×
Cały tekst przepisał na komputerze i dostosował do naszego języka
Emil Pyzik Mysłakowice w 2009 roku.
Tłumaczenie zlecił i wynagrodził ze swojej skromnej nauczycielskiej emerytury Emil Pyzik bez pomocy Urzędu Gminy.
Zdecydowana większość otrzymywanych propozycji została przez Komitet odrzucona jako nierealna i nie zaakceptowana przez samych Tyrolczyków, którzy w tej sprawie chcieli mieć również decydujące zdanie.
Niekiedy Tyrolczycy wysyłali swoje delegacje aby zorientowali się w proponowanym terenie na miejscu. I tak odrzucili propozycje osiedlania ich w Sobieszowie i w Trzcińsku itp. Natomiast wiązali spore zainteresowanie z majątkiem pani baronowej von Roth, które z całym inwentarzem zostało im zaproponowane za cenę 26 000 talarów. Drugą ciekawą propozycją były dobra panny Witte, były również chłopskie majątki do oglądnięcia i zdecydowania. Bardzo często na ten temat dyskutowano w niedzielę w kościele po nabożeństwie – jako gminne obrady.
Majątek pani von Roth nie przypadł do gustu, a panna Witte w międzyczasie wyszła za mąż. Ciągle pojawiał się problem, ile Tyrolczycy przeznaczą swoich pieniędzy na zakup ziemi. Dano im do zrozumienia że wnet za ziemie będą musieli sami zapłacić. Jeżeli im zabraknie to będzie im można przyznać pożyczkę. W ten oto sposób wyłoniły się 3 grupy zainteresowanych.
Grupa pierwsza to 33 rodziny z 120 osobami którzy gotowi byli kupić ziemie za swoje własne pieniądze, ponieważ posiadali 39 279 talarów i oczekiwali jeszcze na pewną kwotę z Tyrolu którą mieli w późniejszym czasie otrzymać za sprzedane majątki w wysokości 25 325 talarów. Ich życzeniem było nabyć ziemie o powierzchni 755 – 922 morgi. Druga grupa chciała w zakup włożyć tylko pewną kwotę swoich pieniędzy, zaś pozostałe środki chcieli uzyskać z państwowej kasy, o udzielenie im pożyczki którą w późniejszym czasie zobowiązywali się spłacić. W skład tej grupy wchodziło 42 rodziny czyli 121 osób. Ich życzeniem było uzyskać 573 – 680 morgów ziemi. Trzecią grupę stanowiło 8 rodzin z 44 osobami. Oni to chcieli kupić parę morgów ziemi na roczny procent w ilości 70 – 88 morgów.
Wszystkie 3 grupy to 83 rodziny składające się z 295 osób które posiadały w gotówce majątek z 51 360 talarów, zaś przy sobie mieli 43 490 talarów za co zdecydowani byli kupić ziemię o powierzchni 1 396 – 1 690 morgów.
Wreszcie został sporządzony wykaz kto życzy sobie posiadać chłopską gospodarkę, kto chciał tylko dom, kto chce być tylko rzemieślnikiem bez ziemi lub innym pracownikiem. W końcu, po długich dyskusjach i rozważaniach co i gdzie ma powstać, zdecydowano się osiedlić w dominium Erdmannsdorf i w sąsiedniej Sosnówce. W końcu powstał ostateczny plan który zaczęto realizować.
Proponowane części gruntów były o powierzchni 1 616 morgów pól uprawnych i łąk oraz 156 morgów lasów. Tyrolczycy twierdzili że bez lasów oni nie mogą egzystować. Za te posiadłości zażądano 32 878 talarów. Z przedłożonych aktów nie widać dokładnie ile rzeczywiście wynosi całkowita kwota jak również jak duży był zakupiony areał ziemi. Możemy tylko przyjąć przybliżoną wielkość gruntów jako 1 550 morgów, a mianowicie w Środkowym Zillerthalu – 895 morgów, Górnym – 305 morgów i Dolnym – 350 morgów.
Rząd pruski zgodnie z życzeniem Tyrolczyków dołożył do zakupu gruntów i budowy domów 18 500 talarów. Suma pieniędzy, którą z góry zatrzymano ze środków zdeponowanych po przyjeździe w Kowarach, wynosiła 10 063 talarów, podczas gdy wcześniej pobrano 42 567 talarów na bieżące wydatki.
Ogólnie biorąc można powiedzieć że zakup ziemi poszedł gładko, jeżeli akta nawet o tym mało mówią. Zaś negocjacje znajdują się w aktach hipotecznych i w posiadaniu poszczególnych rodzin. Każda rodzina określiła jak wielką życzy sobie posiadłość, ile pól, łąk i lasów oraz jak wielki zadatek byli w stanie wpłacić.
Po tych wszystkich wypowiedziach i życzeniach, odbył się podział pod osobistym kierownictwem naczelnego prezydenta. Naczelnik urzędu prowadził specjalną transakcję podziałów o której niekiedy decydowały losy. Dnia 4 lipca 1838 roku pomiar i rozdział gruntów na terenie Erdmannsdorf został zakończony. Trzy dni później, odbyło się przekazanie protokołu kupna i sprzedaży. Szybko wytyczone zostały poszczególne granice, rozdano graniczne kamienie, wyznaczono drogi i ustalono gdzie będą łąki.
Tak więc kto sobie tego życzył otrzymał kawałek ziemi który teraz nazywał swoja własnością i maleńką ojczyzną. Największy areał jaki przydzielono Tyrolczykom wynosił 50 morgów, zaś najmniejszy tylko 6 morgów. Teraz pozostała tylko jeszcze jedna ważna sprawa – budowa domów tyrolskich. Wprawdzie na zakupionych gruntach stały już jakieś chaty i domostwa czy nawet obory, jednak w zdecydowanej większości były to stare zabudowania i nie nadające się do zamieszkania.
Z tego powodu podjęto decyzję że 12 domów zostanie od podstaw naprawione, zaś w pozostałych miejscach miały powstać nowe domy. Gospodarze – chłopi domagali się dla siebie 25 domów w tym 9 małych, 11 średnich i 5 podwójnych. Druga grupa zdecydowała o 32 domy w tym 15 małych, 8 średnich i 9 podwójnych. Grupa trzecia miała otrzymać 6 prostych domów, 1 średni. Tak więc wszyscy otrzymali 64 domy różnej wielkości których koszt chciał pokryć rząd.
W związku z tym budowniczowie i technicy opracowali odpowiednie plany, zaś zatwierdzone przez wysoką Komisję. Na samym początku miał być postawiony „dom próbny”, który wyliczono na kwotę 2 500 talarów. Po postawieniu okazało się że cały jego koszt wyniósł 1 687 talarów, czyli zaoszczędzono 822 talary 1 grosz srebrny i 4 fenigi. W ten sposób każdy mógł się przymierzyć finansowo do swojego domu.
Ten „próbny” – pierwszy dom miał wymiary: długość – 74,5 stopy = 22,7 m, szerokość – 34,5 stopy = 10,51 m. Pierwsze piętro wysokość – 5,5 stopy = 2,59 m i miało zostać wykonane z kamienia łamanego, drugie piętro miało być wykonane 7,5 stopy = 2,28 m z muru pruskiego z cegłami. Dach był kryty gontem oraz dwie strony ściana szczytowa i fasada z balkonem. Ściany działowe pomiędzy pomieszczeniami mieszkalnymi a oborą wykonano z murowanej cegły o grubości 1 – 1,5 stopy = 0,45 m. Na dach położono 10 – 14 bali na których ułożono kamienie. Na razie postawiono 54 domy do zamieszkania.
Prace murarskie i stolarskie wykonywano bardzo szybko jak na akord. Do 1 października miało być już wszystko gotowe i nawet w gazetach wcześniej to ogłoszono. Napisano również że prace z dostawami powierzone zostaną najmniej żądającym za usługę. Było 6 mistrzów murarskich, 6 stolarzy, 3 dostawców wapna, 8 dostawców desek, 13 dostawców kamieni, gliny i piasku itp.
