28 września 2023 r.
Mysłakowice  1945 – 1946 r.  Pierwsi osiedleńcy – świadkowie tamtych dni, relacje mieszkańców.

Książka ta powstała po rozmowach jakie przeprowadził emerytowany nauczyciel fizyki Emil Pyzik z niektórymi mieszkańcami naszej miejscowości, którzy jako pierwsi osiedlili się po II wojnie światowej w Turońsku – Mysłakowicach. Pierwsi mieszkańcy przybyli na ten teren z różnych stron dawnej Rzeczypospolitej jak: ze wschodu, zachodu, Wielkopolski, Małopolski, przeszli szlak bojowy w armii LWP, wrócili z przymusowych robót w Niemczech, a nawet wrócili cali ze strasznego pobytu na Syberii gdzie zostali skazani w 1940 roku po wkroczeniu armii ZSRR na dawne tereny wschodnie RP.

Mysłakowice 2000 – 2010 r.

 

  1. Maria Guzowska – ur. wschodnie rubieże RP.

  2. Czesława Marczak – ur. Wielkopolska.

  3. Jadwiga Wolniewicz – ur. Wilno.

  4. Zofia Karwan – ur. Świętokrzyskie.

  5. Marianna Gieroń – ur. Lubelskie.

  6. Barbara Szymczak – ur. Wielkopolska.

  7. Wanda Piwowar – ur. Kraków.

  8. Józef Miśko – ur. wschodnie rubieże RP.

  9. Roman Majkut – ur. Podkarpackie.

  10. Antonina Rapior – ur. Wielkopolska.

  11. Maria Sopałowicz – ur. Wielkopolska.

  12. Zofia Niżnik – ur. Francja.

  13. Helena Krzywiec – ur. Grodno.

  14. Luiza Fichtner – ur. Kowary.

  15. Jadwiga Bieniek – ur. Lwów.

  16. Zofia kupczyk – ur. Sosnowiec.

  17. Józefa Piendel – ur. wschodnie rubieże RP.

  18. Władysław Kocuba – ur. Białoruś.

  19. Jan Wolak – Małopolska.

  20. Wojciech Waligóra – ur. Małopolska.

  21. Jan Gródek – ur. Małopolska.

  22. Wojciech Szkarłat – ur. Małopolska.

  23. Jan Nowak – ur. Małopolska.

  24. Wysiedlenie z Bukowca – Thummel.

 

Na przymusową robotę do Niemiec zesłani zostali;

Piwowar, Miśko, Rapior i Sopałowicz.

 

Na Syberię przymusowo wywieziono:

Piendel, Guzowską i Kocuba.

 

Szlak bojowy w LWP przeszli: Majkut i Linkiewicz.

Greifswald 1.12.1998 rok.

Wysiedlenie z Bukowca – Mechtbild Thummel i siostra Waltraud Lorenz.

Bardzo się cieszę z przysłanych przez pana odbitek pokazujący Bukowiec jaki musieliśmy zostawić w tamtych tragicznych czasach. Ciągle je oglądam bo przypominają mi i mojej siostrze nasze dziecinne i młodzieńcze lata, które spędziliśmy na Śląsku w Bukowcu. Szczególnie bliskie są nam zdjęcia stawu gdzie kąpaliśmy się jako jeszcze dzieci oraz cmentarz, gdzie pozostawiliśmy swoich najbliższych.

Teraz opiszę szczegóły o które pan prosił na temat wysiedlenia, choć od tamtych przykrych dni minęło już 52 lata.

Już od końca wojny czyli od maja 1945 roku, czuliśmy się bardzo przygnębieni koniecznością opuszczenia naszej ukochanej wioski – naszej Małej Ojczyzny. Jednak do samego końca nie chcieliśmy uwierzyć że do tego kiedyś dojdzie. Że trzeba będzie wyprowadzić się z rodzinnego domu, domu naszych rodziców i dziadków. Mocno wierzyliśmy w to, że Polacy w niedługim czasie będą musieli opuścić zajęte tereny, a granica między Polską a Niemcami będzie ustalona na Nysie Kłodzkiej, a nie na Łużyckiej.

Gdy Rosjanie zaczęli się wycofywać, to na ich miejsce masowo zaczęli przyjeżdżać Polacy, którzy zajmowali nasze domy i gospodarstwa. Wtedy okazało się, że to co nam mówiono, było tylko zwykłą plotką. Lepiej mieli gospodarze do których przyjeżdżali Polacy z Galicji, ponieważ oni przynajmniej znali się dobrze na prowadzeniu gospodarki.

Było to wczesną wiosną 1946 roku gdy obudziłem się wcześnie rano, ponieważ usłyszałem na podwórku głośne rozmowy i ostre pukanie do drzwi wejściowych w domu u sąsiada. Przed jego domem stał wójt – sołtys, który poinformował go że starzy Schubertowie za kilka godzin mają się przygotować do transportu. Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy maja czekać koło pomnika z I wojny światowej, czyli obok dużego starego drzewa które jest otoczone pięknym i kutym z żelaza płotem.

We wsi powieszono informację że wszyscy Niemcy zostaną repatriowani do stref okupacyjnych w Niemczech. Przez całe lato w krótkich odstępach czasu, wszyscy mieszkańcy wioski w grupach po 25 osób, będą zbierać się na placu zbornym koło ówczesnej stolarni Loschego. Dom ten stoi do dzisiaj po lewo obok Karczmy Sądowej. Najpierw poszli rolnicy, którzy jako pierwsi poszli pieszo do Jeleniej Góry. W późniejszym czasie mieszkańcy odwożeni byli do Jeleniej Góry konnymi wozami z plandekami razem z ich bagażami. Moja matka rozdawała każdej rodzinie jakiś werset z biblii, który wcześniej napisała ręcznie na skrawkach papieru.

W początkowym okresie wysiedlania przy pożegnaniu biły kościelne dzwony, później zostało to zabronione – zakazane. Do dzisiaj widzę jeszcze zapłakane twarze swoich sąsiadów i znajomych i ten straszny ból który każdy odchodzący strasznie przeżywał, jeszcze słyszę ich ostatnie słowa pożegnania. Zdarzało się i tak, że jeden z transportów wrócił z powrotem do Bukowca. Pani mieszkająca w sąsiednim domu, obiegała swój dom dookoła, ale niestety nie mogła już do niego wejść, gdyż był już zapieczętowany i wyznaczony do zajęcia przez zgłaszających się Polaków. Rano następnego dnia, ta sama sąsiadka musiała jeszcze raz przeżyć ponowne wysiedlenie.

Z upływem tygodni, we wsi było już coraz mniej Niemców, pozostawali tylko bardzo potrzebni robotnicy i ich rodziny którzy pracowali w fabrykach: dywanów w Kowarach, fabryce porcelany w Kowarach i Mysłakowicach, fabryce filców w Kowarach, fabryce lniarskiej w Kowarach i Mysłakowicach. Robotnicy pracujący w tych fabrykach zostali zatrzymani po to aby podtrzymać produkcję zakładów oraz w celu przyuczenia pojawiających i zastępujących ich Polaków na ważnych stanowiskach. Wszyscy zatrzymani wyjechali w 1947 roku lub jeszcze później.

Nasza matka zmarła akurat przed samym wysiedleniem w dniu 10 września 1946 roku, wobec tego nie musiała już przezywać tej strasznej traumy i rozterki związanej z wysiedleniem. Po pogrzebie matki na tutejszym cmentarzu ewangelickim, nasz ojciec, moja siostra i ja przyszliśmy do domu, przed którym stał już wójt – sołtys Rospondek i jego zastępca Janek. Co miała oznaczać ta wizyta już domyślaliśmy się. Był to znak dla nas, że i dla nas już nadszedł czas wyjazdu repatriacji.

Wcześnie rano dnia 11 września, przed naszym domem stała już przygotowana furmanka z zaprzęgiem konnym. Po pożegnaniu z tymi którzy jeszcze pozostali, załadowaliśmy swoje tobołki i pieszo za wozem podążyliśmy w stronę Krogulca. Konnym wozem przez Karpniki, koło stawów, przez Łomnicę zawieziono nas do Jeleniej Góry do punktu zbornego który znajdował się na lotnisku obok dworca kolejowego.

