powodem do przedłużenia terminu. Bóg zapłać Waszej Wysokości za dobroć, która czyni dla nas, wierni i uczciwi oraz wdzięczni, pozostaniemy także w Prusach, i co dobre leży w naszej tyrolskiej naturze nie odrzucimy. Pomnożymy tylko liczbę uczciwych poddanych i w historii pozostaniemy – zapiszemy się jako trwały pomnik, by nieszczęście które mieszka obok litości przestało być nieszczęściem, i aby ewangelia uciekająca przed papiestwem, u króla wielkiego serca na zawsze znalazła schronienie. Berlin dnia 27 maja 1837 r.
Uproszona audiencja u króla została Fleidlowi udzielona i przebiegła pomyślnie dla Zillertalczyków. Król, wdał się z prostym, szczerym i otwartym Tyrolczykiem w dłuższą rozmowę i odprawił go z postanowieniem zajęcia się losem jego rodaków obiecując, że Tyrolczycy na swoją petycję otrzymają pisemną odpowiedź.
Jeszcze przed powrotem Fleidla król wysłał do Wiednia i Zillertalu, nadwornego kaznodzieje Straussa, w celu zawarcia układu, aby umożliwić odejście Tyrolczyków bez szkody dla przyjaznych stosunków pomiędzy Austrią a Prusami. Później jeszcze został wysłany do Tyrolu tajny radca dworu Jacobi, aby uchodźcom wyjaśnić ich przyszłe obowiązki, jako poddanych króla Prus, między innymi że wszyscy mieli obowiązek odbywać służbę wojskową.
Dnia 13 lipca 1837 r. rząd pruski wydał oświadczenie, że jest gotowy na przyjęcie emigrantów w Prusach. Tyrtolczycy nic innego nie oczekiwali i rozpoczęli szykować się do wymarszu w daleką drogę. Należy zaznaczyć, że rząd austriacki dał emigrantom 4 miesięczny termin na opuszczenie kraju. Jednak na skutek interwencji Prus został przedłużony. Jednak w ciągu 14 dni od upływu tego terminu, wszyscy byli gotowi do drogi. Nastąpiło pożegnanie z najbliższymi i ze starą ojczyzną. Na życzenie władz, nie wszyscy razem opuścili rodzinne strony, lecz nastąpiło to w 5 – ciu grupach, przez co ułatwione zostało dostarczenie miejsc na noclegi. W drodze 2 kolumny połączyły się razem, tak więc, wędrowano w 4 kolumnach do Prus.
Według listy sporządzonej przed wyruszeniem, ogólna liczba uchodźców wynosiła 440 osób; lecz tylko 416 przybyło na pruską ziemię. Ponieważ nikt w drodze nie zmarł, znaczyło to że jeszcze 24 osoby pozostały w Zillertal. A oto droga – marszruta wygnańców: Salzburg, arcyksięstwo Austrii nad Ens, Morawy i Szumowę, miasta Budweci, Czarlau, Chrudim i Trutnow. Dnia 31 sierpnia pierwsza grupa opuściła Zillertal, dnia 4 września ostatnia grupa. Podczas marszu wędrowcy odwiedzali kościoły ewangelickie w miastach. Wędrującą grupą zajmowali się ewangeliccy pastorzy. Ze swymi katolickimi rodakami w Tyrolu pożegnali się w przyjaźni. Podczas marszu towarzyszył im cesarski komisarz. Na czas podróży otrzymali wsparcie i pomoc od władzy cesarskiej a to dzięki królowi pruskiemu.
Podczas podróży wszędzie witano ich przyjaźnie i udzielano pomocy. Tylko na Morawach w Iglau mimo okropnej pogody nie udzielono im schronienia w tamtejszych gospodach. Za schronienie służyły im szopy i stajnie. Wiele razy podczas wiatru i deszczu, nocowali pod gołym niebem. Dnia 20 września 1837 r. w godzinach popołudniowych pastor Belmann z Miszkowic koło Lubawki mógł napisać, że wśród tutejszej ludności rozległ się radosny okrzyk Przybywają dawno oczekiwani.
Pierwszy pochód składał się z 116 osób. Na jego czele szli rośli mężczyźni i kobiety, wszyscy ubrani byli w swoje narodowe stroje tyrolskie. W rękach trzymali parasole. Za nimi ciągnęły się wozy, na których siedzieli słabi, starcy, kobiety i dzieci. Wiele z nich załadowane było potrzebnymi rzeczami. Po bokach wozów szli mężczyźni. Z tyłu zaś ciągnęły się dwukołowe taczki ciągnione przez swych właścicieli, na których znajdowały się książki.
Ten pierwszy pochód ze względu na późną porę musiał przed nocą dotrzeć do Kowar. Cała grupa składała się z 116 osób, a na jej czele szedł Johann Fleidl, który swój majątek pchał na dwukołowej taczce.