Johann Fleidl zobligowany został wybadać u swoich towarzyszy jaką chcą mieć długość, szerokość, wysokość izb, komórek, spiżarni i obory – które podali na 14 – 16 stóp = 4,26 – 4,87 m, tylko jeden życzył sobie 18 stóp = 5,48 m, natomiast wszyscy położyli nacisk na prace gospodyń domowych dla których kuchnia musi być odpowiednio wielka, obszerna i wysoka której wysokość powinna być 7 stóp = 2,13 m. Owce miały przebywać razem z krowami, tylko świnie musiały mieć oddzielne pomieszczenie tzw. kojce.
Wreszcie rozpoczęto budowę, zaś naczelne kierownictwo przypadło królewskiemu budowniczemu – rządowemu Deltze, rysunki nadesłał budowniczy Frey, kierowało budową dwóch szefów. Do nadzoru mianowano różnych przedstawicieli aby nadzorowali prace Tyrolczyków. Zaczęło się zwożenie, kopanie, klepanie i stukanie dzień i noc. Przy budowie pracowało 421 stolarzy, 187 murarzy którzy pracowali codziennie. Wśród fachowców było też sporo Tyrolczyków. Inni zaś dawali swoją siłę w kamieniołomach. Drzewo miało być wzięte z królewskich lasów, lecz w skutek sprzeciwu naczelnego leśniczego z tego pomysłu zrezygnowano. Teraz kupowano drzewo w lasach prywatnych jak np. z dominium folwarku Buscha, ze Staniszowa itp.
Przyszli właściciele domów pilnie kontrolowali każdą robotę oraz popędzali murarzy i stolarzy. Bardzo często dochodziło do sprzeczek z szefami. Nawet doszło do tego że jeden z szefów domagał się ukarania jednego z Tyrolczyków za jego nieodpowiednie zachowanie i ciągłe przeszkadzanie w ich pracy. Tyrolczyk tak się rozsierdził że oświadczył że nie chce tak wykonanego domu. Pani Reden zawezwała go przed swoje oblicze i odpowiednio go upomniała po matczynemu. Szefa zaś poinformowano że wyciągnięto względem Tyrolczyka odpowiednie konsekwencje.
Istny atak nastąpił gdy doszło do stawiania pieców. Pierwszy postawiono według pruskiego wzoru i tradycji, oni jednak zażądali styl tyrolski. Ich piece według zdania fachowców były o 15 srebrników droższe ale rzeczywiści gorsze. Sprawa dotarła oczywiście do Komitetu, który spór przechylił na korzyść lepszych i tańszych oraz naprawdę praktyczniejszych. Dopiero wtedy wybuchła mała rewolucja, koloniści wykazali taką postawę jak nigdy dotąd i zagrozili że udadzą się do samego króla pruskiego. A ten zapewne ich poprze i nakaże postawić takie piece jakie mieli w Tyrolu. Oczywiście takie zagrożenie musiało pomóc i wszyscy przeciwnicy ustąpili. Ich piece zajęły prawie całą izbę i zamiast 52 kafli, składały się z 62 kafli.
Inne zasadnicze pytanie wiążące się z poprzednią sprawą dotyczyło ław i rusztowań z pryczami do spania dookoła pieca. Taki wymysł pociągnął za sobą jeszcze większy wydatek 229 talarów, 18 srebrników i 4 fenigi. Oni jednak od tego pomysłu nie chcieli odstąpić. Pomysł ten też doprowadził do konfliktu z urzędem budowlanym, ale Tyrolczycy i tym razem postawili na swoim i nie ustąpili.
Mimo że już był 1 październik 1838 roku, to jeszcze żaden dom nie był gotowy mimo wszelkich przestróg i gróźb ze strony rządu. Pod koniec każdego tygodnia musiały być wysyłane raporty na wszystkie możliwe adresy o stanie i postępie robót budowlanych. Sporo do tych opóźnień przyczyniły się strajki robotników, którzy bardzo często pod koniec tygodnia jeszcze nie odebrali wynagrodzenia. Przyczyną takiego stanu rzeczy było to że pieniądze nie nadchodziły systematycznie, albo wynagrodzenie było zbyt małe i dlatego żądali większego, a może chcieli więcej wymusić w takiej pilnej sprawie.
W końcu nadeszła ostateczna decyzja z góry – ostatecznie do 28 listopada wszystkie domy muszą być gotowe pod każdym względem. W tym czasie wyczerpał się również całkowicie ryczałt na wyżywienie biednych osadników, zdarzały się również częste nocne włamania do na pół wykończonych domów. W następstwie takiej sytuacji, w poszczególnych domach wykańczano to co jest najpotrzebniejsze i potrzebne już do zamieszkania, a pozostałe rzeczy zostaną w późniejszym czasie wykończone.
Pierwszy dom został oddany do zamieszkania 6 listopada 1838 roku dla Andrzeja Schiestle. W wielu domach potrzebne były jeszcze wykończenia już po wprowadzeniu. Górne piętra zostały przygotowane do zamieszkania. Jeżeli rodzina była zbyt liczna to zamieszkiwała również na dole. Niekiedy w piwnicach pokazywała się woda którą należało odprowadzić przez dreny na zewnątrz które przecież nie były przewidziane tak w finansach jak i w robotach.
Do ostatniego listopada stanęło dopiero 45 domów, zamiast zaplanowanych 54 domów. Kompletny budżet po dokonanej rewizji przez Deltza z 98 000 talarów wydano 86 400 talarów. Wybudowano 11 podwójnych domów które oszacowano na kwotę 20 3500 – 21 450 talarów, 10 średnich domów na 16 500 – 17 500 talarów, 26 małych domów na 15 600 – 18 200 talarów. Ogólny koszt tych domów kształtował się na sumę 52 400 – 57 150 talarów. Domy te postawiono w Mysłakowicach: budynek próbny – późniejsza gospoda (pod kasztanami), dalej kolejne numery do 37; (2,3 i 17 na ul. Kowarskiej – Godebskiego, 4 – 14 przy alei, 15 – 18 niedaleko stawów ul. Stawowa, 19 – 21 i 25 – 28 przy granicy z Miłkowem może ul. Wojska Polskiego, 22 – 24 na nowym głównym gospodarstwie, 29 – 36 Czerwony Folwark – ul. Czerwony Dworek, 37 w pobliżu majątku średniego dworu, dom w górnej wsi i szkoła, w Sosnówce 1 – 8 przy ulicy do Miłkowa.
Do tego doszły jeszcze inne wydatki jak utwardzenie drogi, praca dla pracowników, diety itp. Wnet okazało się że liczba tych domów jest niewystarczająca, czyli pracę musiano przeciągnąć na całą zimę, był to tak zwany drugi okres budowy w której ustalono budżet na 21 000 talarów. Ale tutaj również można było nieco zaoszczędzić, tak że wydano 18 677 talarów, czyli wybudowano dalsze 12 domów. Pełna liczba posiadłości z należącymi do nich domami wyniosła 57. Dla kowala Hechenleitera przygotowano kompletnie wyposażoną kuźnię, pozostałe domy zostały umeblowane.
Stopniowo, bez żadnych szczególnych uroczystości, przepychu i przemówień oddawano kolejne domy do zamieszkania i wreszcie nastąpiło wprowadzenie się Tyrolczyków do tak oczekiwanych domów w nowej ojczyźnie. Całe osiedlenie zajęło prawie 3 kwartały. Niekiedy zdarzały się jeszcze pewne niejasności które łagodził są miejscowy.
Kontrakty kupna kawałków ziemi były dokumentowane przez odpowiednie urzędy, najpierw przez urząd w Erdmannsdorf a później wszystko przekazywano ministrowi Rotherowi. Nowym właścicielom podano postanowienie że w ciągu najbliższych 20 lat mogą sprzedać swą posiadłość tylko Tyrolczykowi. Niekiedy dochodziło do różnych roszczeń ze strony członków rodzin które pozostały w Tyrolu. Już po osiedleniu niektórzy bardzo się burzyli i żądali zwrotu im paszportów.
Latem 1839 roku nastąpił koniec przesiedlania, wszyscy Tyrolczycy zostali zakwaterowani i Komitet w Kowarach wreszcie został rozwiązany i stracił swoje prawa. Król osobiście rozwiązał dnia 4 lipca 1839 roku Komitet i Komisje. Podczas tego ogłoszenia, król w bardzo ciepłych słowach podziękował wszystkim tym dzięki którym sprawę przesiedlenia Tyrolczyków doprowadzono do szczęśliwego zakończenia.
