27 maja 2024 r.
Emil Pyzik : Historia 11 wiosek w Gminie Mysłakowice Cz.8

Ósma cześć artykułu Emila Pyzika

Legendy i podania o ludziach i wioskach naszej Gminy.

1. Złota kołyska.

 

Gdy do Karpnik wprowadził się bogaty rycerz, to do licznych stawów kazał wpuścić karpie. Były to największe i najsmaczniejsze ryby w całej okolicy. W każdy piątek, na proszonej kolacji podawane były do stołu. W każdą niedzielę natomiast, ksiądz trąbił z ambony, że biednie urodzeni karpi do ust brać nie mogą, bowiem są to ryby stworzone wyłącznie dla osób szlachetnie urodzonych i rzecz jasna, dla księży.

Gdyby jednak któremu z wieśniaków przyszło do głowy kraść choćby malutkiego karpia – mówił proboszcz – to po zjedzeniu go, złodzieja chwycą straszne boleści, a potem szybko dopadnie go śmierć. Cała okolica bała się więc podejść nawet do stawu i pewnie by tak zostało, gdyby nie jeździec, który pewnego dnia wraz ze swoim giermkiem pojawił się w okolicy. Giermek nocami zaczął zakradać się pod zamek i zaczął łowić ryby. Wszyscy czekali na jego rychły zgon, chłopak jednak cieszył się dobrym zdrowiem, a nawet wymyślał coraz to nowe sposoby przyrządzania karpia. Wkrótce jego śladem poszli wszyscy wieśniacy.

Kiedy tylko o tym dowiedział się pan zamku, kazał wyłapać złodziei i powiesić. Na pierwszy ogień poszedł syn biednej wdowy, która pracowała w zamku jako praczka. Nie pomogły łzy, błagania, przeprosiny. Chłopiec zawisł koło bramy. W nocy dziedzicowi przyśniła się jego ofiara. Wdowi syn stał u wezgłowia łoża, a w ręku trzymał uwiązanego na powrozie karpia. Odchodzę stąd powiedział chłopiec. Ze sobą zabieram mamę i wszystkie ryby z fosy. Rycerz obudził się spocony i pobiegł do okna. Była piękna noc. Księżyc oświetlał błyszczącą taflę fosy, a z wody, z pluskiem wyskakiwały setki karpi i szeroką drogą odchodziły w kierunku Gruszkowa. Nie puszczę was – krzyczał rycerz. Wybiegł na dwór i zaczął deptać ryby. Nie potrafił ich jednak powstrzymać. Oszalały zobaczył jeszcze odchodzącą wdowę i jej syna. Potem stracił przytomność. Nie obudził się już nigdy, a na pamiątkę całego wydarzenia wiosce nadano nazwę Karpniki.

2. O karpiach z Karpnik.

Wieś Karpniki istniała w odległej przeszłości jako podzamcze zamku Sokolec w Górach Sokolich i dlatego nazywano ją dawniej Podsokolec, a potok który tu przepływał – Sokolską Wodą lub Sokołówką. Te dwie nazwy na pewno przetrwały by do dziś, gdyby Sokolec nie zamienił się w porośniętą mchem, trawą i lasem ruinę i gdyby obok wsi nie został zbudowany nowy zamek pana tej okolicy, otoczony z jednej strony bagnami Gruszkówki i głęboką fosą z drugiej strony.

Nie wiemy nic o murarzach, którzy z wielkim trudem wznieśli z miejscowego kamienia obronny zamek z czterokątną wieżą i z niewielkim dziedzińcem, otoczony z trzech stron kurtynowym murem. Nie wiadomo jak zwał się rycerz, który nakazał go zbudować, ani też nie wiemy nic o ludziach, którzy przy pomocy metalowych motyk kowalskiej roboty i drewnianych łopat wykopali w kamienistym i wilgotnym gruncie głęboką fosę, którą później napełniono wodą. Można się jedynie domyślać, że właścicielem zamku był człowiek mądry i gospodarny, bo zanim zamieszkał w nowej swej siedzibie, już do wody wpuścił jakieś ryby, nieznane miejscowym ludziom, sprowadzone z dalekiej Saksonii, które po obcemu nazywał ‘ „ karpfami”, a na które później ludzie mówili „karpie”.

