×
Dr. Max Beheim-Schwarzbach. Wrocław. Wydawca von Eduard Trewendt 1875 r.
Po zmianie ustroju w Polsce w 1989 roku, zwróciłem się z prośbą do tej instytucji o pozwolenie wykonania odbitki kserograficznej tej książki. Aby zabrać książkę z archiwum wystarczało wtedy pozostawić dowód osobisty. Kserokopii dokonałem na prymitywnej mechanicznej kopiarce, którą otrzymaliśmy z „Polamu” jako prezent dla szkoły.
Przez wiele lat nie było środków ani osoby do przetłumaczenia tej książki.
Tłumaczenia z języka niemieckiego na język polski dokonała mieszkanka Mysłakowic - Zuzanna Kujat w 2009 roku.
Tłumaczenie zlecił i wynagrodził w miarę swoich możliwości emerytowany nauczyciel Emil Pyzik.
Mimo wielokrotnego zwracania się do różnych instytucji, od nikogo nie otrzymałem wsparcia finansowego. Jednak do korzystania z takich materiałów jest zawsze wielu chętnych.
Na temat Tyrolczyków i po udostępnieniu swoich materiałów, do tego czasu napisano jedną pracę magisterską i 4 prace licencjackie.
Cały tekst przepisał na komputerze i dostosował do naszego języka
Emil Pyzik Mysłakowice w 2009 roku.
Przedmowa.
Tyrolczycy w Zillerthal pod Karkonoszami, jest to zwięźle namalowany obrazek, który ukazał się nieco później niż również moje dość obszerne i wyczerpujące dzieło pt. „Kolonizacje Hohenzollernów” wydane w Lipsku przez Dunckera i Humblota. Obraz ten z wielu względów nie pasował do poprzedniej publikacji.
W tej skromnej mojej książce, chcę również wykazać jak dokładnie według mojego przeświadczenia, rzeczywista historia kolonistów w Niemczech się kształtowała, czy pojmowana była jako narodowo – ekonomiczny statystyczny sprawdzian, a może jak dalece sięgać to będzie w żywe tętno narodu.
Każda kolonia ma swoistą i odrębną fizjonomię, specyfikę i szczególną charakterystykę. Moim dążeniem było aby w Zillerthalskiej kolonii akurat tę stronę uwydatnić, podkreślić i wyszczególnić. Właśnie z tego powodu znalazły się tutaj listy końcowe do Tyrolczyków, napisane przez córkę Marię, brata królewskiego Wilhelma mieszkającego w pobliskich Karpnikach, gdy już jako dorosła osoba odwiedziła dawną ojczyznę przesiedleńców w austriackim Tyrolu. A to dlatego, że gdy jeszcze będąc dzieckiem, wiele razy przebywała wśród przesiedleńców w Zillerthal – Erdmannsdorf Mysłakowicach i bardzo się z nimi zaprzyjaźniła. (dopisek obecny, dzisiejszy ). Z tego również powodu znalazły się tutaj materiały statystyczne z podróży i osiedlenia.
Nawet z tak małej kolonii, i zaledwie 38 lat po osiedleniu (dopisek obecny ) trudno było pozbierać materiały i ułożyć z nich sensowny i prawdziwy obraz tamtych czasów i poszczególnych ludzi. W tym wszystkim pomogła zapewne dobra wola segregującego i porządkującego zdobyte materiały archiwalne.
Źródła do tej pracy znalazłem w czasopiśmie „Rheinwaldsa”, który zaraz po przybyciu przesiedleńców, ta emigracje potraktował z teologicznego punktu widzenia. Jego pismo opisuje ich historię aż do przybycia ich do Kowar, tam to urywa się dalszy ich los. W przeszłości i na miejscu sam obserwowałem ich dalsze losy oraz zbierałem materiały, aby dobrze i bez zniekształceń odtworzyć ich dzieje. O czasie pobytu Tyrolczyków w Kowarach, materiały można było otrzymać z wrocławskiego archiwum. To właśnie dzięki uprzejmości wcześniejszego naczelnego prezydenta prowincji Śląsk pana von Nordenflycht, takie materiały zostały mi udostępnione. Do tego przyczynił się sporo starosta Jeleniej Góry pan von Grawenitz. Podobną pomoc otrzymałem od miejscowych sądów dla Tyrolczyków, a najwięcej dopomógł mi w mojej pracy miejscowy nauczyciel przesiedleńców mieszkający przy szkole tyrolskiej pan Hahn.
Niech mi teraz będzie wolno złożyć tym wszystkim osobom serdeczne podziękowanie, oraz panu radcy archiwalnemu prof. dr. Grunhagen za uprzejme wsparcie podczas pisania mojej pracy.
Rada Pedagogiczna Ostrowo k / Filehne 1875 rok.
Dr. Maks Beheim – Schwarzbach.
Spis treści.
Przedmowa.
Wstęp.
Nasze zainteresowanie Zillertalem.
Ruch religijny w Zillertalu i emigracja.
Zillertalczycy w Kowarach.
Zillerthal w Erdmannsdorf ( Mysłakowice).
Dodatek, załącznik – statystyczny.
VII. Kronika parafii ewangelickiej Erdmannsdorf - Zillerthal
w latach 1838 – 1842.
Tabela zestawiająca dane parafialne w latach 1838 – 1887.
Ciekawostki z parafii ewangelickiej w latach 1843 – 1908.
Dokumenty ikonograficzne jak: grafiki z XIX wieku, stare pocztówki sprzed wojny zgromadzone przez Emila Pyzika, rysunki, zdjęcia dawne i obecne z austriackiego Tyrolu i z Erdmannsdorf – Zillerthal oraz Mysłakowic.
Wstęp.
Dokładne prześledzenie powstania, tej kolorowej układanki i zespolenie tego nowo – pruskiego narodu, z jego poszczególnych cząstek – atomów, od jego najwcześniejszych czasów, było by cudowne i bardzo ważne, lecz nad wyraz bardzo ciężkie zadanie dla historyka kultury. Dopiero dokładna wiedza gatunkowa tej wielkiej mieszaniny, która sprowadza się do kolonizacji i wędrówek, rzucają prawdziwe światło na niejedną pozornie jasną stronę w istnieniu naszego narodu. na odnajdywanie podobieństwa rodzinnego z przodkami, co nas z pewnością zachęcająco motywuje i fascynuje.
W całej na wschód od Łaby zamieszkałej części niemieckiego narodu, wysoce godne uwagi jest utworzenie, lokalnego i wymieszanie północno i południowo - niemieckiego elementu przez te właśnie kolonizacje i wędrówki z przybyszami, wędrowcami poza niemieckimi charakterami. Tak dostrzec można już w czasach średniowiecza masowe wędrówki: Franków, Bawarów, Szwabów aż do najbardziej odległych granic północnych i północno – wschodnich terenów zakonu pruskiego. Wędrowcy ci służyli często jako „rębajła” w armii również z południa nacierających rycerzy. Oni to później dostawali w lenno ziemie i ludzi, lub nawet osadzano ich na małych gruntach na miejscu jako przyszłych rolników, hodowców zwierząt gospodarskich.
Niemcy uchodzili tutaj za rzadkość i często byli przez okoliczną ludność wypierani. Nie na próżno nazywał się w starym porzekadle „Tu nikt nie ma prawa być ważniejszym, czy jest to Szwab, Bawarczyk lub Frankończyk”.
Południowo – niemieckie ślady np. szwarcwaldzkie stroje, w starych czasach przywiezione, można znaleźć daleko nawet na wybrzeżu Bałtyku. W późniejszym okresie przywędrowali mieszkańcy Pallatynatu do Marchii oraz do Prus Wschodnich. Kolonie Szwabów były dosyć liczne w Nowej Marchii. Spora emigracja Salzburczyków znalazła w Prusach Wschodnich, a szczególnie na Litwie swoją nowa ojczyznę. A z drugiej strony słyszymy różne melodie z nizin niemieckich w górach.