Na lotnisku był zbiorczy lagier dla wysiedlonych z różnych stron Jeleniej Góry. Tam to właśnie spotkaliśmy starego barona i jego żonę Rotenhanów z Bukowca, którzy gospodarowali po Redenach. Tam również spotkaliśmy ich starą, bo 92 letnią ich matkę, syna Wernera, dwie stare wychowawczynie, jego szwagierkę Emmę z Rotenhan oraz rodzinę Wimmer z naszego osiedla.

Na lotnisku w specjalnych barakach siedzieliśmy do następnego dnia, gdy wtedy rozdzielono nas do wagonów towarowych które zostały podstawione na bocznicę. Do wagonu w którym byliśmy weszła pani z Krogulca w mokrym ubraniu, bo ona z rozpaczy rzuciła się do rzeki.

Od wtorku aż do niedzieli jechaliśmy albo staliśmy na bocznicach z całym transportem. Po przekroczeniu granicy na Odrze w Forst, wszyscy wyrzucili do wody białe opaski które musieliśmy nosić na ubraniach jako ludność niemiecka. Na dworcach kolejowych dostawaliśmy czasem ciepłą herbatę lub zupę. Jednak całe wyżywienie spoczywało na nas, czyli na tym co zabraliśmy ze sobą. W wagonach siedzieliśmy na swoich bagażach. Dla starszej pani Rotenhan, zebrano specjalny fotel wiklinowy. Przez całą drogę pani ta była bardzo spokojna. Razem w naszym wagonie jechali różni pastorzy z powiatu jeleniogórskiego i dlatego było nam z nimi trochę raźniej. Podczas jazdy zapoznaliśmy się z wieloma ludźmi. W naszym wagonie jechała również żona – wdowa po Hauptmannie ze Szklarskiej Poręby.

Byliśmy pierwszym transportem z powiatu jeleniogórskiego którzy zostali wyładowani w rosyjskiej strefie i już nie szliśmy do zachodniej strefy Niemiec. Na dwutygodniową kwarantannę wysłano nas do Suhl w Lesie Turyńskim gdzie w zakładach Simson leżeliśmy na słomie w dużych salach – halach. Tam otrzymaliśmy niezbędne środki żywnościowe, ale dopiero tu właśnie rozpoczął się czas wielkiego głodu.

W Bukowcu można było sprzedać Polakom różne materiały lub nawet ubiory za co można było wtedy nabyć pożywienie. W pomieszczeniu w którym mieszkaliśmy był piec do ogrzewania, więc kobiety jako bardziej zapobiegliwe, nazbierały sporo koksu którym zaczęliśmy mocno palić. Piec jednak tego nie wytrzymał i pękł. Tak oto zakończyły się zapasy na zimę a wraz z nimi i ciepło którego teraz tak bardzo brakowało. Dla wszystkich srogi mróz i głód dał się mocno we znaki tej zimy.

Mój ojciec otrzymał stanowisko przy parafii ewangelickiej w jednej z wiosek koło Suhl, więc mieliśmy już gdzie mieszkać i za co żyć. Wielu ludziom z naszego transportu udało się wyjechać do Zachodniej strefy Niemiec.

W 14 dni po naszym przybyciu z Bukowca, wyjechała następna grupa Niemców, wśród nich były 3 stare panie. Jedną z nich była nasza organistka z kościoła ewangelickiego. Trafiły one na bardzo duże mrozy i musiały dużo cierpieć zanim dojechały do celu ich podróży.

Wysiedlenie było dla nas wielkim szokiem i załamaniem że w takich warunkach i dlaczego musieliśmy opuścić swoje rodzinne strony. Ja miałem wtedy 16 lat i zapewne inaczej to przeżywałem niż nasz tato. W latach 70 tych, gdy można już było jechać do Polski, odwiedziliśmy Bukowiec i naszego wójta Rospondka oraz jego zastępcę Janka. Byliśmy również u gospodarza u którego pracowałem w 1945/46 roku. Gościnnie również byliśmy przyjęci u proboszcza Jahimiaka i jego matki. Odwiedziliśmy również nasz stary cmentarz.

1. Maria Guzowska.

 

Maria Guzowska ur. 27 sierpnia 1923 r. w Majkowie pow. Równe woj. wołyńskie, jako córka Józefa i Angeliny z domu Bogdaniec. Ojciec był kierownikiem 6 klasowej szkoły powszechnej w Chorowie, a matka nauczycielką. Ojciec był również oficerem rezerwy WP.

Do dziś pamiętam obraz domu rodzinnego – niewielkiego służbowego mieszkania w szkole, czyli szkoła była moim domem. Do dyspozycji mieliśmy dwa pokoje i izbę dla ojca. Oprócz rodziców i mnie razem z nami mieszkała również babcia. Nie żyliśmy w dobrobycie, bo z dwóch skromnych nauczycielskich pensji, rodzice utrzymywali jeszcze dwóch kuzynów którzy byli w liceum. Nigdy jednak nie byliśmy głodni.

Marysia, szkołę powszechną rozpoczęła w 1929 roku, a ukończyła w 1935, następnie poszła do gimnazjum w Ostrogu nad Horyniem zdając małą maturę w 1939 roku, gimnazjum miało nachylenie humanistyczne. Moim zamiarem było iść do liceum przyrodniczego w Dubnie, bo rodzice mieli nadzieje że będę się kształcić w kierunku medycznym. Po pomyślnym egzaminie wstępnym zostałam przyjęta do szkoły średniej. Niestety stało się inaczej, we wrześniu wybuchła wojna i dalsza nauka była już niemożliwa.

Dnia 1 września ojciec poszedł na front jako oficer rezerwy w stopniu kapitana do punktu zbornego w Chełmie Lubelskim, a mama w zastępstwie ojca przejęła kierownictwo szkoły. Po rozbiciu jego jednostki a następnie wkroczeniu Armii Czerwonej z ZSRR dnia 17 września, ojciec został aresztowany przez NKWD w październiku. Następnie zwolniony i ponownie aresztowany dnia 5 grudnia 1939 roku. Śledztwo w jego sprawie rozpoczęło się 11 grudnia. Po wyroku osadzono go w Zdołbunowie, Ostrogu i Równem, skąd dnia 18 maja 1940 roku został wywieziony do Kijowa. Mama wysyłała paczki do więzienia ale bez prawa widzenia.

Po wkroczeniu Rosjan, szkołę powszechną przemianowano na rosyjską z językiem rosyjskim, do której uczęszczały miejscowe dzieci. Marysia podjęła dalsza naukę w Ostrogu, ale już w szkole rosyjskiej w IX klasie zgodnie z ich zarządzeniem.

Na początku lutego 1940 roku rozpoczęła się wywózka Polaków w głąb Syberii. Pierwszymi ofiarami byli osadnicy, którzy po I wojnie przybyli tu z centralnej Polski. W celu spolonizowania terenu, sprzedawano im ziemię na tym obszarze. Prawdopodobnie wywieziono ich w okolice Archangielska. Od nich to dostaliśmy wiadomość o śniegu, mrozie i pracy oraz zakwaterowaniu. Teraz wszyscy Polacy byli pełni obaw o swoje życie – każdy się domyślał że może go spotkać podobny los.

Dnia 13 kwietnia Marysie zabrano ze stancji i na małej furmance zawieziono ją na stacje kolejową. Jadąc przez wieś, sąsiadki podrzucały jej różne jedzenie na wóz jak: chleb, słoninę. Każdy wyjeżdżający mógł ze sobą zabrać tobołek o wadze do 50 kg. Z mama spotkała się dopiero w wagonie deportacyjnym – bydlęcym. Do mieszkania mamy milicja i NKWD weszło nad ranem ze słowami: ubieraj się jesteś przesiedlona. Czas był krótki na zebranie trochę żywności i ubiorów oraz dokumenty. Na dworze czekały już podstawione furmanki. Babcia nie otrzymała pozwolenia na wywózkę gdyż była już za stara. Co się później z nia stało, tego nigdy nie dowiedzieliśmy się. Wywieziono nas dlatego że byliśmy Polakami i najbliższą rodzina oficera RP ostatnio aresztowanego.