Rozpowiedział wszystkim, że karpfy swa wielkością i wagą prześcigają znacznie inne ryby żyjące w miejscowych rzekach i potokach, oraz szczupaki hodowane od wielu już lat w stawach zbudowanych przez mnichów-cystersów obok wsi Cieplice nad ciepłymi źródłami koło Jeleniej Góry. Od tego czasu żyły w wodzie w zamkowej fosie karpie, karmione grochem, kaszą grubo w drewnianych stępach tłoczoną i stół w zamku zdobiły w każdy piątek, oraz gdy pan swych gości przyjmował. Przez wiele lat nikt z podgrodzia tych ryb mu nie podkradał, zadawalając się innymi, gdzie indziej łowionymi, ponieważ dobrodziej

ksiądz z ambony w kościele nie jeden raz zapowiadał, że owe karpfy są rybami stworzonymi przez Boga wyłącznie dla osób szlachetnie urodzonych, oraz dla duchownych, którzy z Panem Bogiem na co dzień obcują, a człek nieurodzony oraz niewolny, który do służenia królom, książętom, panom-rycerzom i klasztorom jest stworzony, nie śmie jeść tej ryby, bo zawiera ona groźne dla niego wapory, które gdy brzuch jego wypełnią, spowodują tak ogromne boleści, że żadna „mądra baba” ich nie zdoła uśmierzyć ani zamówić. Wyjasnił dobrodziej również, że wapory zawsze próbują wydostać się z wnętrza brzucha i rozrywają go na drobne strzępy jak przegniły miech zbożowy, do którego nałoży się pełno kamieni.

Wierzono słowom księdza-dobrodzieja długo, aż do czasu gdy przybył do zamku w gościnę rycerz niebogaty, bo tylko z jednym pachołkiem na mizernej kobyle. Ten właśnie pachołek, chociaż z nieurodzonych się wywodził, kilka z przyzamkowych karpii nocą ukradł, wypatroszył, w chacie zamkowego cieśli cichcem na ogniu upiekł i zjadł. Przez pięć nocy jeszcze potem to samo czynił bez obaw wszelkich i nie skonał, chociaż spodziewali się tego ludzie, którzy o tym wydarzeniu wiedzieli.

Od tego czasu wszyscy okoliczni mieszkańcy zaczęli nocami wykradać z fosy przy murze zamkowym ryby, by swe ubogie wyżywienie nimi uzupełnić. Ale gdy którejś księżycowej nocy dostrzegł to strażnik na wieży zamkowej służbę pełniący i panu zamku o tym fakcie zameldował, ten zaraz nakazał zgromadzić wszystkich mieszkańców podzamcza i kradzieży zakazał. Zaznaczył równocześnie, że przyłapanych surowo karać będzie i nie karą pręgierza, czy też chłosty, lecz gardłem i palcem przy tym odpowiedni ruch na swej szyi wykonał, stryczek oznaczający.

W trzy dni później ujęli strażnicy syna pewnej wdowy, która pracowała jako praczka w zamku i powiedli go w dybach do pana, a ten dla odstraszenia innych poddanych i okazania surowości wydał polecenie, aby niezwłocznie powiesić tego chłopaka na gałęzi jednego z drzew rosnących przed bramą wjazdową. Nie pomogły prośby chłopca o litość i zmiłowanie, ani też jego przysięgi, że już nigdy ryb kraść nie będzie. Nie pomogły też błagania, ani łzy jego matki. Złodziej został powieszony w samo południe, gdy słońce stało w najwyższym miejscu nad horyzontem, lecz tejże samej nocy przyśnił się panu zamku. Przyszedł do niego wraz z matką i przyciągnął do sypialnej komnaty olbrzymiego karpia na grubym powrozie. Gdy ryba patrzyła na zdumionego i przerażonego ich widokiem rycerza swymi olbrzymimi oczyma, które miała tak wyłupiaste jak żaba, chłopak oznajmił, że odchodzi wraz z matką ze swojej ubogiej chaty na podzamczu i że zabiera ze sobą wszystkie ryby z zamkowej fosy.