Jeszcze za czasów Karola Wielkiego, szczególnie Saksończycy i mieszkańcy Westwalii, mocno się krzątali na pięknym Śląsku a nawet dalej na południe na Węgrzech. Oni to uprawiali pola, karczowali lasy, zakładali wioski, miasta i warowne zamki zaludniając nowe obszary. Głównymi bohaterami tych pokojowych migracji byli szczególnie Niderlandczycy. To właśnie ich migracje zostały opisane w wielu grubych księgach jak wędrowali na wschód Europy opuszczając rodzinne strony. Powstały z tego powodu nawet zabawne piosenki przez wielu śpiewane np. „Na ziemie wschodnie chcemy wędrować, na ziemię wschodnią chcemy iść. Są tam zielone łąki, świeże wrzosy. Tam jest dla nas lepszy byt”.
Niderlandzki styl budowy można odkryć we wschodniej Marchii i ostre spojrzenie znanego w dalekich kołach znanego berlińskiego architekta Adlera. Były to i tak pozostały najpiękniejsze i największe dary, jakie Niemcy z północy i z południa między sobą wymieniały i co jest najlepsze nawzajem sobie przekazywali.
Przeszczepy te wykazują ważną moc i siłę jaka jest w naturze ludzkiej, rozwinięte na rodzinnej ziemi, niekiedy wynika z przepełnionej energii lub z goła z innych powodów. Niekiedy już nie ukorzeniają się już więcej i szukają innej gleby, innego słońca aby na nowo się znowu odtworzyć i zrealizować wewnętrzną siłę.
Była to zapewne potrzeba wzajemnego uzupełniania się północnego i południowego charakteru, pełniejszego zrozumienia, do rozwiązywania kiedyś wielkich zadań kulturalnych i niemieckości na dawniejszym słowiańskim wschodzie. Od kiedy istnieje ród Hohenzollernów, pociąga on z południa na piaszczyste obszary Marchii kolonistów na północ, w celu zmieszania niemieckich plemion, co zapewne sprzyjało pogodzeniu się narodowych różnych natur, różnych społeczności.
Czas do ostatecznej, powszechnej historii tej Hohenzollernowskiej kolonizacji, ze swoimi głęboko sięgającymi potężnymi oddziaływaniami jeszcze nie nadszedł. Brakuje do tego pomnika książęcej działalności. Jeszcze spora liczba małych kamieni, która w czasie tego mozolnego i pilnego zbierania ze wszystkich kątów i krańców kraju musi być najpierw dostarczona. Jak niepokaźny, niepozorny taki mały kamyczek !
Na setki i tysiące należy je liczyć, jeśli mają przynieść jakiś efekt! A jednak, kto chciałby znacznie tej niby niepozorności i nieistotności poddać w wątpliwość ? W naturze jest jak w sztuce! Taki pojedynczy kamyczek, ja tutaj właśnie wyszukałem, więc z miłością i radością Wam go opracowałem, obrobiłem i jeśli też w owej „ Historii kolonizacji „ nie może być zastosowany, lub użyty jako kamień narożny, to może jednak zostać użyty jako ostatni poniekąd kamień końcowy tej budowli.
Nasze zainteresowanie Zillerthalem.
Blisko a właściwie u stóp Gór Błękitnych – Gór Olbrzymich czyli Karkonoszy, pod sama Śnieżką, w ustronnym sąsiedztwie wioski Erdmannsdorf – Mysłakowice, leży trochę z boku ożywionej drogi – trasy turystycznej, wioska która przez swój osobliwy styl budownictwa, kieruje uwagę przybyszów. Ale nie tylko to, co zewnętrzne, które odcina się całkowicie od okolicy, jest osobliwe, bo także mieszkańcy tych domów tyrolskich są tutaj „przeflancowanym” z innej ziemi gatunkiem, które absorbuje nas i zasługuje na nasze całkowite zainteresowanie. Ich mieszkańcy, od których ta cała kolonia nosi nazwę to – „Zillertalczycy”.
Jakie wspomnienia w nas ta nazwa wywołuje! Wspomnienia złośliwych nietolerancji ze strony dawniejszej ojczyzny, wspomnienia o odważnej nieugiętości w wierze i ich niezachwianej wytrwałości w wierze, o przyjaznej i prawdziwie ewangelickiej miłości, z jaką nowa ojczyzna przyjęła swoje dzieci. Dla których rozłożyła swe ramiona, aby przygarnąć do serca uciśnionych i odrzuconych. Wspomnienia dawne o całym tym strasznym czasie wysiedleń i uchodźctwie z powodu wiary.
Nie dlatego aby historia emigracji Tyrolczyków, albo przyjęcie ich w Prusach, jak- kolwiek prawdziwe w historii kolonizacji szczególnie było epokowe! Zillerthal jest tylko przypadkowo ostatnim ogniwem długiego łańcucha emigracji. Łańcucha którego pierwsze spoiny zostały wykute przez skłonność i fanatyzm w czasie reformacji. Właśnie tej przypadkowej okoliczności – sytuacji, że Zillerthal jest to ostatnia kolonia wiary w Prusach, iż okazało się to możliwe, że taka siła wierności religijnej, przetrwała w tym tak często okrzyczanym „stuleciu obojętności”. To podniesienie i przypieczętowanie, w naszych oczach tego miejsca do rangi interesującego i kulturalno – historycznego nie jest całkiem bez znaczenia.
Poza tym, jak to się często mówi, historię tej kolonii nie można nawet trochę przyrównać do szaleńczych ucieczek bochemczyków, palatyńczyków, salzburczyków i jak oni się tam jeszcze nazywali. Jeśli Ci pędzili, podobni do huczącego potoku, burzliwie i dziko, z krzykiem strachu udręczonych i zastraszonych do kraju schronienia, to ich historia jest tragedią chwytającą za duszę obserwatora wzruszającą sceną. To Ci ciągnęli spokojniejszym strumieniem, kolonistów wiary, cichą gromadą z austriackiego Zillertalu, prawie idylicznej nie zmąconej niczym ciszy, przez swych katolickich współobywateli i w końcu samego rządu wsparci i przezornie zaopatrzeni w najpotrzebniejsze rzeczy do podróży.
Także siła liczebna emigrantów była, w porównaniu do wielu tysięcy, które liczyły tamte kolonie, tylko skromna i niewielka. Przybyli szukający schronienia w sile około 20.000 do kraju, a nie w mniejszej liczbie salzburczycy, to pod panowaniem Fryderyka Wielkiego przeciągnęło do Prus 300.000 kolonistów – to 400 Zillertalczyków, pokazuje się tu jako nikła fala w okazałym zbiorniku kolonizacji.
Równie mało wiarygodne jest, że ci koloniści zasiedleni zostali przez ówczesnego pruskiego króla w celu rozwiązań specjalnych zadań kulturowych, nie, ten mały Zillerthal na Śląsku wynika wyłącznie z chrześcijańskiej miłości i miłosierdzia Fryderyka Wilhelma III.