Według danych budżetu wydano na zaopatrzenie – zakwaterowanie i wyżywienie 22 500 talarów, na budowę domów 119 000 talarów. W efekcie końcowym król zlecił wydać dla nowych mieszkańców aż 141 500 talarów. Nie bierze się tu pod uwagę zaciągniętych zaliczek W tym przypadku każda przybyła osoba z Tyrolu kosztowała królewski budżet 350 talarów. Zamieszkali w Erdmannsdorf teraz uchodźcy podporządkowani zostali właściwym urzędom, a wszyscy razem ministrowi Rotherowi, który zamieszkał na Czerwonym Dworku.
Trasa wędrówki Tyrolczyków z Zillertal do Kowar a 1837 r.
Zillertal – Mittersill – Kitzbuhel – St. Johann – Lofer – Schneizireuth – Reichenhall – Salzburg – Strasswalchen – Vacklabruck – Lambach – Wels – Linz – Freistadt – Czeskie Budziejowice – Chrudin – Trutnow – Lubawka – Miszkowice – Kowary – Mysłakowice.
V. Zillerthal w Erdmannsdorf (Mysłakowicach).
Nowa kolonia Tyrolska składała się z III oddzielnych części, które wprawdzie noszą wspólną nazwę Zillerthal, lecz jeszcze posiadają dodatkowe określenia związane z położeniem. Część należąca do Sejdorf – Sosnówki z 10 domami otrzymała nazwę Hohen Zillerthal – Zillerthal Górny albo Wysoki. Osada ta należy do miejscowego okręgu sądowego w Sosnówce. Część należąca do Erdmannsdorf liczyła 16 domów i została nazwana Nider Zillerthal – Zillerthal Dolny. Centrum kolonii nazwano Mittel Zillerthal – Zillerthal Środkowy, lub Zillerthal. Osada ta ma własną jurysdykcję oraz sołtysa ze swojego środowiska. To właśnie tą kolonią będziemy się dalej zajmować i będziemy po kolei śledzić ich losy, ich historię.
Domy tyrolskie leżą w środku całej posiadłości, są otoczone polami i ogrodami które do nich należą. Przy budowie ich domów kierowano się zasadą aby wszystko jeżeli to jest możliwe postawić pod jednym dachem. W takim domu było mieszkanie, stajnia i stodoła. Wszystko to razem tworzyło jeden wielki budynek mieszkalno – gospodarczy. Sam wygląd zewnętrzny zdradza obcy na tym terenie styl budownictwa. Zabudowa drewniana, krużganek i balkon dookoła, małe okna, długi dach i rzeźbienia w różnych miejscach.
Różnica w nazwach poszczególnych części, nie pochodzi jak to często można przeczytać od tarasowo położonych kolonii bo one mniej więcej leżą na podobnej wysokości, na jednakowej płaszczyźnie.
Przy wejściu do dużej kolonii dla dowolnego przybysza, jawi się pierwszy dom po lewej stronie drogi na którego balkonie znajduje się ciekawy napis bardzo zgrabnie wycięty dużymi literami, który stanowi niejako motto kolonii „Boże błogosław króla Fryderyka Wilhelma III” Drewniane balkony na każdym domu ciągną się wzdłuż trzech stron domu, dalej znajduje się właściwa zabudowa mieszkalna, która zajmuje najmniejszą część całości. Drugą większą część zajmuje stajnia i stodoła.
Jeżeli wstąpimy do takiego domu to zobaczymy że taka zabudowa w większości przeznaczona jest dla jednej rodziny. Najpierw wejdziemy z podwórka do sieni gdzie zwykle po lewej lub prawej stronie znajduje się wielka ogrzana izba mieszkalna dla całej rodziny gdzie skupia się całe jej życie. W kącie znajduje się potężny piec który zajmuje dużo miejsca i stanowiący podczas budowy wielki obiekt sporów i nieporozumień pomiędzy budowniczymi a Tyrolczykami. Po bokach tego pokoju znajdują się duże drewniane ławy i najpotrzebniejsze domowe sprzęty dookoła odpowiednio rozstawione.
Do tej największej izby przylega sypialnia która oczywiście nie posiada żadnego pieca, bo Zillerthalczycy są przyzwyczajeni do spania w zimnym pomieszczeniu. W sieni w której było by ciemno, wycięto dwie okrągłe dziury do patrzenia zamiast okien. Stąd po paru stopniach w dół wchodzimy również do piwnicy, gdzie znajduje się również obszerna kuchnia a obok mała spiżarnia. Z sieni, również prowadzą schody w górę na pierwsze piętro gdzie właśnie nad tą dużą izbą znajduje się też duże pomieszczenie, jest to pokój dla dziewek. Również i ten pokój prawie zawsze nie był ogrzewany. W tym pokoju zapewne wpadnie nam w oko wypchana „kozica”. Na górze również znajduje się korytarz, identyczny jak na parterze z dwoma wyciętymi dziurami na pole.
Z tego korytarza prowadzą drzwi na przyjemny balkon, który nie tylko jest ozdobą domu z zewnątrz, ale ma także praktyczne znaczenie. To właśnie domowa gospodyni praktycznie i dobrze go wykorzystuje jako suszarnie dla upranej bielizny. Suszyć tu można również w zimie i jesienią gdyż balkon osłania duży dach.
Wracając z powrotem do korytarza na piętrze, z prawej strony otwiera się drzwi prawą ręką, po przeciwnej stronie izby służących dziewek, drzwi prowadzą do stodoły. Stodoła składa się z dwóch części, w jednej trzyma się zboże a w drugiej siano. W środku zostawiona jest przestrzeń na wjazd wozu z końmi z podwórka na piętro, bezpośrednio po specjalnym podjeździe. Konie muszą tu mocno ciągnąć wóz bardzo stromo w górę. Zboże może być tu zsypywane z góry.
Dalej obok stodoły położone są stajnie oczywiści na parterze. Na podwórku wokół wielu domów można zaobserwować porąbane ładnie i dokładnie ułożone drewno na opał do wysuszenia, a przy okazji ociepla budynek mieszkalny. Po wielu latach można było już zobaczyć masywne domy, oddzielone już stodoły i stajnie. Ale jak na razie wiele z nich w takiej a nie innej postaci przetrwało wiele lat, a nawet do dnia dzisiejszego.
W swoich domach na które tak mocno oczekiwali, powoli zaczęło się codzienne życie, a oni sami zaczęli solidnie i ochoczo pracować dla dobra rodziny. Nie brakowało im tak ochoty jak i sprawności, a także potrzebnych do tego środków. Jak już wcześniej pisano rzadko który przybył pod Karkonosze goły finansowo. Ostro z kantu zabrali się za robotę, inwentarz i cały możliwy i potrzebny sprzęt zaczęli nabywać pola i je uprawiać, aby zapracować na pomyślną przyszłość.
Jeszcze w Kowarach przez cały rok żyli bezczynnie, musieli sobie szukać zajęcia nie zawsze ich interesującego, to teraz prawie każdy zajął się rolnictwem. W Górnym Zillerthalu niektórzy zajęli się ogrodnictwem i to z wielkim sukcesem. W gospodarce mlecznej stali się prymusami i mogli być dla prusaków przykładem do naśladowania. Ich ziemie w większości składały się z łąk, zajęcie pastucha w Tyrolu było im znane od samego dzieciństwa, tak że na nowym terenie nie mieli z tym żadnego kłopotu.
Trzymali więc krowy które dawały dużo mleka, a z mleka wyrabiali masło i ser. W raz z założeniem nowego gospodarstwa byli przykładem czystości i porządku na zagrodzie. Sprzęt do mleka czyli wiadra i kubły cieszyły oko swa czystością. Nic więc dziwnego że ich hodowla oraz mleczarnie zdobyły na tym terenie dużą sławę i stały się godne naśladowania przez miejscowych gospodarzy.