Potem opuścili wszyscy komnatę sypialną, a pan obudził się spocony i wystraszony tymi sennymi widziadłami. Jakieś dziwne przeczucie nakazało mu natychmiast wstać, ubrać się i wyjść na fosę, a gdy to uczynił, w blaskach księżyca dostrzegł przedziwne widowisko. Wszystkie karpie wyskakiwały z wody na brzeg fosy i szeroką, jezdną drogą zaczęły oddalać się brzegiem bagnisk Gruszkówki w stronę ujścia tego potoku do Sokolskiej strugi. Było ich tysiące. Nie mógł ich policzyć i nie mógł uwierzyć własnym oczom, że aż tyle ich mieściło się w przyzamkowej fosie.

Zrozumiał, że ryby będące jego własnością i stanowiące ulubiony przysmak jego i przybywających do niego gości, odchodzą w nieznaną dal. Zaczął biec za nimi, a potem stanął na ich drodze i krzyczał aby zawracały do wody w fosie. Nie pomogło to jednak. Pełzły dalej w obranym przez siebie kierunku obok jego stóp, nie reagując zupełnie na jego gesty i krzyki. Zdenerwował się więc ogromnie i ze złości zaczął deptać je stopami odzianymi w miękkie skórznie, wykonane z błyszczącej, safinowej skóry. Nigdzie nie pójdziecie! – krzyczał głośno. Zadepczę was wszystkie na śmierć. W tym momencie poczuł na swym ramieniu dotknięcie czyjeś dłoni i odwrócił się. Dostrzegł stojącego obok siebie chłopaka, tego samego którego kazał powiesić wczoraj i który niedawno był w sypialnej komnacie. Dostrzegł też i jego matkę stojącą w pobliżu, a w jej oczach zobaczył w blasku księżyca łzy.

Chciał krzyknąć do nich by powstrzymali oddalające się karpie, lecz nie zdążył wypowiedzieć ani jednego słowa. Pośliznął się, stanąwszy na jedną z ryb, upadł i stracił przytomność, uderzając głową o wystający z ziemi w tym miejscu kamień. Jak długo leżał na ziemi, nie wiedział, lecz gdy przyszedł do siebie, stwierdził, że znajduje się na drodze w pobliżu zamku, na której widniały setki śladów pełzania ryb i śluzu opadłego z ich skór. Zobaczył, że i jego odzież również jest pokryta śluzem i przesiąkła zapachem ryb.

Ponieważ poczuł się bardzo osłabiony, chwiejnym krokiem ruszył w stronę zamku. Zataczając się jak pijany dotarł ostatkiem sił na dziedziniec i natychmiast rozkazał zaprowadzić się do sypialni. Tam rozebrano go, obmyto i ułożono w łożu, a że biła od niego wielka gorącość, posłano natychmiast po medyka do pobliskiej Jeleniej Góry. Nie doczekał się jednak jego przybycia. Zmarł tego samego jeszcze dnia. Ostatnie jego słowa brzmiały „ Moje karpfie !” Dlatego grupę chat, stojących na podzamczu, nazwano Karpnikami, gdy ta rozrosła się do rozmiarów wsi, a potok pośród tych chat płynący – Karpnickim Potokiem. I tak zakończyła się smutna historia o karpiach i Karpnikach.

Aleksander Wiącek Karkonosze.