Jeśli jednak Tyrolczycy, mimo wszystko już wówczas w czasie swego osiedlenia się tutaj, wzbudzili pewne poruszenie, bo okazywano im wszędzie sympatię i bogate wsparcie, to powodem tego było, że kolonizacje wtedy były naprawdę rzadkością. Kolonizacja zapewne urwała się równo ze śmiercią Fryderyka II. Teraz wyrosła już nowa generacja, dla której owe motywy, jakie przed pół wiekiem obowiązywały, teraz stały się obojętne. Jeśli owa ciężka praca licznych założeń kolonijnych w czasach wielkiego kolonizatora sprawiała duży kłopot bardzo zajętym urzędom, zazdrość czy drwiny publiczności, także wzbudzała niezadowolenie tamtejszych narodowych ekonomów, - z tą małą Zillertalską kolonią, która nikogo nie narażała na niebezpieczeństwo odebrania przywilejów, jeszcze odciążyła od zbyt wielkiego ciężaru pracy, która w czasie tego króla była unikatem, prawie wszyscy sympatyzowali. Do tego doszło jeszcze pracowitość przybyszów ! I jeszcze jedno. Za szczególny powód tak małego przyjęcia i osądzenia tej kolonii, można uznać to, że z biegiem czasu mogło być coraz więcej wysubtelnione i wyostrzone poczucie honoru narodu w rzeczy związanej z wiarą.
Katownie już nie są w użyciu, a lśniąca ostra broń, która kiedyś przeciwko innowiercom była użyta, już mocno pordzewiała i bardzo stępiła się w dzisiejszym chrześcijańskim świecie. Rany pozostały od ostatniego stulecia, wliczając w to jedynie parę wyjątków , już nie cielesnego rodzaju i tym bardziej za to wrażliwy i delikatny jak za patologicznej zasady, zaostrzyły się nerwy ortodoksyjnych prawowiernych. Ta nadpobudliwość – drażliwość, stała się ostatnio chorobą i tak żarliwość religijna jest już bezkrytyczna, obojętnie czy to pojedynczy osobnik, czy może całe partie wierzących. Im nie wolno przeszkadzać w ich religijnym zapale – zapatrywaniu, nawet jeśli to niebezpiecznie hamuje stosunki społeczne, czy tez sięga do obcego umysłu, tak bardzo że, w ich oczach takie każde zakłócenie jakiegokolwiek rodzaju, zaraz uchodzi za godne potępienia. . Ten zaś któremu w tym usiłowano przeszkodzić, łatwo staje się w ich oczach męczennikiem.
Tak więc do wyjaśnienia, czemu już przed 35 laty, w czasie romantyzmu i „praktycznej humanitarności” ta mała kolonia Tyrolczyków mogła wzbudzić tak ogólne współczucie i niejedną sensację. Że teraz jeszcze szczególne zainteresowanie w tym mamy uzasadnia się to tym, że ta kolonia jest nam bliska i współczesna. Że synów sposób postępowania i intencje swych ojców z wielkim pietyzmem pielęgnują. Że ci z pierwszych emigrantów jeszcze żyją i stanowią mówiący pomnik humanitaryzmu i tolerancji z tych tak nieszczęsnych dni politycznej reakcji i żądzy prześladowań. Z ich reakcji padło ofiarą mnóstwo dzielnych ludzi. Tak więc z różnych powodów specjalne zainteresowanie akurat tą kolonią jest wytłumaczalne. Okaże się to jeszcze bardziej usprawiedliwione, jeżeli rzucimy krótkie spojrzenie na samych ludzi, jeżeli zawrzemy bliską znajomość z tymi istotami.
III. Ruch religijny w Zillertal i emigracja do Prus na Śląsk.
Skromna i prosta jest historia wygnania Tyrolczyków z ich rodzinnego kraju w austriackich Alpach. Żadne gwałtowne nawałnice nie wypłoszyły Zillertallczyków z ich rodzinnych gór, tylko drgania straszliwej burzy, która od dnia reformacji aż do dzisiejszych czasów, pokryła piękne niebo nad Europą i która wkrótce to tu to tam, zadała katastrofalny cios.
Także w pięknej dolinie Ziller, niebo przeszywały błyskawice, tak że mieszkańcy zmęczeni częstym grzmotem i zawsze parnym powietrzem, tak bardzo tęsknili za czystym i rozjaśnionym niebem, aby móc pod nim żyć i umierać bez strachu w ewangelickiej wierze swoich ojców i dziadów.
Dużo mówiło się we wcześniejszych czasach o „niewidzialnym kościele”. W środku tak bardzo katolickich krajów, gdzie na pozór każdy najmniejszy protestancki ruch był zawsze tłumiony, biło niezauważalnie i niedosłyszalnie, ciche ale żywotne serce tej wiary. Tylko w pozornej śmierci lub nieprzytomne leżało to, co nie obeznanym wydawało się martwymi zwłokami. Z takim niewidzialnym kościołem mamy też tutaj do czynienia.
Prawie niezauważalnie w środku katolickiej ludności w katolickim państwie austriackim, już wiele lat temu rozsiane nasienie ewangelickiej nauki zachowało się i prowadziło cichą ale pełną życia egzystencję. Tyrolska kraina, do której naturalnie należał Zillertal, stała zawsze w pierwszym rzędzie wiernych wasali Watykanu. Również arcybiskupi Salsburga, jako wieloletni panowie tej doliny, stali ostro na straży, aby chwast herezji w ich kraju nie znalazł sobie miejsca lub został całkowicie wytępiony.
Nie mniejszy ale również surowy, miała ta dolina regiment katolicki, w czasie panowania bawarskich Wittelsbachów, jak również austriackich Lotaryńczyków, którzy ją przejęli w posiadanie. Ale tak jak w salsburskim i w różnych miastach bawarskich oraz w dalszych miejscach monarchii austriackiej, także i tutaj pomimo wszystkich środków ostrożności, nauka Lutra mogła się rozszerzać i utrzymywać. Wcześnie znalazły dojście do ludzi słowa reformatora a także pisma i sama Biblia.
Nie brakowało także ludzi którzy nieuświadomieni, lecz ochoczo przysłuchiwali się głoszonej nauce, a chwiejnych w wierze umacniali. W sąsiednich krainach z salsburskim na czele, gdzie zwolenników potajemnie zaznajamiano z ewangelią. Swoje księgi, jeżeli zaszła taka potrzeba przechowywali w ukryciu. Podczas wymarszu posiadali Biblie które liczyły sobie ponad 200 lat.
Przez 300 lat, ta miarodajna przemoc dawała pozorne złudzenie że jedność kościoła katolickiego została uratowana. Niestety, w końcu uderzył w górę jasny płomień i wówczas już nie można było niczemu zapobiec. Prawie 100 lat po salsburskiej emigracji, po walkach przez 10 lecia z nadreńskim pretendentem do dziedzictwa, gdy wywalczony Zillertal przypadł wreszcie Austrii, ruch wyznaniowy stał się wtedy już całkiem oczywisty.
W 1826 roku kilku prostych ludzi, którzy już w swoim wnętrzu nie mogli dłużej skrywać walki ze sobą, poszło do swych katolickich księży i wyraziło się jasno, co kryje się w ich sercach. Prosto i szczerze wyjaśnili, że nie będą nigdy prawdziwymi katolikami, także przed całym światem chcą oznajmić, kim chcą być naprawdę, i proszą o pozwolenie o jawne i otwarte wyznawanie ewangelickiej wiary. Myśleli jednak błędnie, że duch cesarza Józefa wyrozumiałego ich sprawę weźmie pod ochronę!
Duchowni, którzy od dawna znali tajemne przekonania swoich dzieci, próbowali uspokoić, zwodzić lub wręcz skłonić do zmiany decyzji. Chcieli przede wszystkim uniknąć wielkiego skandalu w swoich parafiach. Lecz kto nie znał chłopskiego upartego rozumu teraz przekonał się że Zillertalczycy pozostali twardo przy swoich zapatrywaniach i przekonaniach. W związku z tym, wydano dziwne zarządzenie kościelne; „ten kto chce odejść od narodowego kościoła i chce przejść na inną wiarę, jest zobowiązany przedtem uczestniczyć w 6 tygodniowych lekcjach religii u swoich dotychczasowych duchownych parafialnych”. Świadectwo z tej nauki religii, ma być później przekazane i doręczone odpowiednim władzom administracyjnym.