Również poza granicami Zillerthalu w sąsiednich wioskach przejęli w dzierżawę mleczarnie, niekiedy o znacznej wartości. Ich przykład wzorowego mleczarza i serownika rozniósł się nawet na sąsiednie prowincje. Właściciele ziemscy i fabrykanci zaczęli zatrudniać Tyrolczyków w swoich włościach jako dobrych „serowników” bo okazało się że oni znali się najlepiej na tym rzemiośle. Zaczęły również powstawać nowe filie mleczne i przetworów prowadzone przez przybyszy z Tyrolu. Ich zasada przy wypasaniu bydła i owiec jest bardzo prosta, przestrzegają tego że liczba krów musi odpowiadać zgromadzonej samodzielnie dla nich paszy. Oni nigdy nie korzystali z cudzego siana.
Jeden z gospodarzy który ma najlepszą gospodarkę posiada na swoich 44 morgach 14 morgów łąk, 9 krów, 2 woły i parę cieląt. Tutaj orze się przeważnie wołami, konie widzi się raczej rzadko. Biedniejsi gospodarze orzą i zwożą krowami.
W wielu przypadkach po prawie 38 latach po przybyciu, w tych samych domach żyją te same rodziny. Niekiedy ziemia została odziedziczona przez dzieci i ich współmałżonków, rzadko kiedy została sprzedana, bo tego zakazywała wcześniej wprowadzona odpowiednia ustawa która tego zakazywała.
Ci którzy przybyli tu przed laty, a teraz są już w sędziwym wieku, przekazali swoim dzieciom i następcom nie tylko majątek, dom i zwierzęta, lecz przede wszystkim wspomnienia ze swojej starej ojczyzny. Dawne obyczaje, sposób mowy, sposób ubioru, regionalną gwarę, kulturę oraz sposób śpiewania. Od razu można tu zauważyć stare mateczki w poważnym wieku kobiety kroczące w wysokich tyrolskich kapeluszach filcowych na głowie. Nie tylko starzy ludzie dochowali wierności obyczajów i strojom narodowym, młodzi przejęli po nich te ubiory które niekiedy wkładają na siebie.
Te kapelusze z filcu, ze złotymi frędzlami, to nawet dzisiaj tj. w 1878 roku sprowadza się prosto ze samego Tyrolu. Noszą je nie tylko kobiety i mężczyźni, ale również młodzież a nawet dzieci. Inna osobliwością u mężczyzn, jest szara kurtka z zielonym sznurem, czerwone szelki, jednak one niekiedy są schowane i przez to niewidoczne pod często noszoną kamizelką. Szczególnie charakterystyczny jest szeroki pas na brzuchu, który bardzo często jest wyszyty przez ukochaną osobę. Zaś napisy na nim są różnorakie i ciekawe np. nazwisko właściciela, patriotyczne słowo, „Niech żyje król”, wesołe zawołanie np. „Zawsze wesoły”, lub inne słowo określające dobitnie daną osobę. Z dolnej części stroju np. z krótkich spodni Tyrolczycy szybko zrezygnowali ze względu na to że tu jest o wiele zimniej. Dlatego wnet się przyzwyczaili do tutejszego wiejskiego ubioru, które okazało się i praktyczne i ciepłe. Tamte ubiory choć nie używane leżały w wielkim poważaniu w skrzyni.
Kobiety bardziej podążające za modą niż mężczyźni, już w obawie przed drwinami nowych rodaczek, zaaklimatyzowały się jeszcze szybciej. Ojczysty strój wcześniej odłożyły i zamieniły go na strój tutejszych sąsiadek. Tylko podczas szczególnych okazji, wyciągały ze skrzyni te krótkie suknie z aksamitnym czarnym stanikiem. Równie szybko jak strój regionalny, zmieniły się też stare przywiezione ze sobą obyczaje. Znowu obowiązuje tutaj zasada, którą u wszystkich kolonistów masowo znajdziemy, że przy uroczystych okazjach, podczas uroczystości bardzo ważnych dla Tyrolczyków, gdzie należy wspomnieć strony ojczyste, wkłada się dawne stroje.
Na wesela zapraszają gości w narodowych ubiorach, liczny uroczysty pochód z muzyka kieruje się do kościoła. Wówczas jeszcze można usłyszeć, przede wszystkim dobrze znane jodłowanie, lub naśladujące go wesołe okrzyki. Wówczas także, zostaje pokazany największy przepych odświętnych stroi. Kiedy umrze członek rodziny, wówczas objawia się u nich , rzadka na pierwszy rzut oka, prawie obca, chłodna kalkulacja ekonomiczna, aby umarłego z jak najmniejszym zbytkiem pochować. Więc zmarłego chowają jak najmniejszym kosztem, w tanim ubraniu. Natomiast ci którzy chcą umarłego godnie i bogato ubrać, narażeni są na kpiące obgadywanie i naganę, a jednak tych ludzi nie uważa się bez czci i serca. Jest to po prostu, spokojny i trzeźwy sposób chłopskiego myślenia. Chować należy skromnie i praktycznie.
Na ich stołach nie goszczą szczególne potrawy jak „pączki”, które uważają za swoją narodową potrawę, nie są wcale tyrolskie lecz zgoła śląskie. Obyczaj który można Tyrolczykom przypisać, to rezygnacja w niedzielę ze szczególnie dobrego obiadu. A to ze względu na panią domu i czeladź, aby mogli ten dzień uroczyście święcić. Dlatego materialne i kulinarne smakołyki przekładają na sobotę.
Obecnie już nie wiele można u nich znaleźć z dawnych starych obyczajów i przekonań, już się one gdzieś ulotniły. Powoli lecz systematycznie zacierają się różnice dzielące tubylców od przybyszów. Najmniej udaje się to z językiem. Jest ciężko a prawie że niemożliwe, wyćwiczyć dialekt i kiedy nawet najzdolniejszemu wydaje się że go opanował, nagle zaskakuje go niezliczona ilość niemieckich słów, wówczas zdradza swemu nic nie domyślającemu się rozmówcy i nie daje się ugasić płomień ojczystego dialektu.
Dla kolonistów, mowa jest za każdym razem sprawdzianem, jak daleko Tyrolczycy są świadomi swego pochodzenia, swojej odrębności. Może wciąż czują się jak gdyby byli na obcą ziemię przeflancowani jak ziarno ryżu. Tak mówią właśnie Tyrolczycy w śląskim Zillerthalu że jeszcze dobrze znają swój ojczysty dialekt, ale również już przyjęli śląską mowę. Ale gdy mówią szybko swoim tyrolskim dialektem, to dla nieobytego z nimi słychać tylko różne słowa bez najmniejszego zrozumienia treści i sensu zdania.
Pozostała im jednak dawna duża ochota do śpiewania, żartobliwe i różne pieśni w formie jodłowanej są im nadal bardzo bliskie. Znają oni różne pieśni które tylko w niektórych górskich i alpejskich dialektach można jeszcze usłyszeć. Posiadają też niektórzy nawet książeczki z pieśniami które opowiadają o ich starej ojczyźnie, która tu pod Karkonoszami niekiedy jest wspominana. Niekiedy można też usłyszeć stare porzekadła np. „Gdy rano pada to gryzą się psy wieczorem” lub „Poranny deszcz i stare babskie śpiewy nie trwają długo”.
O tym że stara mowa tyrolska jeszcze przetrwała do naszych czasów, to niemała też zasługa tutejszej szkoły. Kolonia która jest naprawdę religijna przecież nie posiada własnego kościoła, dlatego głównym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego jest tutejsza szkoła. To tu odbywają się główne zebrania, narady Tyrolczyków. Szkołę otrzymali w pierwszym roku osiedlenia tj. w 1838. To rząd ustalił jej założenia i otwarcie na dzień 17 grudnia. Szkoła liczyła od powstania do 1874 roku aż 470 uczniów.
W obszernej szkolnej wielkiej izbie jakby czas się zatrzymał, wszystko przypomina dawne czasy. Oczywiście, najpopularniejszą figurą jest tu postać króla Fryderyka Wilhelma III, która wisi na ścianie jako obraz wielce czczony i szanowany.
Od wczesnej młodości dzieci z Zillerthalu są wychowywane w wdzięczności dla królewskiego domu, a przede wszystkim dla dobroczyńcy i fundatora kolonii. Wisi tu również portret Tyrolczyka Johannesa Fleidla, człowieka który odegrał podczas emigracji wielka rolę, tu wisi jako wieczna pamiątka o jego czynach.