 

3. O złotym ośle.

 

Żył kiedyś w Podgórzynie ludwisarz, Stefan z Gecza, który za pozwoleniem pana na Chojniku, grafa Schaffgotscha, ludwisarnię, czyli odlewnię brązu, prowadził. W oficji w Jeleniej Górze został zarejestrowany jako Stefan Gecz i tak był przez wszystkich nazywany. Ponad 15 lat w pocie czoła lufy armatnie różnej wielkości z brązu dla możnych panów odlewał i dzwony dla kościołów na Dolnym Śląsku.

Znali go wszyscy z okolicy, nie tylko jako dobrego rzemieślnika, ale również jako wielkiego skąpca i zachłannego na pieniądze człowieka. Czeladników, przez siebie zatrudnionych, nie karmił należycie, a potrafił z nich wycisnąć siódme poty. Mimo tego nie mógł się wzbogacić i przez wiele lat pracy zaledwie kilka złotych dukatów uciułać zdołał.

Któregoś dnia odwiózł do Bolkowa dzwon do tamtejszego kościoła i w rozmowie z proboszczem dowiedział się, że w archiwum miejskim jest pergamin, ponad 150 lat liczacy sobie, sporządzony przez ówczesnego pisarza grodzkiego, niejakiego Mikołaja, głoszący iż w Górach Sokolich, koło wsi Karpniki, jest spalony zamek. Wynikało z tego dokumentu, że w ogniu, który strawił wszystkie drewniane części zamku, spłonęły zwłoki szlachetnie urodzonej pani Klary, żony burgrabiego Hanusza oraz wszystkie skarby przez wojska husyckie zrabowane na Dolnym Śląsku i w tym zamku zgromadzone.

Myśl o tym pergaminie i skarbach w zamku spalonych, nie pozwoliła Stefanowi przez kilka nocy zmrużyć oczu. Bez przerwy o nich myślał i któregoś dnia zdecydował się pójść w Góry Sokole i przeszukać ruiny zamku.

Już w pierwszym dniu poszukiwań wśród gruzów natrafił na kilka małych bryłek przetopionego złota, a w trzecim dniu znalazł bardzo wiele tego metalu, wymieszanego z popiołami, które były śladami po pożarze. Również odnalazł ciężki, złoty kielich, bardzo misternej i bardzo starej roboty.

Sortując swoje znaleziska spostrzegł, że pośród ruin błąka się jakiś stary, wyleniały osioł. Ucieszył się z tego faktu, bo wiedział, że znalezionego skarbu sam nie udźwignie i postanowił go wieść na grzbiecie tego zwierzęcia. Osioł zachowywał się spokojnie i nie przejawiał w ogóle strachu. Można powiedzieć, że zwierzę to prawie okazywało mu sympatię. Chodziło krok w krok za nim, a nawet pyskiem przytrzymywało brzeg worka, do którego wkładał bryłki odszukanego wśród gruzów i popiołów złota. Gdy jednak Stefan włożył do worka misterne, kościelne naczynie, osioł wyjął je delikatnie i położył dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zostało znalezione.

Stefan ponownie przyniósł kielich z ruin, ale zwierzę odniosło go znowu na miejsce. Za trzecim razem ludwisarz zdenerwował się i uderzył je dłonią: - Moje to jest, bo to ja znalazłem! A ty jesteś głupi osioł! – powiedział ze złością. – Tylko głupiec nie wie jaką wartość ma to złoto. Będę bogaty!

Jakby w odpowiedzi zwierzę zaczęło uderzać kopytem w ziemię i po paru chwilach wydobyło bryłę stopionego złota o wielkości głowy dziecka i o wartości znacznie większej, niż trzymany w dłoni ludwisarza kielich. Kopnął osioł to złoto kopytem w stronę Stefana, a potem po raz czwarty ujął kielich w pysk i zaniósł tam, gdzie dotychczas leżał. Dał w ten sposób do zrozumienia Stefanowi, że chce aby ten kielich nadal w ruinach pozostał. Chciwy ludwisarz zabrał jednak bryłę złota i kielich. Załadował do worków, a potem cały skarb ułożył na grzbiecie zwierzęcia i skierował się na południe, w stronę Kowar.