Na stacji kolejowej w bydlęcych wagonach umieszczono tysiące ludzi – Polaków i razem czekaliśmy 3 dni na odjazd, który nastąpił dnia 16 kwietnia 1940 roku. Z pociągu wychodzono tylko po gorącą wodę, ale i wtedy towarzyszyli im żołnierze. O jedzenie nikt się nie troszczył, musiało im wystarczyć to co zabrali ze sobą. Bardzo złe warunki i zbyt duża ilość ludzi na małej powierzchni wagonu, powodowało to że wiele ludzi zaczęło chorować, a nawet umierać. Ciała zmarłych osób wyrzucano na najbliższym przystanku na pole. Ale ten transport był w lepszej sytuacji niż poprzedni w lutym, bo teraz było znacznie cieplej niż w zimie. Dlatego nikt nie zamarzł z zimna.

Podróż trwała dwa tygodnie i dnia 1 maja dotarliśmy do północnego Kazachstanu do miejscowości Mamlutka. Po załadowaniu wszystkich na ciężarówki zawieziono ich do kołchozu Ulianowka odległego od stacji o 60 km. Tam otrzymali polecenie znalezienia sobie kwatery u kołchoźników oczywiście za określona zapłatę. Na początku nie pracowaliśmy, a żołnierze powiedzieli „żyjcie jak umiecie – potraficie”. Większość domów to lepianki, ale były również drewniane domy. Aby jakoś przeżyć rozpoczęto wyprzedaż tego co zabrano ze sobą. Bardzo przydatna okazała się umiejętność robót ręcznych, którą wynieśliśmy ze szkoły powszechnej. Razem z mamą robiłyśmy na drutach i szyłyśmy kosyneczki – jest rodzaj chusty która chroni głowę przed upałem, nosiły ja wszystkie kobiety. Jako materiał posłużyły jaśki – poduszki, z których wycinano kawałki w kształcie trójkąta, na których wyszywano jakieś wzory. Te nasze robótki zamieniano na pożywienie.

Każdy gospodarz posiadł zwierzęta jak kury i krowy, więc można było od nich nabywać: mleko, jajka, a nawet mięso. Ponieważ mama zabrała ze sobą ręczna maszynę do szycia, wykonywała więc usługi dla ludności, za co można było opłacić mieszkanie czy wyżywienie. Wielu kołchoźników to dawni mieszkańcy Ukrainy, wysiedleni podczas zakładania u nich kołchozów w latach 30 tych. Mieszkańcy w miarę przychylnie odnosili się do nowych osiedleńców.

Dom w którym mama wynajęła kwaterę, zrobiony był z darni, przykryty słomą, w obejściu gospodarz hodował zwierzęta z których również musiał oddawać daninę dla władzy ludowej. Do pracy zabrano ich dopiero wczesną wiosną 1941 roku. Teraz wykonywali trucie ziarna – zaprawianie ziarna, lub przerywanie słoneczników przeznaczonych na olej, a czasem do plewienia buraków cukrowych. W Kazachstanie klimat sprzyja uprawie roślin. Rosły tam nawet arbuzy. Za każdy dzień pracy otrzymywali mąkę, można było więc upiec chleb. Mimo że życie było ciężkie, ale była jakaś szansa na przeżycie.

Po napadzie Hitlera na ZSRR czyli w czerwcu 1941 roku, kolejny raz przyszło się zmierzyć z nową rzeczywistością. Przedstawiciel powiatu oświadczył że musza opuścić kołchoz bo są bardzo potrzebni do budowy linii kolejowej. NKWD zawiozło ciężarówką znowu wszystkich wysiedleńców na stację Mamlutka, a następnie wsadzono do pociągu transsyberyjskiego. Następnie zawieziono ich na ciężarówka na step w pobliże miejscowości Akmolińsk. Teraz zamieszkali w namiotach 20 osobowych tj. kobiety i dzieci. Kobiety jako pracownice kolei mocowały szyny kamieniem i piaskiem. Mechanizacji żadnej nie było więc wszystkie prace wykonywano ręcznie. Podstawowym narzędziem była prosta łopata. Mężczyźni wsuwali belki pod szyny i unosili je, a kobiety sypały piasek i kamienie i ubijały.

Niekiedy brygadzista budził kobiety w środku nocy aby poszły rozładować nowa dostawę piasku. Wszystkie prace na kolei wykonywane były na komędę. Była to bardzo żmudna i prymitywna robota. Kolej płaciła za wykonana pracę, więc każda rodzina mogła się zaopatrzyć w żywność w przewoźnym sklepie. Dzieci nosiły w bańkach wodę do picia, za co otrzymywały porcje chleba. Z pobliskich pól kołchozowych, pracownicy często podkradali dynie. Każdy pracownik miał prawo zakupu jednego bochenka chleba dla siebie i pół dla dziecka. Podczas pracy na kolei raczej wszyscy byli w miarę najedzeni.

Właśnie na kolei pani Maria poznała chłopca który dla niej bardzo dużo znaczył i nazywał się Pikholz. Bardzo dużo ze sobą rozmawiali i starali się jak najwięcej ze sobą spędzać czas. Ich znajomość wkrótce przerodziła się w uczucie. Przyrzekli sobie że po powrocie do Polski pobiorą się. Wprawdzie po zakończeniu budowy kolei, rozdzielono ich, ale pani Maria po powrocie do kraju znowu z nim nawiązała kontakt. Jednak chłopiec zachorował na gruźlicę i zmarł. Pani Maria powiedziała że była to osoba dla niej bardzo ważna i szkoda że tak to się zakończyło. Budowę linii kolejowej zakończono późną jesienią. Linia ta pobiegła przez północny Kazachstan do Magnitogorska, gdzie mieścił się przemysł zbrojeniowy.

Polscy przesiedleńcy przed rannym wyjściem do roboty śpiewali pieśni: „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”.

W tym czasie więźniowie dowiedzieli się o rozmowach generała Sikorskiego z Rosjanami, w wyniku czego więźniowie z Polski stali się obywatelami polskimi. Otrzymali nagle amnestię. Mogli teraz mieszkać w dowolnie przez siebie wybranym miejscu z wyjątkiem linii frontu. Ponieważ zbliżała się zima, więc Polacy zaczęli się zgłaszać do polskich placówek które zaczęły teraz powstawać jako ambasady lub konsulaty. Każdy otrzymał dokumenty z których wynikało że są obywatelami państwa polskiego, a tylko czasowo przesiedlonymi do ZSRR. Polacy kierowali się w pobliże dworca kolejowego gdzie usiłowali zdobyć kwaterę i żywność.

Na stacji Mamlutka był już polski przedstawiciel oraz magazyn z żywnością od państw zachodnich. Nikt teraz nie czuł się tak osamotniony jak podczas budowy kolei, ponieważ aż dwa razy dziennie przejeżdżały tędy pociągi. Każdy z nas dobrze wiedział że wojna dalej trwa. Dawni jeńcy otrzymali pomoc w postaci mąki, smalcu i mleko w proszku. Polaków poinformowano że generał Anders w ZSRR tworzy armię polską, do której mogą zgłaszać się mężczyźni i młode kobiety. Wielu dawnych zesłańców skorzystało z tej okazji i na zawsze opuściło teren ZSRR. Utworzona armia polska słabo dożywiona i kiepsko wyszkolona a jeszcze gorzej wyposażona wnet opuściła teren ZSRR udając się do Iranu a wraz z nią tysiące dzieci i kobiet. W ZSRR opowiadano że Anders wyprowadził zdradziecko swoją armię. Jednak prawda była inna, Anders wyprowadził swoją armię na mocy porozumienia między rządem polskim Sikorskim a angielskim. Wkrótce okazało się że generał nagle zginął, dlaczego ?. Sprawę tą do dzisiaj jeszcze nikt nie rozwikłał.