W szkole zachowuje się również obraz dawnej ojczyzny z austriackiego Tyrolu, jako pamięć pełen smutku dawnych ojczystych stron, który niegdyś ich ojcowie oglądali w oryginale. Nic więc dziwnego że wielu z nich od tego starego obrazu ojczyzny nie może się oderwać. Dzisiejszy nauczyciel, który wprawdzie nie jest Tyrolczykiem, ale podczas swojej już 25 letniej pracy okazał dla nich wielkie zrozumienie i zdobył ich całkowite zaufanie. W szkole nie dopuszcza się do wytępienia wspomnień o dawnej innej i starej ojczyźnie. Nawet dzieci obecne, pod kierunkiem swojego wychowawcy śpiewają stare tyrolskie i kościelne pieśni i melodie jak np. „O gdybym miał tysiąc języków”, „Kto poddaje się woli ukochanego Boga”, „Jak mam Cię przyjmować”, „Jezu Twoje głębokie rany”, „Poleć swoje drogi” i wiele innych dobrze znanych kościelnych melodii.
Te pieśni są ćwiczone w szkole z naszymi dziećmi oraz są one śpiewane w rodzinnych domach tyrolskich. Ponieważ Tyrolczycy nie posiadają swojego kościoła, lecz wspólnie uczęszczają ze Ślązakami, więc nie mogą swoich pieśni dalej rozpowszechniać.
Podczas jednej z ostatnich wizytacji w szkole, wszystkie dzieci tzn. chłopcy i dziewczęta, pojawiły się w narodowych i ludowych strojach tyrolskich. Kto te dzieci w szkole choć raz widział i w czasie lekcji obserwował, ten musi zgodzić się ze słowami oddanego im nauczyciela, że „ich śpiewanie jest czyste, oko uważnie skierowane jest na nauczyciela, ich wymowa wyrazista, a poznanie wiedzy gruntowne”.
Tu w szkole wisi jeszcze jeden obraz, jest to młodzieniec ze wsi, w ludowym stroju tyrolskim. Jak podaje opowieść moze10 lat temu, gdy następca tronu książę Fryderyk odwiedził ich wioskę i naturalnie wstąpił do szkoły, wtedy wpadł mu w oko, ładny blond włosy chłopiec o błyszczących oczach, swobodnym i śmiałym spojrzeniu, a jednak skromnym usposobieniu. Książę porozmawiał z nim, wypytał go o różne rzeczy, następnie podniósł go do góry i mocno ucałował.
Gdy dorósł to z innymi Tyrolczykami brał udział w wojnie z Francuzami i według zdania jego towarzyszy był „tym wybranym i poświęconym”, aby polec na polu chwały i walki koło Sedanu. To jemu było dane, aby dla swojej nowej ojczyzny przypieczętować swój patriotyzm śmiercią. Proste i skromne są słowa, które mu na pomniku upamiętniającym miłość rodaków lub jak to się obecnie nazywa na pomniku chwały zadedykowane zostały przez jego nauczyciela.
Pomnik chwały dla Johannesa Hirner (tu znajduje się jego zdjęcie) urodzony 26 lipca 1849 roku, syn właściciela posiadłości Józefa Hirnera, uczęszczał do szkoły tyrolskiej w latach 1855 – 1863. Gdy w roku 1859 dnia 19 września jego książęca wysokość z następczynią tronu jego żoną Wiktorią, zaszczycił odwiedzinami naszą szkołę itd. ... tu następuje już opowiedziana historia.
W roku 1869 wstąpił jako strzelec do 5 zgorzeleckiego batalionu strzelców i jako taki brał udział w wojnie przeciwko Francji. Pożegnanie ze swoją matką odczuł bardzo ciężko, jednak zawsze był wierny nałożonym na niego obowiązkom i radośnie przyjmował swój los żołnierski. Nigdy w swych listach z Francji do matki nie skarżył się na warunki wojenne. Dnia 1 września 1870 roku otrzymał w bitwie pod Sedanem strzał w lewe oko i padł ze słowami „Panie dopomóż !” Jego koledzy śpiewali nad jego grobem piękne pieśni. Tak ofiarował mu anioł śmierci w środku bitwy pocałunek pokoju. Bądź wierny aż do śmierci, a ja ofiaruję ci koronę wiecznego życia. Pomnik, ufundowano dnia 22 marca 1872 roku.
Mało wiadomo o jakiejś historii z życia koloni tyrolskiej. Jest ona bardzo prosta i przemija w jednakowo brzmiących słowach. Zaraz po osiedleniu się na stałe, rozwinął się trwały stosunek nowopruskiego obywatelstwa do ojczyzny. Wioska nie była bogata w wydarzenia, bez żadnych szczególnych sytuacji. Ludzie płacą swoje podatki i sumiennie spełniają swój obowiązek służby wojskowej. Jeżeli chodzi o wysokość podatków, to wszyscy Tyrolczycy właściciele majątków płacą razem 162 talary, 2 srebrne grosze i 3 fenigi podatku gruntowego, 44 talary 6 srebrnych groszy podatku od domów i 155 talarów podatku klasowego, tak że suma tych trzech podatków wynosi 361 talarów, 8 srebrnych groszy i 3 fen.
Z tego Środkowy Zillerthal - 101 talarów podatku gruntowego, 25 talarów 24 srebrnych groszy - podatku od budynków, 85 talarów klasowego. Dolny – 29 talarów 11 srebrnych groszy i 5 fenigów podatku gruntowego, 11 talarów i 12 srebrnych groszy podatku od budynków, 51 talarów klasowego. Górny – 31 talarów 20 srebrnych groszy i 10 fenigów podatku gruntowego, 7 talarów od budynków i 19 talarów klasowego.
Co się tyczy służby wojskowej, król Fryderyk Wilhelm III, zaraz po założeniu kolonii zarządził, dekretem z dnia 20 września 1838 roku, aby zdolni do wojska Zillerthalczycy odbywali służbę od roku 1839 w Gerlitz jako strzelcy. Chyba że chcą służyć pod inną bronią, ale z domu swojego już wynieśli należyte posługiwanie się strzelbą. Również odznaczają się pewną zręcznością w obchodzeniu się z nią, oraz świetnie się prezentują, co chętnie jest widziane przy posługiwaniu się tą bronią. W dzisiejszym czasie mężczyźni służą również jako artylerzyści lub nawet w innych formacjach.
Warunki szkoły znacznie się poprawiły ponieważ została ufundowana szkolna kasa zapomogowa, do której Tyrolczycy sami dobrowolnie wnosili wkład. Równocześnie dla jej dobra również dokładała się gazeta Rheinwalda.
Ważnym momentem dla nowej kolonii było, że w bezpośrednim sąsiedztwie powstała Wielka Przędzalnia Lnu. Najpierw należała do Urzędu Morskiego, a później przeszła w ręce Towarzystwa Akcyjnego. W następstwie utworzenia fabryki, powstało dla robotników 10 nowych – kamiennych domów na gruncie Dolnego Zillerthal.
Proporcja domów dla kolonistów wraz z przyległymi posiadłościami i osiadłych w nich rodzinach z biegiem czasu ułożyła się następująco:
Zillerthal Środkowy – 31 rodzin i 39 domów, Mysłakowice.
Zillerthal Dolny – 11 rodzin i 16 domów, Mysłakowice.
Zillerthal Górny – 7 rodzin i 10 domów. Sosnówka.
Środkowy Zillerthal jest wiejską gminą, składającą się 436 osób, 31 posiada tu ziemię i grunty. Rodziny tyrolskie składają się z 30 mężczyzn, 33 kobiet, 33 synów, 51 córek, wszystkich razem jest 147 osób, bez służących. W przyszłości 8 starych posiadłości tyrolskich przeszło w obce ręce, 6 rodzin mieszka tu jako lokatorzy, powstały tu dwie nowe masarnie, restauracje, willa, Hotel Zillerthal i 10 domów robotniczych.
Również w pozostałych częściach Zillerthalu nie wszystkie domy są jeszcze w posiadaniu Tyrolczyków: w Dolnym 5 przeszło na własność tutejszych mieszkańców, w Górnym 3 przeszły w inne ręce. W całości pozostało jeszcze 50 domów, które z przynależnymi do nich działkami, należą do potomków – rodziny te liczą 225 osób.