Pierwsi którzy się do tego zgłosili byli to mężczyźni z wiosek: Ramsberg, Hollencen, Majerhof i Unterbichl. A byli to: Józef Rahm, Franciszek Steinlechner, Jakub Kreidel i jego dorośli synowie Mateusz i Józef, Mateusz Dubmajer, Jakub i Grzegorz Hanser. Katolickie duchowieństwo zachowało się w tej sytuacji bardzo spokojnie. Nikt teraz nie może im zarzucić że przynajmniej przez nakłanianie i na dobrej drodze wszystkiego próbowali, aby te zaginione dusze uratować. Nic nie słyszano o fanatycznych nawracaniach przemocą ze strony duchowieństwa, ani o groźbach czy zastraszaniu. Wciąż mieli nadzieję że uda im się, rozbudzoną i namiętną świadomość religijną uśpić.
Tymczasem, ciągle nowi poddawali się 6 tygodniowym naukom religii. Wówczas zebrali się różni miejscowi duchowni aby obradować nad innymi środkami obrony przed tym złem. Wszyscy doszli do porozumienia, aby na razie zaniechać dalszych lekcji religii, aż do czasu gdy otrzymają odgórnie dalsze instrukcje. Sytuacja przeciągała się coraz dłużej a poleceń nie było.
Gubernia w Insbrucku zawiadomiła o tej sprawie obydwie Ordynacje. Te zgodziły się na środki zaradcze i wyraziły protest przeciwko powstawaniu i urządzaniu antykatolickiego kultu w kraju. Rząd w Insbrucku natychmiast przekazał sprawę na cesarski dwór. Minęło 5 lat a mieszkańcy Zillertalu wciąż nie otrzymali definitywnej i wiążącej odpowiedzi. Mimo to jednak nie dali się z tego powodu zbić z tropu i dalej trzymali się mocno swojej wiary, nawzajem się wspierali. Po 5 latach nowych wyznawców było już 240 osób, jest to dosyć dużo jak na takie małe miejscowości. W większości byli to pasterze, rzemieślnicy, robotnicy, kilku chłopów i właścicieli majątków.
Do Tyrolu w 1832 roku w tym czasie przypadkowo przybył cesarz Austrii Franciszek. Zillertalczycy szybko wysłali deputację do Insbrucka, a na jej czele stanął mężczyzna, który w tej historii emigracji odegrał wybitną rolę, był nim Johannes Fleidl. Wraz z nim byli również Heim i Brucker. Mieli oni cesarzowi osobiście przedstawić prośbę, utworzenia w swojej górskiej ojczyźnie własnej protestanckiej gminy. Po wielu zachodach udało im się dostać przed oblicze cesarza.
Rozmowa, jaką przeprowadzili z wielką uprzejmością i humanitarnym ludzkim podejściem do osoby cesarza, spotkała się z głęboką różnicą w poglądach między monarchą a całą administracją państwa. Jak można było przypuszczać, audiencja ta nie miała żadnego powodzenia. Jest prawdopodobne że cesarz użył uspokajających słów dla zażegnania konfliktu i prawdopodobnie powiedział „ Wcześniej luteranów w Salsburgu nie tolerowano, teraz już tak nie jest, on cesarz nikogo nie zmusza do swojej wiary”. Ale jak często bywa, osobiste zapatrywanie regenta nie zawsze idzie w parze z „racją stanu”.
Natychmiast rozpoczęto przedstawiać przeciwne dowody cesarzowi, aby wniesiona petycja Zillertalczyków nie wydała pozytywnej odpowiedzi. Większość Gmin Sądu Krajowego Zill proszono o „zaniechanie rozdwojenia religijnego w ich kraju”. Został przez nich postawiony zarzut, iż edykt tolerancyjny cesarza Józefa, w Salsburgu nigdy właściwie nie został ogłoszony, dlatego z tego powodu jest więc on nie ważny.
Po długich naradach w tyrolskim Landtagu i w Hofburgu, została wreszcie opublikowana informacja dla zainteresowanych. „Zostaje wam oznajmione, przenieść się do innej prowincji austriackiej, gdzie są już antykatolickie gminy – do Siedmiogrodu”. Wszystkie prośby i odwołania aby zmienić to postanowienie, pozostały bez rezultatu. W międzyczasie ich życie z dnia na dzień było coraz cięższe. Prawdopodobnie to kościelnym osobistością należy przypisać owe nieuniknione następstwa tej nieszczęsnej sytuacji.
Dalej czuli się protestantami choć nie mieli żadnego pasterza, także kościół katolicki jeszcze całkowicie z nich nie zrezygnował. Jednak nałożył na nich ograniczenia jak: odmowę ślubu oraz pogrzebu. Także administracja państwowa mieszała się do tego, przeszkadzając i utrudniając protestancko usposobionym obywatelom w różnych sprawach np. w należnych im prawach lub zdobyciu czegoś na własność. Również została im odebrana powszechnie przyjęta zasada, że właściciel majątku ziemskiego był zwolniony od służby wojskowej.
Podobnie robiono im utrudnienia podczas wydawania paszportów, nawet wtedy gdy celem podróży był Wiedeń. Przy takim traktowaniu, przy swoim żywym temperamencie, z pewnością nie ustrzegli się od nieprzyjaznych wybuchów złości i gniewu i tak drwinami i przekornością odgrywali się na swoich przeciwnikach.
Katolicy wiedzieli o wyszydzaniu ich ceremonii przez protestantów. Położenie stawało się coraz bardziej nie do wytrzymania, nieprzyjemne i jeśli od góry została im zasiana idea wyemigrowania, to bardzo szybko się ona rozrosła. Jeżeli raz znalazło niezadowolone miejsce w sercu, to w członki weszła ochota do wędrówki, bo nie można było już dłużej tego wytrzymać. Słowa oficjalnego ogłoszenia w 1834 roku roznieciły płomień, lecz wszyscy oni byli w jednym zgodni. Jeżeli należy wyemigrować, to droga musi prowadzić do ewangelickiego kraju. Chcieli więc tak postąpić jak przed laty salsburczycy.
Wzdragali się przed tym, aby poniekąd jako chorzy, zostali ewakuowani do innej prowincji Austrii lub jako skazańcy zostali zdegradowani. Ale dokąd mieli by się udać? Wprawdzie Prusy jako ośrodek protestantyzmu jakby ich przywoływał jak przed latu ich współbraci, ale ostrożność radziła prostym chłopom najpierw wysłać deputowanego przedstawiciela. Ich wysłannik miałby się obejrzeć i zebrać informacje co ich tam czeka w nowej ojczyźnie.
Ich wysłannikiem okazał się znowu Johann Fleidl. On sam udał się prosto do Berlina, gdzie na piśmie przedstawił swoją prośbę. Również udało mu się dostać osobiście przed oblicze króla i osobiście przedstawić swoją prośbę. Król Pruski Fryderyk Wilhelm III rozmawiał z wielką uprzejmością z Tyrolczykiem przez dłuższy czas. We wszystkim rozmawiali z wielkim zrozumieniem a skromne i otwarte usposobienie Tyrolczyka podobało się królowi. Fleidl zapewne sam ułożył pisemną prośbę w imieniu swoich współbraci do Jego Wysokości króla Prus.
„ Najmiłościwszy wielce potężny królu! Najłaskawszy królu i Panie!
W imieniu swoim i moich współtowarzyszy w wierze, których liczba wynosi od 430 – 440, odważam się wołać o pomoc do wspaniałomyślności i łaski ewangelickiego majestatu, jako czystego obrońcę czystej ewangelii. Z całej duszy chciałbym chętnie Waszemu Majestatowi tę prośbę osobiście i ustnie przedstawić, jednak zadowolę się także, jeśli tylko będzie mi wolno to uczynić na drodze pisemnej.