Gdy oddalili się od Gór Sokolich i przeszli przez Karpnicki Potok, doszli do wzgórza nazwanego przez miejscową ludność Mężykowa. Niedaleko od jego szczytu osioł, którego Stefan na postronku za sobą prowadził, padł nagle na ziemię martwy. Wówczas Gecz postanowił, że swój skarb przetopi i odleje z niego figurę osła, którą później wozem w woły zaprzężonym dowiezie do domu. Obawiał się, że w drodze do Podgórzyna może mu ktoś zajrzeć do worków i jego skarby odkryć, podczas gdy tak nikt nie będzie nawet przypuszczać, iż figura osła, którą powiezie, jest wykonana w całości z tego drogocennego kruszywa.

Najpierw ludwisarz oblepił martwego osła gliną, by w ten sposób uzyskać formę do odlewu, a potem wykopał w ziemi piec odlewniczy, w którym przywiezione bryły złota przetopił. Do stopu wrzucił też i kielich kościelny, znaleziony w ruinach, a potem wypełnił przygotowaną formę płynnym metalem. Figura osła, wykonana przez niego, wyglądała wspaniale i miała olbrzymią wartość. Gdy oglądał swoje dzieło ze wszystkich stron z dumą i zachwytem, złoty osioł odezwał się raptem do niego ludzkim głosem: - Kielich, który znalazłeś w ruinach, był kielichem używanym przez samego Chrystusa, podczas ostatniej wieczerzy z apostołami w Wieczerniku i był dla wszystkich katolików na świecie wielką relikwią. Dla ratowania tego kielicha w przeszłości wielu dobrych ludzi oddało swe życie. Nie zniszczyły go wojska husyckie, ani pożar. Gdybyś pozostawił ten kielich tam gdzie go znalazłeś, lub zaniósł do kościoła, byłbyś bogaty. Ty jednak mimo wyraźnych znaków dawanych przeze mnie, postąpiłeś inaczej i dlatego będziesz przeklęty po wszystkie wieki!

Gdy tylko przebrzmiały te słowa uderzył w ziemię obok Stefana Gecza, z wielkim hukiem i błyskiem, piorun z jasnego nieba. Od uderzenia tego powstała w ziemi szczelina, która w sekundę później pochłonęła złotego osła i zamknęła się nad nim.

Ludwisarz, patrząc na to co się stało z jego olbrzymim skarbem, ze zgryzoty i wielkiego żalu za utraconym złotem, skamieniał. Znaleźli w kilka lat później ludzie z Karpnik u szczytu Mężykowej kamienną postać, ale nikt nie potrafił wytłumaczyć kogo przedstawiała. Poszła wśród mieszkańców Karpnik wieść, że jest to postać jakiegoś grzesznika, który na Mężykowej Górze za swoje grzechy pokutę czynił, a po śmierci w kamień się przemienił.

Obcięto temu kamiennemu posągowi głowę przy okazji remontu kościoła w Karpnikach, osadzono w zewnętrzną ścianę tak, że do dziś Stefan Gecz patrzy kamiennymi oczami na Krzyżną Górę, gdzie ruiny zamku się znajdują, w których on skarby swe kiedyś znalazł.

Złoty osioł zaś do dziś jeszcze w ziemi na Mężykowej się znajduje i jeżeli ktoś go w przyszłości odnajdzie, tak Karpniki rozbuduje, że w miasto się przemienią, a znalazca zostanie wybrany pierwszym jego burmistrzem.