Ponieważ w ostatnich dniach padał ciągle deszcz i drogi były rozmoknięte, a wędrowcy zostawili już za sobą dość odległy szmat drogi, więc ludzie i zwierzęta byli bardzo zmęczeni i osłabieni, dlatego musieli tutaj kilka godzin odpocząć, przed czekającą ich jeszcze 1,5 mili drogą, w dodatku przejść przez teren wybitnie górzysty. Wszyscy byli pod najwyższym napięciem, tylko dzieci siedzące na wozach były wesołe i próbowały w żartach zapominać o przebytych trudach w dalekiej podróży.
Pastor Belmann, wstąpił w sam środek przybyłych i został radośnie przez nich powitany. Wszystkie ręce wyciągnęły się do niego i każdy osobiście chciał się z nim przywitać. Ojcowie przyprowadzali swoje dzieci by pokazać im prawdziwego pastora. Wszystkie oczy, w których były łzy wzruszenia i wdzięczności, kierowały się na niego.
Przed przybyszami otwarto drzwi kościoła ewangelickiego. W ciszy i skupieniu ustawili się wokół ołtarza. Pastor również milczał tam gdzie zwykle zabierał głos. Jeden z przybyłych zauważył portret króla i zwrócił na niego uwagę innych. Z radosnym okrzykiem wszyscy pośpieszyli w kierunku portretu i długo przyglądali się mu z radością w oczach.
Trzecia grupa w liczbie 65 osób dotarła w sobotę dnia 30 września do Miszkowic. W dniu 1 października wzięli wszyscy udział razem z miszkowicką gminą w dożynkach, a do Kowar doszli 2 października. W Kowarach przyjęto ich niezwykle serdecznie i zaproszono do restauracji Pod Lwem. Po przyjęciu wskazano wszystkim kwatery. Następnej niedzieli odbyło się uroczyste powitanie w kościele.
Przybycie drugiego pochodu w którym znajdował się Johann Fleidl opisuje burmistrz Flugel z Kowar: „ Starosta von Thielau powiadomił mnie o godzinie 6 rano w sobotę, że około 220 Tyrolczyków w tym dniu po obiedzie w godzinach między 2 – 4 przybędzie do Kowar. W towarzystwie dwóch rajców i pastorem Susenbachem o godzinie drugiej udałem się do głównej karczmy aby ich powitać.
Ponieważ posłaniec z Lubawki doniósł mi, że wśród wędrowników zapewne będzie wielu chorych, zaprosiłem, więc i dr. Weigla, aby potrzebującym udzielić natychmiastowej pomocy medycznej. W międzyczasie, poleciłem, aby dla 220 osób w 9 gospodach, przygotować kwatery.
W karczmie czekaliśmy na Was, lecz nasi podopieczni jakoś się nie zjawiali. Gdy się zaczęło ściemniać zaczęliśmy się martwić, co się stało. Dopiero o godzinie pół do piątej przybył żandarm z Lubawki, który przyniósł wiadomość, że 228 osób przybędzie do nas za pół godziny razem z nimi 28 koni. Żandarm nie przekazał żadnej listy z nazwiskami, jedynie paczkę z dużą ilością paszportów. Należało teraz każdy paszport przydzielić określonej osobie, co zajęło sporo czasu.
Transport przybył do karczmy o godzinie 6 wieczorem. Około 100 kroków od karczmy na ulicy, całą kolumnę transportową zatrzymał Inspektor Policji aż do czasu, gdy ostatni do niej dołączyli. Magistrat, duchowny a także lekarz, pozostali na razie w karczmie, dopiero wyszli na meldunek, że cała kolumna została już ustawiona, aby uroczyście i godnie powitać gości w towarzystwie wielu widzów z Kowar. Oglądnęliśmy całą kolumnę mimo solidnego deszczu. Doktor Veigel zajął się osobami, które potrzebowały jego pomocy w oddzielnym budynku, przeznaczonym specjalnie dla chorych. Jednak wśród przybyszów byli tylko lekko chorzy i to w małej ilości, którzy w ciągu doby zostali przywróceni do zdrowia.
Co można było zrobić z tak dużą grupą ludzi, która stoi w ciemności na ulicy? Wziąłem sobie więc zaraz J. Fleidla i Szymona Krolla bardzo dziarskiego i wykształconego młodego człowieka w wieku 24 lat, który doglądał cały transport, do izby w karczmie. Kolumna zaś w dalszym ciągu musiała czekać na dworze. Wybrańcom poleciłem wyznaczyć 9 dzielnych mężczyzn, których natychmiast wysłałem do 9 gospód i każdemu z nich przydzieliłem odpowiednią liczbę ludzi oraz koni do ich kwater pod ich nadzór. Tak więc, w miarę szybko wszystko ruszyło z miejsca. Wyznaczeni nadzorcy wybrali sobie ludzi i wymaszerowali do gospód w Dolnych Kowarach.