W naszej ojczyźnie powtarzają się co mniej więcej 100 lat, akty przemocy i wypędzeń. Nie z powodu przestępstw lub jakiś innych przewinień, lecz z powodu naszej wiary musimy opuścić naszą ziemię ojczystą, jak to wskazuje załączony certyfikat z 11 miesiąca. Mamy wprawdzie wybór przesiedlenia się do innej austriackiej prowincji, lub całkowitą emigrację. My wybraliśmy tą ostatnią aby zaoszczędzić nam i naszym dzieciom każdą dalszą złośliwość.
Już raz ofiarowały Prusy naszym uciśnionym przodkom bezpieczne miejsce schronienia, także teraz my opieramy całą naszą ufność, na Bogu i dobrym królu Prus. Mamy nadzieję że znajdziemy pomoc i nie skalamy się hańbą. Prosimy przeto Wasz Majestat jak najniżej o miłość i przyjęcie nas oraz łaskawe wsparcie gdy przybędziemy do Was. Prosimy aby Wasz Majestat przyjął nas po ojcowsku, abyśmy mogli żyć według naszej wiary.
Nasza wiara opiera się całkowicie na nauce pisma świętego i na zasadach augsburskiej wiary. My czytaliśmy pilnie i dokładnie te pisma i poznaliśmy różnicę pomiędzy słowem Bożym a ludzkim umysłem. Od naszej wiary nigdy nie odstąpimy, dla niej opuszczamy nasze domy i gospodarstwa, dla niej naszą ojcowiznę. Prosimy , aby Wasz Majestat łaskawie zezwolił nam pozostać razem w jednej gminie. Będzie to dla nas pomocą we wzajemnym pocieszaniu i wspieraniu. Prosimy, aby Wasz Majestat, osiedlił nas łaskawie na terenie, którego warunki rolnicze, przypominają nieco nasze alpejskie okolice.
Rolnictwo i hodowla bydła były zawsze naszym głównym zajęciem. Na marginesie przytaczam, że 2/3 z nas mają posiadłość, 1/3 żyje z pracy, a 18 jest rzemieślnikami, między którymi 13 to tkacze. Prosimy też Wasz Majestat aby dał nam prawdziwego w Bogu kaznodzieję, prawdziwie gorliwego nauczyciela.
Podróż będzie nas dużo kosztowała, jeszcze nie wiemy co wniesiemy do nowego domu, i my i nasze dzieci już długi czas, musimy się obywać bez religijnego wsparcia oraz szkolnej nauki. Gdyby miał się jakiś kłopot wydarzyć, a szczególnie u biedniejszych z nas, którym też może majątek nie wystarczyć, ponieważ i oni tu od nowa zacząć muszą, to jednak Wasza Miłość będzie dla nas wszystkich ojcem.
Niech Wasza Wysokość zatroszczy się także aby nam na 4 miesięczny termin wyjazdu od 11 maja do 11 września, ewentualnie do następnej wiosny przedłużony został.
Wyprzedaż naszych majątków, która już się rozpoczęła, która jednak w tak krótkim czasie, nie może być zakończona bez uszczerbku dla nas. Nastanie zimy, niezaradność ludzi starych i dzieci, są to przyczyny dla których takie wydłużenie terminu, jest dla nas wielkim wyrzeczeniem.
Bóg zapłać Waszej Wysokości, za dobroć którą dla nas czyni, wiernymi i uczciwymi pozostaniemy także w Prusach. Co dobre w naszej tyrolskiej naturze tego nie wyzbędziemy się. Powiększymy tylko liczbę pokornych poddanych Waszej Wysokości i w historii pozostaniemy jako stały pomnik. U wielkodusznego króla pruskiego na zawsze znajdziemy schronienie i opiekę”
Berlin 27 maja 1837 roku.
Tyrolczycy przez swojego orędownika Johanna Fleidla z Zillertalu.
Mimo że król zachował się wspaniałomyślnie wobec Fleidla i pokazał wielkie zainteresowanie przedstawioną sprawą, był jednak na tyle ostrożny, aby dać od razu na ślepo obietnicę. Definitywną odpowiedź deputowany otrzyma w odpowiednim czasie. Audiencja odbyła się na koniec maja, zaś dnia 5 czerwca nadeszła odpowiedź króla na złożone podanie. Król jest gotowy spełnić prośbę Zillertalczyków. Okazało się że już przed przybyciem Fleidla, król zainteresował się ich sprawą i wysłał do Wiednia naczelnego radcę konsystorialnego oraz dworskiego kaznodzieję Straussa, aby zacząć już coś w tej sprawie robić.
Jednak aby podjąć ostateczną decyzję, musiał najpierw wysłuchać sprawozdania Straussa, który w swojej powrotnej drodze miał wstąpić do Zillertalu. Fleidl otrzymał z królewskiej szkatuły ładną sumę 10 fryderiańskich luidorów na podróż i udał się w drogę powrotną.
Jeszcze jedno w tym liście zasługuje na bliższe objaśnienie. Kiedy w Wiedniu dowiedziano się o niezmiennej decyzji Zillertalczyków, tej sprawie nadano nową formę w 1837, ponieważ protestancko nastawieni Zillertalczycy wybrali emigrację transkontynentalną. W związku z tym zostali wezwani do opuszczenia swojego kraju w ciągu 4 miesięcy jaki im został udzielony. To rozporządzenie stoi jednak w sprzeczności z westfalskim ustaleniem pokojowym, które ustaliło uchodźcom 3 letni termin. Tak więc został zburzony most, emigracja rozstrzygnięta i ze zrozumianą niecierpliwością czekali wszyscy na powrót Johanna Fleidla do Zillertal.
Kiedy wreszcie przybył, rozpoczęto przygotowania do wyjazdu, bo nikt już nie wierzył w odmowną odpowiedź króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III. Również Strauss w powrotnej drodze postanowił z nimi porozmawiać i posłuchać ich tłumaczenia wiary. Wszystko to co usłyszał i zobaczył na własne oczy, spodobało mu się bardzo i zaraz o wszystkim powiadomił swojego monarchę.
Już wcześnie nakazał Fleidlowi, który tutaj również zabierał główny głos w imieniu całej społeczności, aby wręczył mu listę chętnych do wyjazdu do Prus. Fleidl przekazał Straussowi taki wykaz, ale nie uważano że lista jest już definitywnie zamknięta. Liczba chętnych do wyjazdu zmieniała się w każdy dzień. Gdy teraz należało podjąć ostateczną decyzję, nie obeszło się bez wewnętrznej walki ze sobą, bo przecież należało opuścić dom, gospodarstwo, znajomych, bliskich i rodzinę i wyjechać w nieznane.
Z tego też powodu mogła powstać jakaś różnica w ilości uchodźców. Straus jednak uspokoił Fleidla i zaznaczył że to nie jest tak ważne. Inni współtowarzysze których nie ma na liście mogą również jeszcze do nich dołączyć jeżeli są tej samej wiary.
Przezorny król jeśli chodzi o ich pojmowanie wiary został przez Straussa uspokojony, jednak jeszcze zlecił tajnemu radcy rządowemu Jacobi, aby wyjaśnił przyszłym pruskim poddanym ich prawa w nowej ojczyźnie oraz czekające ich obowiązki. Aby zapoznał ich z kodeksem cywilnym oraz z obowiązkiem obrony ojczyzny czyli z powołaniem do służby wojskowej. Nie powinni wkroczyć do nowej ojczyzny ze złudzeniem czy rozczarowaniem.
Zillertalczycy na wszystko wyrazili zgodę i gdyby szala nowych obowiązków była jeszcze dłuższa i tak by się zdecydowali. Na drugiej szali leżał ciężko ważący podarunek który uważali za najważniejszy czyli wolność religijna.