To że obcy ludzie mogli tam wniknąć leży w wymarciu starych rodzin, a mniej zaś w zubożeniu. Miały tu również miejsce sporadyczne emigracje za granicę Prus. Ponieważ ziemia zakupiona mogła wyżywić tylko jedną rodzinę, to naturalną rzeczą było że inni młodsi członkowie rodziny głównie synowie musieli odejść. Ci co odeszli przejęli w dzierżawę liczne mleczarnie, serownie nawet w innych prowincjach. Liczba tych co musieli wyemigrować jest bardzo duża tak że już dzisiaj gubimy się w liczbach i pamięci. Odchodzący zamieszkali i znaleźli pracę w: innych częściach Prus, Niemiec a nawet jeszcze dalej. O niektórych wiemy że został dyrektorem fabryki w Brunszwiku, inny został śpiewakiem w Rydze, jeszcze inny był oficerem w Berlinie, niektórzy żyją w Ameryce Północnej i Południowej, w Polsce, Rosji, Australii. Można jednak powiedzieć że największa ich ilość pozostała w swojej niemieckiej ojczyźnie.
Szczególnie zaś w jej wąskim kole, zgodnie z naturą pomiędzy Kowarami a Jelenią Górą. Tutaj w różnych zawodach dalej wyrażają swą wdzięczność, za gościnność jaka została udzielona ich rodzicom i dziadkom ze strony pierwszego państwa niemieckiego.
Ciekawym staje się bliższe prześledzenie, jak taka młoda kolonia stopniowo zapuszczała korzenie na nowej ziemi. Jak daleko liczne i najodleglejsze rozgałęzienia tego „korzenia”, rozprzestrzeniły się na wszystkie strony. Jak mocno i na zawsze to młode drzewko wrosło się w tą ziemię oraz jak kwitnie i wydaje owoce.
Chcę jeszcze o kolonistach i ich naturze coś w wielkim skrócie powiedzieć. Tyrolczycy jest to piękny i silny gatunek ludzi, ich charakter, usposobienie jest zawsze otwarte i szczere, ich otwartość jednak jest daleka od naiwnej natarczywości, którą tak często można zauważyć u wędrownych śpiewaków z Tyrolu. Wiele razy chwalą ich przełożeni z urzędów którzy wydają im świadectwo ze są : pracowici, uczciwi i ustępliwi. Ze swoimi sąsiadami prawie nigdy nie mają poważnych zatargów, jak to często bywa na wsi. Także ich trzeźwość jest powszechnie chwalona. Oni sami mogą powiedzieć tylko o jednym przypadku, że tylko jeden z ich gminy oddał się pijaństwu.
Daleko poza ich małym Zillerthalem są jeszcze nawet teraz znani i lubiani. U Niemców z północy co należy przypisać dziełu muzycznemu – operetce, które długi czas z wielkim powodzeniem grane było na scenach i której melodie stały się prawdziwą własnością narodu. Był czas gdy starzy i młodzi, basy i soprany z entuzjazmem śpiewali „Gdy tęsknię do swojej ojczyzny – mych ojczystych stron” i tym podobnie melodie. To one to właśnie przyczyniły się do popularności Tyrolczyków w dalekich stronach.
W pierwszym okresie osiedlenia, z pewnością tęsknili bardzo za pięknym południem. Rzetelnie to zwalczali jakby to się u nich silnie i gorąco objawiało. Niektórzy jednak nie mogli oprzeć się temu i kiedy dość uskładali pieniędzy, udawali się w odwiedziny w dawne ojczyste strony. Odwiedzali rodziców, rodzeństwo, bliskich i znajomych, tak uspokojeni na duszy i sercu wracali chętnie z powrotem.
Tylko jeden przypadek można stwierdzić, że katolickim członkom rodziny udało się nakłonić, jednego swego krewnego, pewnego starego Tyrolczyka, aby na zawsze powrócił. Pewien Oblasser pozostawił w 1837 roku na łasce losu cała swoja katolicką rodzinę i udał się ze wszystkimi w daleką podróż do Prus. Jeden z jego synów, został nawet katolickim księdzem w Tyrolu. Ogromnym wysiłkiem, udało się rodzinie przez co się kościół katolicki wyróżnia, zmusić ojca, aby swoje ostatnie dni życia spędził w Tyrolu. Tu na łożu śmierci podobno przeszedł ponownie na wiarę katolicką. Ale jest to tylko jeden wyjątek, bo wszyscy którzy pojechali do Tyrolu, wracali chętnie i z radością do Prus pod Karkonosze do swojego Zillerthalu. Do nowej ojczyzny czuli prawo obowiązku dlatego ciągło ich na Śląsk Z biegiem czasu byli dumni ze swojej nowej ojczyzny i swojego Zillerthal.
Ich patriotyzm stał się ważną częścią ich istoty. Wielkie wydarzenia, potężnie toczącej swe fale współczesnej historii, oddzielały się żywymi farbami o każdej porze, w tym spokojnym górskim strumieniu, jaką jest ta kolonia. Z pewnością w każdej innej wiosce nie politykuje się i nie dyskutuje tak żywo, jak w tej. Przez wszystkie te lata różnych zawieruch, które naznaczyły świat strachem i sprzeciwem, a w końcu wielką radością, u Tyrolczyków pozostaje wierne i niezłomne oddanie dla króla i pozostanie przy nim i jego dworze.
Ta miłość jest wzruszająca i wie także jak dać temu wzruszający wyraz. Są oni i to słusznie, po męsku dumni z tego, by mówić tylko o najważniejszym, że w ostatniej wojnie mogło 25 młodych Tyrolczyków iść od nich na wojnę, z których 5 otrzymało Żelazny Krzyż. Każdy z nich czuje się w prawie osobistym stosunku z królewską rodziną. Jeżeli rozmawiają o poszczególnym członku tej rodziny, to tak jakby rozmawiali o najlepszym przyjacielu. I przy całej wierności i oddaniu, nie ze służalczości czy lizusostwa.
Szczególny powód do tego stosunku leży w częstych wizytach rodziny królewskiej w Erdmannsdorf z których pojedyncze osobistości w pobliżu nich mają swe posiadłości, albo dość często przybywają w Karkonosze – Góry Olbrzymie.
Ze skromną dumą opowiadają pojedyncze wydarzenia z tych kontaktów, które w ich wiernej pamięci na trwale się ostały, przechodząc z rodziców na dzieci i wnuki jako tradycja. Pokazują również wiele listów od króla i królowej, następcy tronu i jego żony, które są przechowywane, jak drogocenna własność kolonii. Uważają naturalnie, by we wszystkim co ich duszę porusza, brała udział książęca rodzina, i dzięki wiernemu pośrednikowi ich smutków i radości ich nauczycielowi, są w stałym kontakcie z potomkami swojego dobroczyńcy.
Ale najbardziej szczegółowe i interesujące listy, które wynoszą się nad poziom kurtuazji, posiadają Tyrolczycy od jednej wysoko urodzonej kobiety, która pozostawała przez długie lata w milczącym zapomnieniu, lecz w ostatnim czasie dużo dała do mówienia o sobie. Ona to, część swojej młodości przeżyła w często opowiadanych pięknych Karpnikach jako córka księcia Wilhelma brata królewskiego. Wyrosła tutaj w bezpośrednim sąsiedztwie Tyrolczyków. Nie mogło więc być inaczej, niż to, aby ta młoda panna wrażliwa na religijne motywy, jaką była, całą swą duszę oddała na współczucie dla tych zacnych ludzi z którymi wówczas sympatyzował cały ewangelicki świat. Znalazła wewnętrzną radość aby z nimi nawiązać kontakt i wziąć ich w swą szczególną opiekę.
Akurat ten kontakt pozostawił w ustach jak i w sercu Tyrolczyków niejeden przyjemny i uroczy obraz. Te listy 19 letniej dziewczyny, która od dwóch lat jest zamężna i pomimo katolickiego wyznania jej małżonka, pozostała wierna ewangelickiej religii. Listy pochodzą z czasów podróży do ojczystych stron jej ukochanych Tyyrolczyków z 1844 roku.
Słowa w tych listach czysto odzwierciedlają uczucia tej wysoko postawionej kobiety, pozwalają nam spojrzeć w jej duszę, i aż do pewnego stopnia w melancholijny pogląd na życie kobiecej natury. Widać z nich jak bez zastrzeżeń, jest jej sympatia do tych biednych uchodźców, nie zważając na skrępowanie i bariery uciążliwej etykiety.