Urszula i Aleksander Wiącek

4. O piastowskiej księżniczce z Sokolca.

W czasach, gdy król pruski władał na Dolnym Śląsku, w pobliżu Janowic Wielkich, nad rzeką Bóbr, którejś wiosny pasał swoje stado owiec młody pasterz. Codziennie od wschodu do zachodu słońca wędrował ze swymi owcami z pastwiska na pastwisko, aż któregoś dnia dotarł do Gór Sokolich, gdzie na jednym ze szczytów znajdowały się ruiny starego kamiennego zamku. Podnóże ich pokryte było gęstym lasem, ale pasterz zauważył, że przez gęstwinę drzew wiodła mało uczęszczana, ledwo dostrzegalna ścieżka.

Wiele opowiadań słyszał o tym zamku młody pasterz. Kiedyś, gdy był jeszcze małym chłopcem, opowiadała mu matka, że był on najstarszym na całym Dolnym Śląsku. Zbudowano go przed setkami lat, gdy Czesi wybrali sobie za króla, znanego ze swej mądrości, frankońskiego kupca Samona. Wiedział też z innych opowiadań, że już dawno temu jacyś czarodzieje zamek ten przemienili w gruzy, a miejscowi ludzie bardzo bali się zbliżać do tego miejsca.

Gnany ciekawością, zapomniawszy o swym stadzie, powędrował pasterz ścieżką przez las. Początkowo szedł dość szybko i bez żadnego trudu, ale w miarę oddalania się od skraju lasu, ogarniała go coraz większa ciemność. Po pewnym czasie zmrok tak zgęstniał, że nie było niczego widać. Posuwał się więc dalej, szukając drogi jak ślepiec swą pasterską laską.

Nagle las rozwarł się przed nim, zrobiło się zupełnie jasno i spostrzegł że stoi przed niewielką dolinką, pokrytą soczystą, jasnozieloną trawą. Za dolinką, w pobliżu góry, którą teraz nazywamy Krzyżną, dostrzegł piękną dziewczynę o jasnych włosach, siedzącą nad stromą, skalną ścianą i przędzącą bielutką kądziel. Patrzyła na niego przyjaznym wzrokiem i uśmiechała się, ale gdy w pobliskich Karpnikach zegar na wieży kościelnej wybił południe, nagle zniknęła. Długo jeszcze po jej zniknięciu pasterz spoglądał na miejsce gdzie siedziała, oczarowany jej wdziękiem. Oddalił się dopiero przed zapadnięciem zmroku i powrócił do swego stada. Tej nocy dziewczyna z kądzielą przyśniła mu się i już następnego ranka znów przybył pod Góry Sokole ze swym stadem i znów przedarł się przez gęstwinę lasu. Przekonał się, że dziewczyna, piękna jak wczoraj, siedziała trzymając swą kądziel w rękach, na tym samym miejscu. Zachowywała się jak w dniu poprzednim i podobnie jak wczoraj o godzinie dwunastej w południe zniknęła mu z oczu.

Młody pasterz zakochał się chyba w niej, bo przez całą wiosnę przychodził codziennie patrzeć na jej delikatną, uśmiechniętą twarz i prześliczne włosy, opadające na ramiona. Tak minęłą wiosna i nadeszło lato. W dniu św. Jana Chrzciciela, po nocy którą nazywają „ świętojańską” pasterz jak codziennie poszedł przez las w stronę Krzyżnej, by spoglądać na milczącą dziewczynę-zjawę, którą pokochał. W tym dniu zeszła ona ze skały, na której zwykle ją widywał i podeszła do niego.