W 1943 roku przedstawiciele NKWD chodzili po wszystkich domach i wyszukiwali Polaków z zaleceniem by zgłaszali się do Urzędu i przyjmowali radzieckie obywatelstwo. Zdecydowana większość Polaków nie przyjęła proponowanego obywatelstwa, za co zostali osadzeni w więzieniu, a później etapami przewiezieni do obozów pracy przymusowej. Przecież każdy z nas od najmłodszych lat, w domu i w szkole uczony był miłości, szacunku i obrony swojej ukochanej ojczyzny. Więc jak teraz ma się jej wyrzec i dobrowolnie zostać obywatelem ZSRR.

Pani Maria jeszcze do dzisiaj pamięta jaki wielki smutek ogarnął cały naród polski po śmierci marszałka Piłsudskiego. Czyli teraz woleli ponieść wszelkie konsekwencje związane z odmową przyjęcia ich obywatelstwa. Oni już tam wiedzieli, że jeżeli przyjmą ich obywatelstwo, to powrót do ukochanego kraju będzie już niemożliwy. Zaś NKWD uważało że przyjęcie ich obywatelstwa to wielki zaszczyt. Nie mając innego wyjścia, mama z dokumentami poszła do znajomej Rosjanki. Jej mąż był działaczem politycznym i pełnił bardzo ważną funkcję w Urzędzie rejonowym. Mama poprosiła ją, aby włożyła nasze dokumenty do worka z pszenicą i dobrze schowała, mówiąc „Jeżeli dobry Bóg pozwoli to wrócimy po nie”. Kobieta chętnie spełniła prośbę mojej mamy.

Wnet potem pani Maria została aresztowana i osadzona w więzieniu w Pietropawłowsku. W więzieniu spędziła miesiąc czekając na rozprawę sądową. W trakcie rozprawy wręczono jej akt oskarżenia w którym stoi „ w 1943 roku obywatelce Guzowskiej zaproponowano przyjęcie radzieckiego paszportu, lecz ona kategorycznie i demonstracyjnie odmówiła, czyli popełniła przestępstwo”. Za co została skazana na roboty przymusowe na Syberię. Wówczas mamę z córka rozdzielono, bo starsze osoby wysłano do Karagandy. Matka przez dwa lata pracowała w polu zajmując się użyźnianiem ziemi pod uprawę owoców i warzyw w Kazachstańskim Okręgu Węglowym.

Pani Maria wraz z innymi młodymi skazanymi została przewieziona koleją transsyberyjską za Bajkał do miejscowości Ułanude, a później do Dżyda. Ze stacji kolejowej przez 10 dni szliśmy około 300 km pieszo do naszego obozu. Umieszczono ich w barakach na terenie obozu poprawczo – robotniczego (kolonia karna). Pracowali w tajdze w tzw. leśnym oddziale. Do dyspozycji mieli jedynie ręczne piły którymi we dwie osoby piłowały wskazane do ścięcia drzewo. Ścinane drzewa często miały średnicę 60 cm. Ale nie było wyboru. Każde ścięte drzewo podlegało selekcji: krzywe przeznaczano na opał w kotłach elektrowni, proste i gładkie służyły jako materiał budowlany, szacunku dokonywał brygadzista. Następnie ładowano na wozy lub na wodę i transportowano do wyznaczonych miejscowości. Ucieczki z pracy były rzadkością ze względu na duże odległości.

Każdy aby otrzymać posiłek musiał wykonać normę. Za 100 % miary przysługiwało 70 dkg chleba i zupa. „Nigdy nie zapomnę dnia gdy kazano mi wsiąść na muła i ciągnąć drzewo z góry w dół, aby wrzucić je do rzeki, którą miało przepłynąć do sąsiedniej wioski. Ale muł jak to muł, stworzenie Boże, więc nic nie powinno stanąć na przeszkodzie podczas wykonywania pracy. Zmieniłam jednak zdanie w połowie drogi, ponieważ zwierze nie chciało w żaden sposób iść dalej. Kompletnie nie wiedziałam co mam zrobić. Zaczęłam płakać, bo bałam się, że nie będę miała co jeść. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło, bo zauważył mnie mężczyzna skośnooki i zapytał dlaczego jestem smutna ? Gdy mu powiedziałam co się stało, on uderzył zwierzę mocno w tyłek i mul ruszył w dalszą drogę. Więc po skończonej pracy dostałam swoja porcje czyli kawałek chleba i zupę, oprócz tego jeszcze kociołek gorącej wody”.

Latem i jesienią była jeszcze możliwość dożywić się leśnymi owocami. Na Syberii rośnie bardzo dużo jagód, malin i dzikiego czosnku. Czosnek to naturalny lek na szkorbut. To on był składnikiem każdej zupy. Miał bardzo nieprzyjemny zapach ale wspaniale pomagał. Każdemu przydzielono kufajkę i buty zwane CZETEZE. Jest to skrót nazwy fabryki która ze zniszczonych opon robiła te buty. W ciągu dwóch lat pobytu w tej okolicy powstało miasto liczące 60 tysięcy ludzi. Były w nim: teatr, biblioteka, szkoła, gmach NKWD. Dopóki wojna trwała, nikogo stamtąd nie wypuszczano, lecz kto odbył karę musiał się tam osiedlić.

Latem w czasie południa była przerwa na skromny posiłek. Pani Maria za dobrą pracę została nawet wyróżniona, na czerwonej tablicy, za co otrzymała większą porcje chleba. Baraki były drewniane, obszerne, łóżka piętrowe i jeden piec do opalania drzewem. Każdy barak miał sprzątaczkę która dbała o porządek i paliła w piecu. Najczęściej była to osoba chora lub niezdolna do pracy w lesie. Jeden z baraków przeznaczony był dla matki z dzieckiem, które akurat tam urodziły.

Gdy w ZSRR formowała się II jednostka Wojska Polskiego, tym razem pod nadzorem ZSRR tzw. I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki w Siedlcach nad Oką, młodzi mężczyźni którzy tam jeszcze byli, mogli z tego skorzystać i udać się do powstającego Wojska Polskiego. Jednym z kapelanów był tam ks. Kubsz. W późniejszym czasie pracował w parafii w kościele garnizonowym w Jeleniej Górze. Dom w którym mieszkał stoi do dziś i widnieje na nim pamiątkowa tablica o kapelanie I dywizji WP.

Mama i córka w marcu 1945 roku zakończyły odbywanie kary w obozie za odmowę przyjęcia radzieckiego paszportu i ich obywatelstwa. Spotkanie odbyło się w Mamlutce, gdzie wszyscy czekali na repatriację. Tam tez powstała komisja polsko – radziecka do kwalifikowania ludzi na odpowiedni transport. Cieszyliśmy się że wreszcie możemy powrócić do domu do swojej ojczyzny której przecież się nie wyparliśmy. Mama z córka się odnalazły i razem przygotowywały się do powrotu.

Mama poszła do znajomej Rosjanki, u której przechowywano swoje dokumenty. Okazało się że nic nie zginęło. Kiedy im oddawała dokumenty powiedziała że jej mąż walczył z Niemcami pod Stalingradem, gdzie został ranny ale przeżył. Gdy mama zapytała jak za to mamy się odwdzięczyć, ona odpowiedziała „Abyśmy pomodliły się do swojego Boga za nią gdy już zajedziemy do Polski”. Miejscowa ludność Polaków traktowała bardzo dobrze bo wiedzieli że wyrządzono nam wielką krzywdę, wysyłając nas na zesłanie.

Po wypełnieniu odpowiednich dokumentów utrzymałyśmy pozwolenie na powrót do ojczyzny. Po 6 latach zsyłki mogłyśmy wreszcie wrócić do kraju. Pociąg którym jechała matka z córka podstawiono na Wielkanoc w 1946 roku, a do Polski do Szczecina przyjechał w maju. Jechali znowu wagonami towarowymi, ale już nie zamkniętymi. Znowu o jedzenie musieli zadbać sami. Mama z córka wcześniej ususzyły sobie kawałki chleba i w czasie podróży maczały te suchary w gorącej wodzie – kipiatok. Był to na pewno skromny ale zaspokajający głód posiłek. Teraz nikt nas do niczego nie zmuszał. Każdy z nich był bardzo optymistycznie nastawiony do życia bo wiedział że wraca do kraju.