Ze szczególnym upodobaniem odsuwa się ona od oficjalnego i reprezentatywnego życia dworskiego, aby przez to z całego serca zbliżyć się do natury i jej prostych wiernych dzieci. Czytającym te listy, z pewnością celowo w prostym tonie ułożone słowa, ewangelickim umysłom nasuwa się pytanie, które psychologicznie jest do wyjaśnienia, że ta wysoko urodzona osoba pomimo domu z którego pochodzi, mogła przejść na katolicyzm. Teraz jak prawie 50 lat po tym dochowała wierności wierze swoich ojców i 32 lata już w katolickim kraju żyła jako ewangelicka chrześcijanka.
Patrząc na to obiektywnie, takie przejście mało dziwi, akurat zaś teraz w „czasie biedy”, tak zazwyczaj dumny Rzym, uruchomił swój cudowny aparat przekonywania i nakłaniania, mając w ofercie swój, prawie urzekający apel do umysłów, prawie demoniczną siłę przyciągania na wrażliwe natury. I jeśli ten ktoś zmęczony już jest wielką walką w głębi duszy, odkłada chętnie ster na bok i daje się łatwo ponieść dalej sprawnemu sternikowi.
Żaden nawet najbardziej tkliwy opis, jakiegoś trzeciego obserwatora, nie może przedstawić życia naszych kolonistów w tak czystym i jasnym świetle, niż to jakie to się tutaj ukazuje. Jak myślą i mówią, jak przyzwyczajeni są do kontaktów z rządzącymi rodzinami. Wszystko to, jest tu wspaniałe, jeśli nawet w prostych zarysach oddane. Staje się prawdziwie i jasny bliski kontakt kolonistów ze swoja dawną ojczyzną. Dzięki właśnie tym listom, chwyta to nas za serce, jakie tutaj więzy zostały rozerwane, jak to co powiązane było przez naturę, nagle zostało rozdzielone od siebie.
Akurat opisy te nikt bez wzruszenia nie będzie mógł czytać. Przy tym ta młoda pisarka, wie jak uderzyć w prawdziwy ton, który pochodzi z serca i przemawia do serca. Ona wie naprawdę, jak trzeba do tych ludzi przemówić, jak należy z nimi rozmawiać, aby zrozumieli. Ona jest świadoma o czym chętnie słuchają oraz życzenia skierowane w tamtą stronę. Jakie będzie lub jest przyjęcie u krewnych Tyrolczyków w Austrii, jakie będzie jedzenie a nawet co dadzą do picia, to wszystko odgrywa u nich wielką rolę.
I tak mogą te listy przedstawiać, koniec idylicznej krótkiej opowieści tej ostatniej a na pewno najmłodszej kolonii religijnej pod panowaniem rodziny Hohenzollernów.
Zaś ona wysoko urodzona pani, gdyby mogła te swoje własne listy z pięknego okresu młodości ujrzeć, to nie powinna się o to gniewać, lecz i przede wszystkim wspomnienia o śląskim Zillerthalu i jego pracowitych mieszkańcach na zawsze zachować w pamięci, nie zaliczając ich do zmarłych. Bo tutaj w ich małej nowej ojczyźnie, biją zawsze wierne serca w niezmiennej miłości i przywiązaniu.
A oto te listy !
Nr. 1. Zell w Zillertal. 18 lipca. 1844 roku.
Moi kochani przyjaciele !
Stad, z Waszej Ojczyzny, muszę Wam życzyć dobrego wieczoru i tysiąca radości. Tutaj jestem zawsze z Wami we wspomnieniach i naprawdę się za Was modlę. Ach, jak się cieszę, że mogę być tutaj i poznać Wasze domy, widzieć Waszych krewnych i rozmawiać z nimi. Na każdym kroku myślę o Was i życzę sobie, abym mogła Wam Wasze cudowne strony znowu pokazać. W tych stronach czuję się całkiem jak u siebie w domu i nie chciałabym prawie w ogóle stad wracać z powrotem do domu.
Przybyłam tutaj wczoraj wieczorem o godzinie 11, pozostanę dziś na cały dzień i jutro jeszcze połowę dnia do godziny 12. Dzisiaj odwiedziłam dość dużo Waszych krewnych, zaś jutro chcę pojechać do Ramsbergu, nim odejdę i u góry zjem śniadanie. Innym razem opowiem Wam, kogo dzisiaj z Waszych krewnych odwiedziłam. Dzisiaj jest już za późno, jednak nagli mnie, aby tych parę słów skierować do Was z waszej Ojczyzny. Polecam Was Bogu ! Dobranoc z ulubionego Zillertalu !
Nr. 2. Bad Bocklet w Bawarii. Dnia 27 lipca. 1844 roku.
W Zillertal nie mogłam ukończyć tego listu, gdyż bardzo tęskniłam za Ramsbergiem i Barleiten. W Bichl zobaczyłam Twój dom Fleidl, i chętnie posłałabym Ci drzewo, z którego Ty zwykle robiłeś buty i które Wechselbergowa która teraz mieszka w tym domu pokazała. Za to posyłam Ci przez Elizabet liście z Twojej wielkiej gruszy, która tak pięknie ocienia Twój dom. Weschselbergowa przekazuje serdeczne pozdrowienia dla Ciebie oraz swoich rodziców. Ucieszyła się bardzo mogąc o Was słyszeć i pytała się o Was dużo. Obejrzałam sobie cały Twój dom, który mi się bardzo podobał !
Także Tobie, kochany Heim i Twojej Miedel mam przekazać dużo pozdrowień od waszych krewnych. Widziałam Twoich rodziców, Twojego brata, jego żonę i dzieci, kochana Miedel Heim. Twój ojciec był szczególnie poruszony, jak wszyscy Twoi, kiedy o Was opowiadałam, o Waszych ślicznych domach i dzieciach. Z Gretą od Marii Geisler widziałam się u Waszych przyjaciół, ona Was również pozdrawia. Hollencen podobała mi się bardzo. Piłam bardzo dobre mleko, podczas gdy wyczekiwałam na koniec silnej burzy, u Twojego brata kochana Miedel, przy tym bawił się ze swymi ładnymi dziećmi.
Twojego brata kiedy tam dojechałam, nie było w domu. Dlatego nie mogłam go wziąć ze sobą jako przewodnika. W Hollencen zobaczyłam także kuzynkę Johannesa Strassera która Ciebie i wszystkich serdecznie pozdrawia, kochany Strasser.
Nie miałam więcej czasu, aby obejrzeć Twój dom, także padało tak mocno, że pozostałam u Bendlera. W Finkenbergu, jadłam na śniadanie kartofle i mleko u Twojej siostry, kochany Józefie Stock. Nieskończenie się cieszyła z wiadomości jakie jej przyniosłam o Was, ona ma nadzieję, że niedługo ją odwiedzisz ponownie. Często powtarzała „Gdyby Cię choć raz mogła zobaczyć”. Ona i jej mąż przesyłają Wam piękne pozdrowienia. Elizabet, twoja siostra przyniosła mi kwiat, który jest dla Ciebie ze swojego ogrodu i królewskiego talara dla jej chrześniaka a Twojego dziecka. Płakała dużo z radości, że mogła ze mną o Was porozmawiać i jest naszemu królowi bardzo wdzięczna, że dał Wam tak ładne domy, pola i wszystko co sobie życzyliście.
Także o hrabinie, matce Tyrolczyków von Reden z Bukowca, mówiła często i z wdzięcznością. Twoja siostra posłała następnie do domu Fankhausserów po Twoich teściów. Tylko Twoja teściowa przyszła, kochany Lasiterze, Twój szwagier był w polu. Twoja teściowa pozdrawia pięknie Was wszystkich, ciebie a szczególnie Twoją żonę. Powiedziała do mnie „Fankhausera kocham jak swojego syna”.