Prusy nie były jedynym krajem który brano pod uwagę, inne kraje niekiedy dawały bardziej kuszące warunki np. angielskie stowarzyszenia wysłały posłańców do Zillertalu, które więcej obiecywały niż Prusy, jednak Prusy były już krajem wcześniej sprawdzonym pod tym względem.
Dopiero teraz, gdy chętni do wymarszu zostali o wszystkim pouczeni i poinformowani i wszystko to zaakceptowali, nastąpiła ostateczna odpowiedź króla pruskiego. Dnia 13 lipca 1837 roku Rząd pruski dał zgodę na przyjęcie emigrantów. Omówiono i wytyczono z góry drogę marszu – marszrutę oraz zaopatrzenie podczas marszu przez handlarzy. Rząd austriacki został poproszony o przedłużenie zbyt krótkiego terminu wyjazdu, gdyby wędrowcy potrzebowali dłuższego czasu. Władze w Wiedniu na taką prośbę wyraziły zgodę.
Protestanci z zapałem wzięli się za przygotowania do czekającej ich podróży oraz pakowania i sortowania potrzebnych rzeczy. Wszystkie ziemie zostały sprzedane bez podejrzeń i podstępu i odwoływania się do sądu. Jeżeli kupiec nie mógł od razu zapłacić, to został zobowiązany do przesłania ich do miejsca osiedlenia. Dobytek chowano do skrzyń, kufrów, koszy podróżnych i waliz. Często dwie, trzy rodziny łączyły się razem i ładowały swoje mienie na jeden wóz. Niezamożni ładowali dobytek na małe wózki ręczne które sami ciągnęli, podobnie jak sam Johann Fleidl.
Nadszedł wreszcie dzień pożegnania. Już na 2 tygodnie przed ustalonym terminem byli gotowi do podróży. Im bardziej zbliżała się godzina rozstania, tym gwałtowniej następowały kolizje. Tak gwałtowne rozstanie się ze starą ziemią pozostawiały duże rany i wielkie rozdarcia. Nawet jeśli całe dające życie organizmu zostało wyrwane z ziemi, to nie pociągało za sobą wszystkich, jednak niektóre włókna trzymają się twardo swego podłoża. Teraz w ostatniej chwili jeszcze, przyciągały stare więzy do obyczajów starej nauki, sama ojczyzna i krewniacy którzy tu pozostali.
Niektóre żony płacząc wyjaśniały mocno stojącemu za wyjazdem mężowi, że nie może z nimi jechać, bo nie może zostawić na łaskę losu swych starych rodziców. Częstym wypadkiem było gdy pozostawały dzieci, podczas gdy starsi je opuszczali lub odwrotnie. Tak została jedna kobieta, siostra katolickiego nauczyciela z 8 dzieci na miejscu, zaś nieubłagany mąż pociągnął za swoja wiarą. Z innej rodziny zdecydowały się dwie siostry odejść, podczas gdy ich ojciec i inne rodzeństwo nie mogli rozstać się z pięknym Zillertalem. Takich przypadków było wiele. Były to naprawdę ludzkie tragedie, jednak większość w swoim uporze kierowała się z Biblii – „Lecz kto opuści dom czy braci, siostry, czy ojców swych i matki, czy swoje żony a nawet i dzieci, a może role w moim imieniu, ten to zostanie stokrotnie wynagrodzony i otrzyma życie wieczne”.
Z radością należy stwierdzić, że austriacki rząd nie czynił żadnych trudności opuszczającym ojczysty kraj, jak to niegdyś się już zdarzało na odchodne. Nie wywierano na nich żadnego przymusu, a czasem niezamożny otrzymywał wsparcie na drogę. Rząd zadbał też o to aby wyjazd odbył się bez zakłóceń w jak najlepszym porządku.
Najpierw zostały sporządzone zarządzenia o kontroli i paszportach dla wyjeżdżających które zgodnie z ogłoszeniem z 4 sierpnia1837 roku miały następujące punkty:
Każda głowa rodziny musi posiadać paszport główny w którym wszyscy członkowie jego rodziny są wymienieni.
Takim paszportem miał obowiązek wykazać się każdy będący tu służbowo jak również każda samotna osoba.
Każda głowa rodziny otrzyma dokument z Sądu Okręgowego zezwalający na wyemigrowanie i osiedlenie się w Prusach.
Nieślubnych dzieci bez zezwolenia władz wyższych nie wolno ze sobą zabierać.
Nikomu bez paszportu nie wolno wyjechać.
Rodzice są zobowiązani o wystaranie się o zaświadczenie szczepienia dla swoich dzieci, ponieważ tak sobie życzy Sąd bawarski i saksoński.
Szczególną uwagę z różnych powodów zwrócono na to aby wymarsz odbywał się w małych grupach, a nie w dużej liczbie ludzi. Dnia 31 sierpnia 1837 roku ruszył pierwszy transport, a w całości wyruszyło 5 różnych grup marszowych, w każdy dzień do 4 września po jednej. Liczbę uchodźców podaje się na 440 osób, co jednak nie zgadza się z liczbą przybyłych do Prus, która wynosiła 416 osób.
Ból z powodu rozstania ciężko przygniatał ich dusze, gdy ze wszystkich stron, nie jak to często czytamy w historii, z powodu szyderstw, złości i ślepego fanatyzmu, pozostałych na miejscu zatwardziałych katolików, lecz z powodu łez krewnych i przyjaciół oraz znajomych którzy dawali im bolesną eskortę. Wierni katolicy odprowadzali ich dłuższe odcinki drogi, ściskali im współczująco ręce i doradzali im jeszcze w ostatnim momencie aby się rozmyślili. Niektórzy obiecywali duże dary jeśli pozostaną. Pewna gospodyni obiecała jednemu całą gospodarkę jeżeli tylko zawróci z powrotem. Ale na próżno, nie zawrócili z raz obranej drogi. Ze wszystkich stron patrzyły na nich dobroduszne z uprzejmym skinieniem poważne twarze i licznie wołano za nimi życząc im wszystkiego dobrego.
Przemarsz toczył się tak jak to często podczas marszu się odbywa. Na początku byli wszyscy pełni entuzjazmu i silni, później siły słabły. Śpiew, modlitwa i kazania, podnosiły potem załamany na pewien czas hart ducha. Jedni od początku do samego końca byli dobrych myśli, inni niedługo zaczęli wierzyć, że słowa złych proroków w starej ojczyźnie teraz się spełnią, zanim jeszcze przejdą przez Czechy i umrą śmiercią głodową.
Jeszcze inni bardzo obawiali się Prus, które przez niektórych przedstawiane były w czarnym kolorze. Niekiedy w czasie marszu okazywano im współczucie i przyjaźń, czasami dawano im wsparcie. I jeśli nawet niektórzy uparci katoliccy księża przez które wygnańcy przechodzili, mówili im o karze Bożej dla luteranów to zdarzało się że ludność odmawiała im nawet noclegu i odpoczynku w swojej miejscowości. To jednak większość społeczeństwa z którym się spotykali była dla nich serdecznie i przyjaźnie nastawiona.
Niektórzy przy swojej obojętności nie mogli nawet pojąć zachowania się wędrujących Tyrolczyków, którzy dla jakiś tam idei pozostawili swoją ukochaną ojczyznę i udali się na tułaczkę. Inni mniemali błędnie że wędrowcy chcą zostać Żydami. Zawsze o Bogu mieli dużo do powiedzenia gdy wdawali się z nimi w rozmowy i byli przy tym bardzo ostrzy w dyskusjach jak nikt spośród miejscowych. Tylko z Matką Bożą byli mało jakoś obeznani.