Nową granicę państwa przekroczono w Brześciu nad Bugiem. Pociąg wiózł ich prawie po całym kraju. Niektórych po drodze odbierały rodziny, nasi znajomi zajechali aż do Szczecina. Niestety miasto było dokładnie zdemolowane. Zakwaterowano ich w dzielnicy willowej, ale te mieszkania nie nadawały się do użytku. Nie zachował się nawet jeden mebel. Wszystko skradziono, zaś szyby wybite. Trudno by było podjąć remont nie mając grosza przy tyłku. Poza tym tu brakowało miejsc pracy. Jedyne zatrudnienie dawała stocznia, ale my nie chciałyśmy pracować fizycznie.

To właśnie tam dowiedziały się od znajomych, że pracę mogą dostać w okolicy Jeleniej Góry na Dolnym Śląsku. Tam w Turońsku – Mysłakowicach zakład lniarski poszukuje ludzi do pracy. A fabryka nie została zniszczona ani rozszabrowana. Postarały się o takie skierowanie i udały się w daleką podróż. W biurze werbunkowym fabryki lniarskiej które mieściło się w Jeleniej Górze, obie panie dowiedziały się że w Orle potrzebują kierowniczki do zakładowego przedszkola. Był to już czerwiec 1946 roku.

Zaś pani Maria jako młoda dziewczyna miała wtedy zaledwie 23 lata, została skierowana przez podpułkownika Dobrzańskiego do fabryki lniarskiej na przyuczenie do zawodu na tkalnię. Po napisaniu życiorysu i przedstawieniu wykształcenia, panią Marię skierowano na praktykę do działu ubezpieczeń. Kierownikiem działu był jeszcze Niemiec, zaś podwładnymi dwie Polki. Po wyjeździe kierownika do Niemiec, kierownikiem została pani Bluj. Jako dobrze zapowiadającą się młodą pracownicę, kierowano na różnorodne kursy dokształcające i podnoszące kwalifikacje. W 1962 roku podjęła naukę zaocznie w technikum ekonomicznym, które ukończyła w 1964 roku mając już 41 lat. Na zasłużona emeryturę przeszła w 1981 roku. Do dziś mieszka na ulicy Szkolnej gdzie kiedyś mieszkała z mamą.

Po przyjęciu do pracy dostały również mieszkanie, co zapewniało podstawy do życia. Uroku dodawała piękna okolica. Ale czasem czuła się nieswojo bo nie miała żadnych nowych ubrań w których dziewczyna mogła by się prezentować. Pozostałe dziewczyny z Mysłakowic ubierały się już w nowym stylu. Niekiedy wydawało jej się że ludzie widzą w niej nie Polkę lecz Rosjankę. Jednak w zakładzie stopniowo awansowałam i zarabiałam coraz lepiej.

Odnalazłam również mojego znajomego Józefa ze zesłania, niestety był już chory na gruźlicę i wkrótce po naszym spotkaniu zmarł w wieku 25 lat. Pani Maria na jego grób chodzi do dnia dzisiejszego. Jej młodość nie była piękna lecz raczej tragiczna. Czyta wiele książek np. „Wielbłąd na stepie” Jerzego Krzysztonia. Po przeczytaniu zdawało się jej że to ktoś opisał jej życie na zesłaniu. Napisała do niego list w którym przedstawiła jemu swoje uwagi. Okazało się że pan Krzysztoń był również na przymusowym zesłaniu i również pracował na tej kolei. Podobne wrażenie wywarła na pani Marii publikacja „Kumys na deser” pana Karasia. Który jako student również był zesłany do Kazachstanu i również pracował w obozie na stepie. Przeczytała również książkę o zbrodni katyńskiej w której został wymieniony z nazwiska jej ojciec. Do dzisiaj minęło już wiele lat od tamtych potwornych czasów, ale ciężkie chwile które przeżyła w Kazachstanie, nigdy nie znikną z jej pamięci.

Dzisiaj ze względu na już bardzo podeszły wiek czyli 87 lat i bardzo słaby wzrok, pani Maria przebywa w Domu Opieki w Miłkowie pod nadzorem sióstr zakonnych.

Obecna relacja pochodzi z dwóch rozmów odbytych z panią Marią kilka lat temu. Rozmowę pierwsza przeprowadził Emil Pyzik zbierając materiały do swojej książki o pierwszych osiedleńcach w Mysłakowicach, drugą studentka uczelni w Jeleniej Górze która pisała pracę licencjacką na podobny temat.

2. Czesława Marczak z ulicy Daszyńskiego.

 

Pani Czesława z domu Medycka ur. 23 stycznia 1923 roku w Pęcherzewie pow. Turek woj. łódzkie. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne o powierzchni 16 morgów czyli około 8 ha oraz mieli 9 dzieci. Do Szkoły Powszechnej uczęszczała w Chlbowie. Po ukończeniu szkoły przez 3 lata pracowała na gospodarstwie pomagając w pracy rolnej rodzicom.

Na początku maja 1940 roku otrzymała wezwanie z policji niemieckiej w sprawie przymusowego wyjazdu na roboty do Niemiec do miejscowości Wiefels, gdzie pracowała do dnia 1 maja 1945 roku. Całą mieszana grupę chłopców i dziewcząt zebrano w Kaliszu i pociągiem przewieziono nad Morze Północne do miejscowości Jewer. Zgodnie z zamówieniem gospodarzy wiejskich, młoda grupę dostarczono do pracy na roli. Młodzi polscy robotnicy mieli zastąpić tych Niemców, którzy zostali powołani do wojska na front i opuścili swoje miejsca pracy.

Zainteresowani gospodarze sami wybierali potrzebną im siłę roboczą , co do płci, wieku czy ilości osób. Pani Czesława jako 17 letnia dziewczyna, została wybrana do opieki nad trójką dzieci gospodarza. W razie potrzeby musiała również pomagać w domu czy na roli. Bauer miał gospodarstwo hodowlane składające się z 15 krów i 6 koni oraz mniejszej ilości cieląt i świnek. W późniejszym czasie, gospodarz otrzymał jeszcze dwóch Polaków do pracy w polu i jedną Rosjankę do pracy w obejściu w domu.

Dziewczęta miały malutki pokoik na piętrze, a chłopcy pokój na parterze w pobliżu stajni. Wyżywienie było w miarę znośne, traktowano ja prawie jak członka rodziny. Pod koniec wojny do tego gospodarza została skierowana dziewczyna Niemka po szkole. W celu odbycia praktyki gospodarczej. Ona to właśnie doniosła do Urzędu, że Polka podczas posiłku siedzi razem z gospodarzami przy jednym stole i ona przez to często jest głodna z tego powodu. Od tego czasu dziewczęta zostały przeniesione na posiłek do kuchni, a chłopcy spożywali posiłki dalej w swoim pomieszczeniu.

Ponieważ za wykonywaną pracę otrzymywali niewielką zapłatę, więc mogli sobie w sklepach niemieckich lub na starociach, nabywać potrzebne ubiory. Niedziela była dniem wolnym od pracy i można było iść na spacer w pobliskie okolice. Można było pisać listy i wysyłać nawet paczki do rodziny do Polski. Pod koniec wojny, do tej miejscowości przyjechało sporo uciekinierów z Prus Wschodnich których gospodarze musieli zakwaterować oraz karmić.

W pobliskiej miejscowości mieścił się obóz pracy przymusowej dla mężczyzn z Polski, którzy wykonywali różne prace na rzecz powiatowego miasta. Więc w niedziele można było ich odwiedzać i zaprzyjaźnić się. Tam to właśnie Pani Czesława poznała przyszłego męża, który pracował jako pomocnik u rzeźnika. Jego praca polegała na tym, że po każdym bombardowaniu przez wojska alianckie, jeździł wozem po okolicy i zbierał zabite zwierzęta – krowy, konie i przywoził do rzeźni gdzie je rozbierano na części i odstawiano do sklepów.