W Finkenbergu wszyscy mówili z miłością o Tobie i wszyscy chcą Cię znowu zobaczyć oraz pytali o Twoje dzieci i ubolewali nad tym że przed paroma laty byłeś tak bardzo chory. Finkenberg i Diabelska Ścieżka podobały mi się bardzo, był także ciepły piękny dzień – czwartek. W powrotnej drodze wsiadłam przy ścieżce do małego powozu, który wynajęłam w Zell. Zanim jednak wsiadłam, posłałam do starej Luizy Gitsche, aby opowiedzieć jej o synach Oblasserach. Kazała powiedzieć że dla niej jest za ciężko aby dojść do powozu, czy nie mogłabym sama do niej przybyć. Wtedy chciałam także wejść do domu, lecz spotkałam ją przed jej domem. Szła o lasce, wyglądała dość dobrze, cieszyła się jak również jej synowa, na wieść o swoich synach.
Jej żonaty syn nie był obecny a tylko jego żona. Matka i szwagierka pozdrawiają Was serdecznie, kochani Oblasserowie. Opowiedziałam im że jeden z Oblasserów jest gospodarzem i jeszcze pracuje na kołowrocie, to właśnie ucieszyło starą matkę.
Tych wszystkich Waszych przyjaciół odwiedziłam dnia 10 lipca. O godzinie 10 wyjechałam z Zell i wróciłam o godzinie 8 wieczorem tam z powrotem. Zapomniałam jeszcze że w drodze do Finkenbergu zobaczyłam dom w Bichl, od strony zewnętrznej, gdzie mieszkali kochani Hochleitnerowie, Wechselbergowa pokazała mi go.
Dnia 19 lipca znowu miałam opuścić Zell o godzinie 12, w związku z tym chciałam jeszcze pojechać do Ramsbergu. Gdy już byłam ubrana, okazało się że ktoś chce ze mną rozmawiać, kazałam go wpuścić, w tej chwili zapomniałam jego nazwiska. Przyniósł mi list do Schonherra, który doręczyła Wam moja siostra i równocześnie przekazano wiele pozdrowień dla swoich przyjaciół i innych a szczególnie dla Johannesa Fleidla.
Przez długi czas rozmawialiśmy o Was, wtedy to opowiedział mi że siostry Józefa Geislera, nie mieszkają w Barleiten, tylko przy drodze do Ramsbergu. Wtedy poprosiłam go aby pojechał tam ze mną i aby pokazał mi te domy, jak przypuszczałam chętnie spełnił moją prośbę. Tak więc pojechaliśmy do Ramsau, tam gdzie stoi nowa niedawno wybudowana mała kaplica. Tam mój przewodnik wynajął kosz, włożył do niego zimne jedzenie które ze sobą zabrałam i włożył kosz na plecy i tak na górze mogliśmy wreszcie zjeść śniadanie. On jako przewodnik wyruszył przodem, ja zaś i moje panie za nim.
Od Zell szliśmy w lewo w górę w kierunku Ramsbergu. Stamtąd również wysłałam posłańca do Michtal, aby przyprowadził do mnie Andrzeja Eggera, jego żonę i dzieci, my zaś udaliśmy się do Ramsbergu. Rano padał deszcz dlatego szczyty gór były całe w oparach. Jednak nie było znowu tak gorąco jak wczoraj, dlatego szliśmy rześko. Pola i trawy wyglądały bardzo zielone po rannym deszczu i jednakowo nawilżone. Po wejściu na górę oglądaliśmy wspaniałe widoki otaczającej nas okolicy.
Podczas wychodzenia cały czas rozmawiałam z naszym przewodnikiem, opowiedziałam jemu o Was wszystkich i Waszym nowym Zillerthalu, on zaś bardzo się ucieszył słysząc tyle dobrego o Was. On dużo i serdecznie mówił o Fleidlu jak razem byliście w wojsku w Bawarii. Wtedy to pokazał mi odznaczenie - Krzyż Zasługi który otrzymał w Bawarii. Wtedy opowiedział mi historię jak kochany Fleidl uratował jemu życie w czasie wojny, podając mu wodę do picia. Powiedział że on jemu tego nigdy nie zapomni i za to będzie zawsze wdzięczny. Wtedy opisałam jemu jak wygląda dom Fleidla, ile ma dzieci oraz co porabia jego żona Saara. Dla niej i dla Was wszystkich przesyła wiele pozdrowień. Również dużo rozmawialiśmy o rodzinie Geislerów o tym jak Fleidl bardzo szanował Jakuba Rahma i że jego grób znajduje się w pobliżu dawnego domu Fleidla.
On cieszył się wszystkim co usłyszał dobrego o Was wszystkich, on zaś złego słowa nie powiedział o Was, wszyscy mówili z wielką miłością i serdecznością o Was jako o dawnych sąsiadach. Podczas takiej rozmowy czas wchodzenia na górę szybko minął, ale ja często pytałam przewodnika czy zaraz zobaczymy dom Anny?
Pierwszy pokazał się dom siostry Józefa Geislera, następnie dom Anny. Przewodnik chciał zaraz wejść do środka i zawołać Annę, lecz ja go zatrzymałam, ja sama chciałam wejść do niej. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam w środku Annę i jej dwoje dzieci jak robiła kluski na obiad. Najstarsza siedziała na ławie zaś mała spała w kołysce obok niej. Zaraz ruszyłam w stronę Anny, uściskałam jej ręce i odezwałam się „Jesteś córką Warblów, ja przybyłam aby przynieść ci od Twoich wiadomość”. Wówczas założyła ręce na twarz, upadła głową na stół i odezwała się „Ach moja matka, moja matka, tak chciałabym znowu ją zobaczyć”! Przy tym gorzko płakała.
Zaraz opowiedziałam jej jak jej matce i wszystkim dobrze się powodzi, lecz ona płakała jeszcze długo i tak bardzo się cieszyła z moich słów o Was. Teraz opowiedziałam jej że udaje się do Barleiten, aby obejrzeć dom gdzie mieszkali Geislerowie, oraz że chcę wezwać jeszcze Marię, bo ona mnie tam ma zaprowadzić i wtedy może obie pokażą mi cały Barleiten. Szybko ubrała się a ja zaś kołysałam małą córeczkę z pięknymi i dużymi oczami, które przypominały Rahma. Później ubrała dziecko, zawołała służącą i męża aby pilnowali domu. Jej mąż był bardzo uprzejmy i przyniósł mi czereśnie do spróbowania.
Wreszcie poszliśmy do góry do domu Józefa i Marii Rahmów. Po drodze opowiadałam jej o Was wszystkich, szczególnie zaś musiałam mówić o tobie, kochana Warbl, a także o rodzeństwie i o Joregallu, którego śmierć wprawiła ją w wielki smutek. Ona jeszcze nie wiedziała, kim ja jestem. Po drodze w czasie odpoczynku, gdzie w lesie rozciągał się piękny widok na góry i doliny, zapytałam o Annę.
„Czy Józef nie wspominał nigdy w listach o Mariechen”? Wtedy ucieszyła się i powiedziała: „tak, o księżniczce” opowiadała coś niecoś, z tego o czym pisałeś do niej o mnie. Wtedy jej powiedziałam: „To jestem właśnie ja”. Wówczas bardzo się cieszyła i dziwiła oraz dziękowała mi za to że przybyłam do nich. W swoim domu zaproponowała mi również coś do jedzenia, ja jednak powiedziałam jej, że wolę lepiej zjeść u góry lub jak wrócimy z Barleiten to ja też mam coś do jedzenia.
Opowiedziałam jej o całym jej rodzeństwie, o tym że Jakub został żołnierzem i inne z czego cieszyła się bardzo. Tak idąc rozmawialiśmy ze sobą dużo, aż w końcu ukazał się nam dom Józefa Rahma. Powiedziałam jej żeby weszła do domu i zobaczyła czy wszyscy są w domu. Otworzyła więc drzwi, weszła do izby i zawołała abym weszła za nią. Z wielkim uczuciem weszłam do środka, gdzie brat kochanego Gotlieba Jogl siedział z żoną i dziećmi oraz z chłopcem do krów, przy jednym stole. Pośpiesznie weszłam do środka i od razu podeszłam do Rahma i uściskałam mu ręce mówiąc „Jaką radość sprawia mi, ze mogę zobaczyć Ciebie, brata Rahma, którego tak bardzo lubiłam”. Cześć 4
Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można znaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym.
Wszystkie materiały, fotografie i grafiki są chronione na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych stronach www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com
Dodaj komentarz