Przewidziana marszruta prowadziła przez Salsburg – Arcyksięstwo Górna Austria – Morawy – Czechy i prowadziła przez miejscowości: Salsburg – Linz – Budziejowice – Chrudin – Trutnow – Lubawka. Wszyscy chwalili wielki porządek i ciszę z jaką poruszali się wędrowcy w swoim pochodzie. Sami uchodźcy zwracali uwagę na zachowanie dyscypliny i dobrych obyczajów, tak że niepotrzebny był komisarz nadzorujący marszrutę, który skierowany został przez Urząd austriacki.
Niekiedy na swojej drodze wstępowali do kościoła, czasem obcy duchowni wygłaszali dla nich kazania na dworze – w plenerze, gdzie góralskie chóry w głębokich dolinach pięknie rozbrzmiewały. Cały pochód wyglądał zapewne ciekawie dla mieszkańców mijanych miejscowości. Na czele pochodu maszerowali mężczyźni i kobiety rosłe i silne, głowy nakryte były znanym tyrolskim kapeluszem, kobiety miały w rękach parasolki, wszyscy ubrani byli w ludowy tyrolski strój.
Być może że ich tradycyjny strój ludowy został specjalnie uszyty na tak długą drogę. Z powagą i ciszą szedł pochód naprzód, nawet przyglądające się im tłumy zachowywały głęboką ciszę. Mocne, spokojne zdecydowanie odbijało się na obliczach maszerujących mężczyzn, na rysach kobiet widać było pokorną cierpliwość.
Za nimi podążały wozy ze słabymi spośród emigrantów kobiet, dzieci jak również najpotrzebniejszymi rzeczami załadowanymi i eskortowanymi przez mężczyzn. Za nimi zaś całkiem z tyłu wlokły się dwukołowe taczki z książkami, pchane przez swych właścicieli.
Dnia 20 września 1837 roku wędrowcy przekroczyli granicę cesarstwa i weszli na pruska stronę we wsi Miszkowice. Tamtejszy duchowny Belmann zatroszczył się o to, aby im zgotowano uroczyste powitanie – przyjęcie. To tutaj otwarto przed nimi po raz pierwszy ewangelicką świątynię w ich nowej ojczyźnie. Wstąpili do środka i w wielkiej ciszy stanęli dookoła ołtarza. Jeden z nich zauważył w kościele portret króla Fryderyka Wilhelma III i innym zwrócił uwagę na niego. Z okrzykiem zaskoczenia, wszyscy razem pobiegli do portretu i wpatrywali się w niego z błyszczącymi radością oczyma. Stąd do Kowar to już tylko mały odcinek drogi przez przełęcz. Po krótkim odpoczynku, pojedyncze grupy i cała grupa pochodu ruszyła dalej do ostatniego miejsca postoju.
IV. Zillertalczycy w Kowarach.
W Prusach nie było zbyt dużych wątpliwości w jakiej prowincji – krainie „Inklinanci” zostaną osiedleni. Żadna inna prowincja nie mogła się do tego lepiej nadawać, raczej sama się prosiła- był to Dolny Śląsk. Śląsk to nie tylko najbliższy do osiedlenia teren, ale także przez swoje położenie w jakiś sposób przypominał im swoją piękną ojczyznę. Kraj który stracili był w pewnym stopniu podobny do tego który dostali od króla pruskiego. Jak dobrze wiemy była to jedna z najważniejszych i najgorętszych próśb do pruskiego monarchy.
Wcześnie więc z tego powodu z rozkazu króla pruskiego, został powiadomiony naczelny prezydent Śląska dr Merkel, aby uchodźcy powierzeni zostali jego specjalnej pieczy, opiece. Tu zaś na Śląsku nie było żadnych wątpliwości, jaka wyjątkowa okolica najbardziej tym wymogom odpowiadała. Tutejszy krajobraz Karkonoszy, ze swoimi pięknymi wioskami i miastami był dla tego projektu osiedleńczego jakby specjalnie stworzony. Merkel zamieszkały koło Bolesławca, miał wyjątkowe stosunki z tą okolicą.
Tutaj w pobliżu Kowar, w pięknym i urokliwym Bukowcu, żyła wysoce przez niego ceniona i czczona, starsza pani z która wdał się w szeroko zakrojoną korespondencję. Pani hrabina Fryderyka von Reden na niedolę ludzką miała szeroko otwarte oczy, czułe serce i zawsze pomocną dłoń – przymioty te szczególnie mocno się rozwinęły podczas jej wdowieństwa. Głęboka skłonność do pobożności, pozwoliły jej dla tych nieszczęśników którzy z powodu wiary, wyrzekli się nawet własnej ojczyzny i sięgnęli po wędrowne kije, otworzyć dla nich swoje kochające serce.
Na skutek pertraktacji naczelnego prezydenta z hrabiną uzgodniono; że gdy w okolicach Karkonoszy znajdzie się zakwaterowanie dla Zillertalczyków, wtedy można będzie liczyć ze strony hrabiny na znaczną pomoc i wykorzystać jej wpływy w tym terenie. Na samym początku chodziło o tymczasowy azyl, do momentu aż ostatecznie zostanie ustalone stałe miejsce pobytu inklinantów. A wynikało to stąd że ta imigracja została tak nagle zapowiedziana, że żadne wstępne uzgodnienia nie miały czasu aby zaistnieć, a tym bardziej być wykonane. Bo normalnie takie osiedlenie wymagało czasu do zastanowienia: co i gdzie.
Został więc uzgodniony prowizoryczny plan, którego czas działania nie można było na razie przewidzieć, ale zaplanowano go na okres jednego roku. Takie nadzwyczajne warunki wymagały też nadzwyczajnych środków dyscyplinarnych. Kiedy Rząd był już przekonany o gotowości pomocy ze strony hrabiny von Reden, utworzono dwa prowizoryczne i nadzwyczajne urzędy zarządzające: w Berlinie – Komisja Królewska do regulowania spraw uchodźców która składała się z 3 członków tj. z nadwornego kaznodziei Straussa i radcy najwyższego Jakobi oraz przewodniczącego ministra hrabiego von Lotto.
Jednak naglącą potrzebą było utworzenie w bezpośredniej bliskości emigrantów, pośrednictwa pomiędzy Komisją w Berlinie a inklinantami. Powołano więc dla kolonii specjalny komitet - Komitet do spraw uchodźców z Tyrolu. Aby założyć taki komitet należało pertraktować z nadprezydentem – dnia 13 sierpnia 1837 roku.
Jeżeli Komisję z Berlina można porównać do władzy udzielnej mającej ostatnie słowo, która jednak emigrantów na oczy nie widziała i nie słyszała, to Komitet miejscowy był miłym i przyjemnie zarządzającym tworem, który chętnie tych ludzi uszczęśliwiał i nie pozwalał mieszać się do nich oraz brał żywy udział w ich codziennych kłopotach i małych radościach. Komitet ten był cały czas w bezpośredniej bliskości z wysiedleńcami.
Ten Komitet powstał niczym jeszcze Tyrolczycy opuścili Zillertal, nie postawił sobie przed sobą żadnych prostych zadań do wykonania. Najpierw został opracowany spis zagadnień który został przedstawiony królowi, następnie przez niego sprawdzony i potwierdzony. Podstawowym założeniem tego statusu było to że 3 urzędujących członków składało się na cały Komitet. Tych troje byli to: hrabina von Reden z Bukowca jako prezydent, radca okręgu hrabia Matuszka z Miłkowa i burmistrz z Kowar kapitan Flugel.