W późniejszym czasie mieszkał u rzeźnika, którzy traktowali go jak własnego syna, ich syn zginął na froncie. Okolica ta była często nękana przez alianckie samoloty, ponieważ w pobliżu znajdowały się urządzenia wykrywające samoloty. Na szczęście ich domy zostały w całości i nikt z nich nie ucierpiał z tego powodu.

Okolica ta została wyzwolona przez polską 1 Dywizję Pancerną generała Maczka. Po zakończeniu wojny w maju 1945 roku, z tej okolicy wysiedlono wszystkich Niemców, a do opuszczonych domów zakwaterowano polskich pracowników przymusowych i więźniów obozów pracy. W jednym z tych domów zamieszkała Pani Czesława i 2 księży z Armii Krajowej. Polskie wojsko dbało o bezpieczeństwo, porządek i wyżywienie oraz zapewniło opiekę lekarską. Taka sytuacja trwała do marca 1946 roku. Na początku kwietnia 1946 roku obóz został rozwiązany, a Polacy w towarowych wagonach zostali przetransportowani przez Rosjan do Polski. Podróż trwała dwa tygodnie, wcześniej wszystkim zabrano wszelkie dokumenty i już nigdy ich nie oddano – dlaczego tak postąpiono ?

W maju każdy uczestnik podróży znalazł się w swojej ojczyźnie. Znajomy Pani Czesławy, zaraz po przyjeździe, wraz ze swoim szwagrem panem Sokołowskim, pojechali na Dolny Śląsk. Pani Czesław wróciła do rodzinnego domu. W miejscowości Turońsk – Mysłakowice, obaj dostali pracę w fabryce lniarskiej. Ponieważ już przed wojną pracowali w zakładach włókienniczych w Łodzi, teraz byli cennym nabytkiem dla tego zakładu.

Gdy Pan Władysław Marczak zaokrętował się i otrzymał zapewnienie o pewnej pracy oraz mieszkanie na poczcie, napisał do swojej znajomej dziewczyny poznanej w Niemczech, aby przyjechała bo tu jest piękna okolica, blisko góry i załatwione mieszkanie. W czerwcu po rodzinnej naradzie, Pani Czesława po raz drugi opuściła rodzinne strony i przyjechała do Turońska. Początkowo Państwo Marczakowie mieszkali na poczcie, a później na ulicy Kamiennej. W listopadzie 1953 roku otrzymali mieszkanie w dużym bloku obok fabryki, po opuszczeniu lokum przez niemieckiego inżyniera który wyjechał do Niemiec. Tu Pani Czesława mieszka do dzisiaj.

Otrzymane mieszkanie było zadbane i dobrze utrzymane oraz były w nim podstawowe meble. Pani Czesława została zatrudniona początkowo na szwalni, później w dziale gospodarczym, przygotowalni przędzalni, następnie po ukończeniu kilku kursów otrzymała pracę w księgowości na roszarni. Ich jedyny synek Andrzej urodził się w 1953 roku i po ukończeniu odpowiednich szkół został policjantem.

Pan Władysław był człowiekiem pogodnym, spokojnym, zaufanym i odpowiedzialnym, dlatego został wytypowany na stanowisko dyrektora zakładu, funkcję tą pełnił przez kilka lat. Później pracował w związkach zawodowych, a następnie przeszedł na emeryturę.

Pani Czesława dalej mieszka na ulicy Daszyńskiego 16, ale już sama bo mąż zmarł w 1991 roku, a syn z rodzina mieszka w Cieplicach. Jest pogodna i chętnie rozmawia o tak odległych czasach mimo że mam już 84 lata. Chętnie udostępniła posiadane dokumenty dotyczące siebie i kochanego męża.

 

3. Jadwiga Wolniewicz z ulicy Fabrycznej.

 

Pani Jadwiga Wolniewicz z domu Wieromiej ur. 8 października 1926 roku w Wilnie Trakt Lickl – Oszmiański. Do Szkoły Powszechnej uczęszczała we wsi Kuprianiszki. Rodzice mieli 7 dzieci, a Pani Jadwiga była 5 dzieckiem. Ojciec piastował stanowisko wiejskiego sołtysa. Po wybuchu wojny było cicho i w miarę spokojnie, dopiero dnia 17 września 1939 roku wkroczyli Rosjanie zajmując dawne tereny wschodniej Polski. Wtedy to Polskę podzielono na dwie części niemiecką i radziecką.

Po wejściu Armii Czerwonej, Litwini poczuli się u siebie i przejęli samorząd w mieście. Podczas wojny rodzina zajmowała się uprawą tytoniu, przy którym było sporo roboty zwłaszcza przy suszeniu i składaniu. Rodzina ich nie była prześladowana ani przez Litwinów ani przez NKWD. W 1941 roku wkroczyli Niemcy, jednak działania wojenne szybko się uspokoiły i rodzina nadal zajmowała się uprawą tytoniu. Aby nie zostać wywiezionym na roboty do Niemiec, rodzeństwo wymyślało różne sztuczki i kłamstwa które w pewnym stopniu sprawdziły się w praktyce.

Przy ponownym wkroczeniu Rosjan w 1944 roku po zakończeniu działań wojennych, dwaj bracia musieli wstąpić do Armii generała Berlinga, była to 1 Dywizja im. Tadeusza Kościuszki. Jednak musieli przejść wojskowe przeszkolenie, ale w międzyczasie wojna się skończyła, czyli nie zostali wysłani na front niemiecki. Po ponownym zajęciu ziem polskich przez Rosjan, należało się zdecydować czy przyjmują obywatelstwo radzieckie i zostają w Socjalistycznej Republice Litewskiej, czy mają się szykować się do opuszczenia swojej ojczyzny. Wiosną 1946 roku, po spakowaniu swojego dobytku i zabraniu konia, krowy i małego wozu, wyruszyli na dworzec kolejowy.

Z pociągu wysiedli w Kwidzynie, gdzie mieszkali ich bliscy i znajomi, tam przydzielono im wspólne gospodarstwo z innymi Polakami, którzy przywędrowali tu z Pomorza. Niemców już nie było, bo wcześniej uciekli przed Rosjanami. Aby było z czego żyć zaczęli uprawiać pole. W tym czasie rodzina otrzymała wiadomość od kuzyna, że w Turońsku – Mysłakowicach na Dolnym Śląsku, jest mieszkanie, szklarnia i bardzo blisko fabryka włókiennicza.

Po rodzinnej naradzie, postanowiono wysłać na zwiady 18 letniego brata w sutannie, który już uczęszczał do Niższego Seminarium Duchownego i Panią Jadwigę. Do Turońska przyjechali w lecie. W Turońsku na ulicy Tatrzańskiej 12 – Daszyńskiego, jeszcze mieszkali Niemcy. Tam otrzymali do swojej dyspozycji pokój i zaczęli przyglądać się szklarni i ogrodowi. Widząc że okolica jest wspaniała, dom w stanie bardzo dobrym i dobrze prosperująca szklarnia, napisali list do rodziny. Po tej informacji, wnet na zwiady przyjechał tato z zapytaniem czy pozostali mogą też już przyjechać.

Po oględzinach, ojciec wyjechał aby teraz wrócić z całą rodziną w 1947 roku. Po wcześniejszym wyjeździe Niemców, ojciec załatwił w Urzędzie przydział domu, szklarni i warzywnika na rodzinę Wieromiejów, zaś na domu powieszono napis „Wieromiej i synowie”. Ogród warzywny i kwiaty w tym domu prowadzili do 1950 roku. Pani Jadwiga postanowiła zdobyć jakiś zawód, zapisując się w Jeleniej Górze na kurs – kroju i szycia. Po jego ukończeniu dorabiała sobie oprócz pracy w ogrodnictwie doraźnym szyciem dla miejscowych kobiet. To tu Pani Jadwiga poznała Wolniewicza, który tez przyjechał do Mysłakowic w poszukiwaniu pracy.

Wolniewicz, jeszcze jako 16 letni chłopiec został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Ślub udzielił im ks. Habrat w 1953 roku. Po sprzedaży domu, otrzymali mieszkanie na ulicy Szkolnej, a później w drodze wymiany na ulicy Fabrycznej. Mąż pracował w fabryce lniarskiej, a Pani Jadwiga szyła w domu i niańczyła dwoje dzieci. Po śmierci męża Pani Jadwiga dalej mieszka na Fabrycznej i uprawia swój ukochany ogródek w którym hoduje różne rośliny i sadzonki.