Sytuacja została więc pomyślnie rozwiązana. W ciągu pół godziny przed karczmą nie było już żadnego Tyrolczyka. Wszyscy otrzymali ciepłe izby, ciepłe jedzenie i zapewnione spanie, jeżeli gdzie nie było to możliwe do zrealizowania przez właściciela gospody, załatwiałem to sam u mieszkańców. Inspektor policji Adolph oraz nadzorca policyjny Baumert w nocy o godzinie pół do 11 poinformowali mnie, ze dokładnie dostosowano się do moich zaleceń we wszystkich 9 gospodach”.
W Berlinie została utworzona specjalna komisja do zajęcia się sprawami, nowo utworzonej kolonii, w skład której, weszli: minister hr von Lottum, nadworny duchowny Strauss i naczelny radca regencyjny Jacobi oraz komitet: starosta jeleniogórski hr Matuscha, burmistrz Kowar Flugel i hr von Reden z Bukowca. Komitet podlegał w swoich decyzjach komisji.
Komitet rozwinął pełną poświęceń działalność, już wiele tygodni wcześniej zanim nastąpił wymarsz emigrantów z Zillertalu. Załatwiał mieszkania, miejsca noclegowe, słomę, kołdry do spania i wiele innych rzeczy. Duszą komitetu była hrabina von Reden. Myślała ona o wszystkim, pokonywała wszelkie trudności i dbała o to by jej podopiecznym po przybyciu na niczym nie zbywało.
Tyrolczycy bardzo szybko zdobyli jej zaufanie i jeśli ktoś miał jakieś szczególne kłopoty to bezpośrednio zwracał się z tym do niej. Ona zaś starała się pomóc, nawet wtedy, gdy w osiągnięciu celu należało zwrócić się do króla. Niekiedy hrabina była tak zasypywana różnymi sprawami przez Tyrolczyków, że było to aż męczące dla niej. Była również doradczynią w sprawach sercowych, sumienia, wprowadziła lekcje szkolne i kościelne. Dla ludzi wolnego stanu, gotowała i starała się o bieliznę i pończochy. Musiała się zajmować sprawami w handlu końmi, poganiać dłużników. Brała więc, wszystko na siebie i wszystko jakoś szczęśliwie udawało się jej załatwić pomyśli Tyrolczyków.
Nowym towarzyszom w wierze zostały podarowane Biblie i Śpiewniki i z wielką radością przez wszystkich przyjęte. Po przybyciu ostatniej grupy dnia 17 października w liczbie 26 osób, Tyrolczycy ułożyli pismo do swego królewskiego protektora:
Najłaskawszy Królu i Panie! My, którzy za wiarę wywędrowaliśmy Tyrolczycy z Zillertalu, przybyliśmy szczęśliwie do naszej nowej ojczyzny. Bogu niech będą dzięki za takie radosne przyjęcie i dzięki trosce Waszego Majestatu, jesteśmy bardzo dobrze traktowani. Dziękujemy za tak wielką troskę i miłosierdzie naszego króla, które napełniło nasze ciała i dusze, bo mamy już swojego nauczyciela dla młodzieży, dorosłych i starców, którzy jeszcze nie potrafią czytać, a chętnie sami pragną czytać pismo święte. Szczególnie jednak dziękujemy za to, że będzie nam udzielona nauka religii, którą my wszyscy z całego serca pragniemy jak najprędzej poznać i nauczyć się rozumieć, co to znaczy Wieczerza Pańska.
Prosimy też najłaskawszy królu i Panie, abyśmy jeżeli to jest możliwe, mogli pozostać w tych stronach, ponieważ okolica ta przypomina nam nasze dawne strony, a także chcemy chętnie przebywać w pobliżu naszego wspaniałego króla.
Prosimy także, aby przeznaczony nam teren, wkrótce jak to tylko jest możliwe został rozdzielony pośród nas, ponieważ wtedy zaraz będziemy mieli bardzo dużo pracy, o którą nam właśnie chodzi, bo do niej jesteśmy przyzwyczajeni, zaś próżniactwo w obecnym naszym stanie na nic nam się nie przyda.
Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni, że możemy z całą pewnością powiedzieć, że nieszczęście jeżeli mieszka obok litości, przestaje być nieszczęściem. ........

25-03-2023 admin

Dodaj komentarz

Śledź nas

O nas

Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można znaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym.

Wszystkie materiały, fotografie i grafiki są chronione na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych stronach www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com

Newletter

Ostatnie komentarze