Celem tego zgromadzenia było: kierowanie tymczasowym zakwaterowaniem emigrantów przez jeden rok w Kowarach i jego okolicy, znalezienie dla nich i ich inwentarza dachu nad głową. Ciągła troska o cielesny i duchowy pokarm dla kolonistów. Hrabina wyjaśniła wprawdzie z góry że w zimie jej nie będzie w domu i zastąpi ją panna Karolina von Riesedel, lecz później wyglądało to na to że w swoim wielkim poczuciu sumienia i w prawdziwym odczuciu swojej nieodzowności, nie umiała się oderwać od ulubionego zadania.
Każdemu członkowi Komitetu został dokładnie wyznaczony zakres działania i ustalony szczegółowy porządek działalności. W każdy piątek o godzinie 3 po obiedzie odbywało się posiedzenie Komitetu w Bukowcu, na zebranie mogli być również ściągnięci honorowi członkowie. Aby jednak rokowania nie przeciągały się długo, liczba 4 – 6 członków nigdy nie była przekroczona. Komitet podpisywał się kolektywnie – „Comitet”, przy jedności głosów decydowała pani prezydent o pieczęci, o wolnych od opłat pocztowych przesyłek, o rodzaju sprawozdań, o prowadzeniu protokołów, prowadzeniu kasy itp. O wszystkim decydowały specjalne paragrafy.
Już wówczas uważano za wskazane, pozostawić Tyrolczykom, aby sami kierowali swoimi sprawami. Uznano również że z ich kręgu ma być wybrany Zarząd składający się z 3 lub 4 członków. Gdy oni dopiero przygotowywali się do mającej odbyć się podróży, gdy już w Kowarach wszystko było przygotowane w pełnej gotowości. Komitet sam siebie prześcigał w różnych pomysłach. Niezliczona ilość listów została wysłana na różne adresy, do naczelnego prezydenta, do różnych radców krajowych, do rozmaitych austriackich urzędów, do Wysokiej Komisji i wielu innych instytucji.
Do obywateli Kowar został skierowany apel, aby każdy kto tylko może przyjął do siebie emigrantów, i aby się zgłosił z tym do urzędu podając ile może udostępnić izb, pokoi, spiżarni, pomieszczeń strychowych, szop, komórek, obór, jakiej wielkości są te pomieszczenia oraz jakiego czynszu za to żąda.
Niedługo transakcja zakwaterowania przynajmniej na początek została załatwiona. Troską Komitetu było już wczesne i pilne przeprowadzenie wywiadu, w celu zapoznania się jakie kwatery chcieliby emigranci uzyskać do swojego tymczasowego zamieszkania. Pytano o to więc Merkela, on jednak nie mógł jeszcze udzielić dokładnej informacji, jednak do tych szacunków wykorzystano główną listę wędrowców. Jednak najbardziej już potrzebna była szybka zaliczka finansowa. Na dobry początek otrzymano 1000 talarów.
Ale wiele rzeczy było jeszcze do zrobienia, a czas biegł coraz szybciej, a tak niewiele dopiero zrobiono. Wszystkie zgłoszone mieszkania do wynajęcia musiały być jeszcze raz sprawdzone, było to zajęcie dla rektora który sam do tego się zgłosił. Potrzebna była jeszcze słoma i kołdry do spania oraz łóżka i prześcieradła. Każdy doradzał ale tak bardzo było mało pomocy. W końcu dotarła wiadomość że Tyrolczycy wreszcie wyruszyli w drogę. Meldunek dotarł od najwyższego burgrabiego królestwa z Czech, hrabiego von Chotecki do naczelnego prezydenta Śląska.
Teraz pilnie śledzono marszrutę wędrowców w każdy dzień na mapie, nie brakowało też szczerych modłów dla ich szczęśliwego dotarcia do upragnionego celu. Po pruskiej stronie marszruta została ustalona. Starosta Okręgu Kamiennej Góry von Thielau, miał za zadanie przejąć od granicy kierowanie pochodem i przeprowadzić go przez swoje miasto do Kowar. Nagle w ostatniej chwili przyszła wiadomość, że w Kamiennej Górze wybuchła epidemia cholery. Z tego powodu szybko wysłano wiadomość do starosty, aby zmienił trasę marszu i miejscowości które są zarażone cholerą ominął.
Z miejscowości Schatzlar w Czechach przez Jarkowice przeprowadził Tyrolczyków tak że zaoszczędzono sporo drogi i emigranci wkroczą równocześnie na pruską ziemię i kowarski obszar ziemski. Naczelny prezydent, który o zatwierdzenie tej zmiany poproszony został, nie miał nic przeciwko temu. Zarządzono również, aby żandarmi końmi dostarczyli do magistratu w Kowarach listy – wykazy poszczególnych transportów. Pochód jednak pozostał dłużej w drodze niż to wcześniej obliczono. Wówczas Komitet zaczął się niepokoić, martwił się że wędrowcom sprawiono po drodze jakieś trudności. Ciągle nie nadchodziły dalsze jakieś wieści, dlatego wzrastał niepokój wśród członków Komisji.
Zaczęto więc interweniować w różnych austriackich urzędach oraz w Pradze i w Lubawce. Jednak kolumny powoli dalej maszerowały a wiadomości jakoś nie nadchodziły. Wreszcie dyrekcja policji w Pradze zameldowała że dnia 31 sierpnia dwóch przewodników Geisler i Kolan z 40 ludźmi podjęli drogę przez Trutnow. Komitet nakazał staroście z Thielau aby pofatygował się na granicę i oprócz pokierowania pochodem, zajął się także przeglądem dokładnym paszportów wędrowców, czy przypadkiem nie zjawi się na granicy ktoś bez pozwolenia – bez paszportu.
Jak tylko austriacki Komisarz do spraw emigrantów zjawił się na granicy, wysłano meldunek do starosty, jednak gdy starosta dotarł do granicy emigranci przekroczyli granicę już dzień wcześniej. Zaś Komisarz austriacki sądził że już swój obowiązek spełnił i udał się w drogę powrotną. Tyrolczycy zaś po krótkim wypoczynku wyruszyli w dalszą drogę. Teraz tęsknili za zakończeniem uciążliwego marszu. Na granicy natomiast w czasie pedanterii paszportowej, podniesiono wielki lament że rewizja została utrudniona i w spis paszportów Urzędu Celnego zostały wpisane tylko nazwiska posiadaczy paszportów, bez innych towarzyszących im osób.
Czy ten pierwszy oddział emigrantów otrzymał wiadomość o zmianie drogi?, czy został powiadomiony o epidemii cholery?, czy też obrali najbliższą drogę uważając za dobrą?, dość że powędrowali całkiem sami najbliższą drogą do celu i dotarli przez Miszkowice do Kowar dnia 20 września 1837 roku.
Tutaj już na parę godzin przed ich przybyciem, dowiedziano się o nich przez konnych posłańców i pośpieszono przygotować im skromne ale serdeczne przyjęcie. Oczywiście bez zbędnych formalności i uroczystości, w rozsądny sposób zaprowadzono ich do gospody pod „Lwem”, gdzie wszyscy mieli się pokrzepić jadłem i napojem, następnie rozdzielono ich na poszczególne kwatery. W podobny sposób przedstawiciele miasta Kowary obeszli się ze wszystkimi grupami wędrowców.
Dalej nie została wyjaśniona znaczna różnica czasu pomiędzy poszczególnymi grupami. Tylko 5 dni tak to wspominano dzieliło pierwszą grupę od ostatniej, zaś czas przybycia różnił się między nimi aż o jeden miesiąc. Podobnie nie zgadzały się liczby wychodzących, z tymi którzy przybywali, w ogóle poszczególne transporty ciężko było rozszyfrować. Wydawało się jakby dwa transporty w drodze zlały się w jedną grupę. Stąd jest przypuszczenie że 4 oddziały wymaszerowały, .......Ciąg dalszy w Części drugiej.
Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można znaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym.
Wszystkie materiały, fotografie i grafiki są chronione na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych stronach www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com
Dodaj komentarz