 

4. Zofia Karwan z ulicy Fabrycznej.

 

Pani Zofia Karwan z domu Durda ur. 12 maja 1923 roku w Skopań pow. Tarnobrzeg, w domu były 4 córki. Do Szkoły Powszechnej uczęszczała w rodzinnym Skopań. Rodzice mieli gospodarstwo rolne o powierzchni 4 ha. Gdy Pani Zofia była w drugiej klasie zmarła mama. Po śmierci ojca, wyznaczeni opiekunowie przez Urząd dla dzieci, sprzedali gospodarkę aby zrobić pogrzeb dla ojca, a resztę pieniędzy zatrzymali na utrzymanie dla osieroconych dziewczynek.

We wrześniu 1939 roku we wsi były działania wojenne, ponieważ miejscowość leżała nad Wisłą. Po wkroczeniu Niemców często odbywały się łapanki młodych ludzi, następnie wysyłano ich na roboty przymusowe do Niemiec. Ponieważ młoda 16 latka nieszczęśliwie złamała nogę, dlatego tym razem uniknęła wywózki razem ze swoimi rówieśnikami. Ale w domu przeleżała kilka tygodni, niczym noga się zagoiła.

W lutym 1941 roku, Pani Zofia jako ochotniczka, została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec wraz za swoją siostrę która była już mężatką i akurat miała małe dziecko. Transport z ludźmi zatrzymał się najpierw w Krakowie, gdzie odbyło się mycie i badanie przez lekarza oraz określenie czy wysłani młodzi ludzie, nadają się do określonej pracy i czy czasem nie są nosicielami jakiejś zakaźnej choroby. Po krótkim postoju, teraz już w innych wagonach, wszyscy zostali skierowani do Wiednia. Po przyjeździe i nakarmieniu, dokonano podziału i Pani Zofia została skierowana do Ulm a stamtąd do Ehingen do gospodarza – bauera Josefa Denkinger.

Właściciel gospodarstwa posiadał dwie gospody, 16 krów, dużo drobiu, traktory, maszyny do pracy w polu oraz duży obszar lasu. Gospodarz miał żonę i 7 dzieci. Pani Zofia razem z kilkoma innymi osobami, zajmowała się pracą w domu i gospodarstwie. Młodzi ludzie wykorzystywani byli nawet do pracy w lesie – do ładowania ściętego drzewa na pojazdy, co dla młodych dziewcząt było bardzo męczące i zarazem niebezpieczne. Ponieważ dziewczęta w tak ciężkiej pracy nie radziły sobie, zostały przydzielone do stajni do ręcznego dojenia 16 krów dwa razy dziennie.

Gospodarz nie znęcał się nad swoimi pracownikami i całkiem znośnie ich traktował, ale jego żona oszczędzała na jedzeniu dla swoich wyrobników i zawsze z pogardą ich traktowała. Dlatego czasem skarżyli się na nią do bauera, co pomagało na jakiś czas. Będąc w szpitalu na wyrostek robaczkowy, po wyzdrowieniu, siostry szpitalne chciały aby Panią Zofię zostawić na opiekunkę dla chorych i do sprzątania, ale bauer nie wyraził na to zgody. Po kolejnej kłótni z żoną bauera, Pani Zofia uciekła do szpitala, gdzie została przyjęta z otwartymi ramionami i bardzo serdecznie. Po burzliwej rozmowie bauera ze swoją żoną, uciekinierka musiała ponownie wrócić na gospodarstwo z zastrzeżeniem, że tym razem już będzie dobrze. Jak z tego wynika gospodarz, potrafił walczyć o swoich niewolników i nikt nie był w stanie jemu ich odebrać.

Po zakończeniu wojny w maju 1945 roku, wszyscy przymusowi robotnicy z okolicznych miejscowości zostali zebrani w lagrze pod opieką żołnierzy USA. To właśnie w lagrze Pani Zofia poznała przyszłego męża Kostka Karwana i w sierpniu na obcej ziemi wzięli ślub. W obozie przejściowym przebywali razem do 1946 roku, kiedy to wysłano ich przez Czechy do Polski.

W rodzinnych stronach wtedy nie było pracy, ale znajoma Pani Zofii dała jej znać, że tam na Zachodzie Polski w Turońsku – Mysłakowicach, jest pewna praca i mieszkanie. Pierwszy wybrał się mąż w kwietniu 1946 roku, a za nim dnia 15 sierpnia żona. Kwaterunkowy Pan Jan Chmielnicki, przydzielił im mieszkanie na ulicy Fabrycznej gdzie mieszkają do dzisiaj. Pani Zofia otrzymała pracę w fabryce lniarskiej i pracowała tam do emerytury, a mąż na zmianę w Orle i PKSie w Jeleniej Górze. Razem z rodziną córki dalej mieszka w dawnym mieszkaniu, mąż zmarł już wiele lat temu, ale ona jest dalej pogodna.

 

5. Marianna Gieroń z ulicy 1 Maja.

 

Gieroń Maria z domu Dudek ur 27 lutego 1927 roku w Zakrzewiu koło Lublina. Rodzice z zawodu byli rolnikami na 16 morgach czyli 8 ha ziemi. Rodzina oprócz rodziców to 4 dzieci – wszystkie dziewczynki, zaś Marianna jako najstarsza. Gospodarstwo posiadało parę koni, 5 krów, świnie, gęsi i króliki.

Do 4 klasowej Szkoły Powszechnej Marianna uczęszczała do wsi Ciechanki Łęczyńskie, zaś szkoła 7 klasowa była dopiero w Łęcznej. Do szkoły chodziła tylko 2 lata, a później pracowała w gospodarstwie rodziców aż do 12 roku życia. W 1940 roku będąc w Zakrzewiu została złapana przez Niemców, jednak rodzice wykupili ja z rąk okupanta za solidną porcję wałówki w postaci gęsi i wódki.

W 1944 roku gdy ofensywa radziecka razem z wojskiem polskim dotarła na ziemię lubelską, dnia 8 lipca Marianna mając 16 lat, zgłosiła się na ochotnika do wojska w Lublinie. Tam została skierowana do 62 szpitala ewakuacyjnego Bobolanów w Lublinie. W szpitalu ukończyła kurs młodej pielęgniarki i jako pełnowartościowa żołnierka w mundurze wojskowym rozpoczęła służbę w wojsku polskim.

Trasa jej polowego szpitala wiodła przez Ryki – Warszawę – Kutno – Gdańsk – Kołobrzeg – Odrę – do Berlina. Jej zadaniem była obsługa rannych żołnierzy. Dowódcą oddziału była kobieta pochodzenia żydowskiego podpułkownik Trawińska. Zdemobilizowana została dnia 5 listopada 1945 roku w Warszawie. Następnie powróciła do rodzinnego domu gdzie przebywała do lutego 1946 roku.

Wtedy to wyjechała z domu na Ziemie Zachodnie do Jeleniej Góry, a następnie do Mysłakowic. Tu dostała mieszkanie na ulicy Dolnej 3 od Eliasza który wtedy był kwatermistrzem i zamieszkała z Niemką i jej dzieckiem. Do pracy przyjęto ja w DZPL Orzeł na oddział roszarni. W tym czasie w zakładzie pracowało jeszcze większość Niemców. Wyżywienie było na stołówce zakładowej. Marianna zapamiętała że ta wioska zrobiła na niej duże wrażenie, ładne domy, dobre drogi i piękny cmentarz który pamięta do dzisiaj.

Po zlikwidowaniu roszarni, zwolniła się i podjęła pracę w szwalni w Konfeksie w Łomnicy pod Jelenia Górą, dokąd chodziła piechota do pracy. Po 1 roku pracy zwolniła się i podjęła pracę w Szpitalu w Mysłakowicach. Podczas wyjazdu Niemców nie była w domu obecna. Następnie z Panią Olejnik, przeniosła się na mieszkanie na ul. Jeleniogórską. Cały czas utrzymywała łączność z poznanym chłopcem w wojsku i nawet ją odwiedził w Mysłakowicach. Chłopiec pochodził z Lwowa. Marianna zakończyła służbę wojskową w stopniu szeregowca, a jej chłopak jako starszy strzelec.

Ślub odbył się w rodzinnych stronach w Łęcznej w 1947 roku. Wesele było duże. Po powrocie do Mysłakowic mąż otrzymał pracę w DZPL Orzeł na międlarni. W 1950 roku otrzymali obecne mieszkanie na ulicy 1 Maja po Pani Jasińskiej. Mieli 3 dzieci: Janinę, Urszulę i Jerzego. W późniejszym czasie mąż pracował ZGM i na poczcie jako listonosz. Marianna później pracowała w PKS w Jeleniej Górze oraz jako listonosz w Mysłakowicach. Później jako zaopatrzeniowiec w szkole w Mysłakowicach oraz jako siostra w Czerwonym Krzyżu w PCK.

Za swoją służbę wojskową otrzymała pierwszy stopień oficerski oraz 3 krzyże zasługi i 5 medali. Od wielu lat opiekuje się swoim synem który stracił nogi i jako inwalida potrzebuje pomocy i opieki. Pani Marianna obecna jest zawsze na wszystkich uroczystościach państwowych i kościelnych w gminie i powiecie razem ze sztandarem zbowidowskim. Znana jest również z ciętego języka i wielkiej odwagi w różnych wiejskich sytuacjach, gdzie występuje dzielnie i odważnie bez cienia strachu.

 

6. Barbara Szymczak z ulicy Łokietka.

 

Pani Barbara urodziła się 28 listopada 1923 roku w Turku, a zamieszkała w Malanowie. W rodzinie tej było 6 dzieci w tym 4 dziewczynki i 2 chłopców. Do Szkoły Powszechnej uczęszczała w Malanowie, gdzie ukończyła 5 klas. Po szkole przez jeden rok była na służbie u gospodarza jako pomoc domowa w sąsiedniej wiosce. Gdy wybuchła wojna, miała 16 lat i została zatrudniona we dworze jako pracownik w ogrodzie na warzywniaku, zaś w wolnych chwilach jako pomoc domowa. Po kilku miesiącach dawny właściciel dworu, został usunięty, a w jego miejsce pojawił się nowy właściciel ale tym razem Niemiec. Wszyscy wyrobnicy zostali dalej zatrzymani do pracy we dworze tak w domu jak i w polu.

Obecny właściciel Ernst Schlote, dobrze traktował swoich najemników i nikt z jego podwładnych nie znęcał się nad Polakami. Po zakończeniu wojny, nawet proponowali niektórym pracownikom wspólny wyjazd do Niemiec, ale wszyscy odmówili. Po wyjeździe Niemców, jeszcze przez kilka miesięcy wielu najemników dalej pracowało w majątku.

W lipcu 1946 roku, Pani Barbara razem ze znajomymi wyjechała na Ziemie zachodnie do Jeleniej Góry, a stamtąd dalej do Turońska – Mysłakowic. Po przyjeździe okazało się że spotkali tu swoich znajomych jak: Linkiewicz i Małolepszy. Pani Barbara zatrzymała się u znajomej Jóźko, która przyjechała tu już wcześniej, jest to obecny dom w którym mieszkają Zarembscy i Gąsiorkowie na ulicy Wojska Polskiego. Pani Jóźko, pomogła Pani Barbarze załatwić pracę w Zakładach Lniarskich Orzeł w Mysłakowicach. Wtedy to już jako pracownik fabryki otrzymała mały pokoik na piętrze domu przy ulicy Nadbrzeżnej nr 8.

W fabryce lniarskiej Pani Barbara pracowała z przerwami 36 lat na różnych oddziałach. Po przejściu na emeryturę, jeszcze przez 12 lat pracowała w szkole jako sprzątaczka. W kilka lat później po przyjeździe do Mysłakowic, z tej samej wioski przyjechał do pracy tez na Zachodzie Pan Jan Szymczak, z którym zawarli bliższą znajomość i w 1949 roku zawarli ślub małżeński. Już jako małżonkowie, otrzymali mieszkanie na ulicy Łokietka 5, gdzie Pani Barbara mieszka do dnia dzisiejszego. To tu w tym maleńkim mieszkaniu z pokoikiem i kuchenką urodziło się 6 dzieci: Halina, Jurek, Genowefa, Zdzisław, Janek i Jadwiga. Obecnie Pani Barbara ma 12 wnuków i 8 prawnuków. Mąż Pani Barbary pracował w fabryce lniarskiej. A później w papierni w Miłkowie. Ale przedwcześnie zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Pani Barbara jako starsza osoba jeszcze dobrze się czuje, lubi opowiadać o dawnych czasach, jest pogodna i cieszy się ze swoich dzieci oraz wnuków, które często ja odwiedzają i pomagają w codziennych zakupach. Dom w którym mieszka stoi w pobliżu rzeki Łomnicy i wiosną nieraz straszy swoim nagłym przyborem wody.

 

7. Wanda Piwowar z ulicy Nadbrzeżnej.

 

Pani Wanda Piwowar z domu Apostołowicz ur. 1933 roku w Krakowie. W domu było 5 dzieci którym opiekowała się matka. Ojciec jako urzędnik celny do 1937 roku pracował w Krakowie. Po przeniesieniu na Kresy Wschodnie dawnej Rzeczpospolitej , otrzymał mieszkanie służbowe w miejscowości Zdołbunów w powiecie Równe. Po pewnym czasie przeniesiono go ponownie na samą granicę polsko – sowiecką do miejscowości Szepietówka. Po wybuchu wojny matka z dziećmi przeniosła się do Zdołbunowa, gdzie mieli czekać na powrót ojca z delegacji ze Lwowa. Ojciec podjął pracę jako tłumacz, gdyż pochodząc z Pomorza dobrze znał język niemiecki. Tam przetrwali do 1943 roku.

W tym czasie ojciec z najstarszym synem, uciekli do lasu do partyzantki, a Niemcy w odwet za ten czyn, pozostałą rodzinę z matką wywieźli do Niemiec do Bremy. Tam zostali skoszarowani w obozie pracy przymusowej dla Polaków i Rosjan. Pani Wanda będąc tam w obozie miała już 10 lat i razem z innymi dziećmi pracowała na rzecz hitlerowskich Niemiec, bo przecież każda para rąk liczyła się bardzo. Z obozu, dzieci dowożono do szkoły lotniczej, gdzie pracowały w klasach i innych pomieszczeniach wykonując proste czynności. Matka jako osoba dorosła pracowała w pełnym wymiarze godzin na budce kolejowej.

Spanie odbywało się w wielkich pomieszczeniach na drewnianych pryczach, prowiant otrzymywaliśmy raz w tygodniu, więc należało dobrze nim gospodarować aby starczyło na cały ten okres. Na obiad była bardzo cienka zupa z kartofli lub buraków. Podczas pobytu w obozie, dzieci w ukryciu przygotowywane były do przyjęcia I Komunii Świętej oraz bierzmowania. Do tych ważnych aktów religijnych, dla młodego człowieka przygotowywał dzieci organista, a sakramentów udzielał ksiądz polski. Niekiedy władze obozowe pozwalały wyjść w niedzielę do kościoła lub na miasto.

Obóz został wyzwolony w maju 1944 roku przez wojska angielskie, a następnie przejęty przez armię amerykańską. Wtedy każdy więzień wreszcie mógł najeść się do syta. Wyzwoleni więźniowie otrzymywali normalne racje żywnościowe. Największą radość a zarazem szok, wywołało pozwolenie wyjścia do miasta i zabierania ze sklepów różnych towarów w dowolnej ilości. Porządku w obozie i w mieście pilnowali żołnierze amerykańscy, aby nie dochodziło do samos

13-12-2022 admin

Dodaj komentarz

Śledź nas

Ostatnie komentarze

Newletter

O nas

Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można zaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym. 

Wszystkie materiały, fotografie, grafiki chronione są na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych strona www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com.