Przed wiekami byłam panią tego zamku, którego ruiny widzisz przed sobą – powiedziała. Wielu rycerzy starało się o moją rękę, ale ja byłam zbyt dumna i dlatego odmawiałam im wszystkim. Ponieważ pochodziłam z królewskiego rodu Piastów, chciałam wyjść za mąż, za jakiegoś królewicza, lub księcia. Któregoś dnia oświadczył mi się pewien niemiecki książę, który przybył do zamku, powodowany ciekawością ujrzenia mnie. Odmówiłam mu swej ręki, ponieważ uważałam, że jest zbyt biedny i za mało urodziwy. Zemścił się na mnie straszliwie. Zapłacił jednemu z zamorskich czarowników i ten swymi czarami nie tylko zniszczył mój zamek, ale i mnie związał z tym pustkowiem górskim i z tą ponurą przepaścią. Żyję w ciemnej pieczarze pod tym zamkiem i wolno mi swoje więzienie opuszczać tylko wiosną, by na tej skale moje nieszczęście opłakiwać. Jeżeli masz pasterzu tyle odwagi, by oswobodzić mnie od jego czarów, wejdź przez tą szczelinę skalną, która dla zwyczajnych ludzi jest niewidoczną i idź przed siebie. Gdy dojdziesz do pieczary, jaka za szczeliną się znajduje, uratujesz mi życie. Oddam ci wówczas swą miłość oraz niezliczone skarby, które pod murami są ukryte.

Potem dziewczyna zniknęła, a pasterz dostrzegł w miejscu, gdzie przed chwilą stała, błyszczący sztylet ze złotą rękojeścią., zaś nieco dalej, wśród krzaków, skalną szczelinę. Pokonał szybko wąskie przejścia do olbrzymiej pieczary, ale tu ogarnęła go trwoga. Wokół niego zaczęły migotać rażące wzrok błyskawice i słyszał potężne grzmoty. Potem jakieś olbrzymie potwory i straszydła pełzły lub podchodziły do niego, starając się zawrócić go ku wyjściu. – Nie mogę uratować cię, kochana! – zawołał pełnym głosem, gdy już zabrakło mu odwagi i wypuścił z dłoni błyszczący sztylet, znaleziony nie dawno przed pieczarą.

Wtedy nagle zapanowała przeraźliwa, kłująca w uszy cisza i znikły wszelkie poczwary, krążące dotychczas wokół. Pośrodku pieczary stanęła znana mu dziewczyna i z przerażeniem, widocznym w jej oczach, rzekła cichym, smutnym głosem. Mogłeś walczyć sztyletem, który ci dałam, ale zabrakło ci odwagi – usłyszał słowa wyrzutu. Nie zobaczysz mnie już nigdy więcej, ani też nie ujrzy mnie już żaden inny człowiek w przyszłości. Nie ma tak odważnych ludzi, by sztyletem pchnąć te poczwary i dlatego żaden człowiek nie może mnie odczarować. Dopiero gdy nad Sokolimi Górami powiewać będzie taki sam proporzec jak króla, który był w przeszłości władcą tej ziemi, a rolę będą orać prawi jej właściciele, wówczas czar rzucony na mnie straci swą moc. Wtedy zostaną kajdany, które lud dolnośląski dźwiga i kraina ta do dawnej wolności i świetności powróci.

Po tych słowach piękna dziewczyna przemieniła się w mgłę, a pasterz smutny opuścił grotę. Daremnie do zmroku szukał swych owiec. Nie znalazł ich. Dopiero gdy następnego dnia o poranku zbudził się ze snu, stwierdził, że owce śpią obok niego i że znajduje się u stóp góry, na szczycie której widniały z daleka ruiny starego zamku Sokolec.

Urszula i Aleksander Wiącek.

5. Zamek Werszki na Kozińcu – O rycerzu Juriju.

Urszula i Aleksander Wiąckowie

Po wyzwoleniu Jerozolimy spod jarzma arabskiego w 1098 roku i po ustanowieniu Królestwa Jerozolimskiego, kiedy rycerz duński Peter Vlost wracał do swej ojczyzny przez Polskę, przystąpił do drużyny księcia Bolesława Krzywoustego, który w jakiś czas później mianował go swym namiestnikiem na Dolnym Śląsku, w miejsce palatyna Magnusa i polecił zamieszkać we Wrocławiu. Ponieważ miał Vlost w znaku łabędzia, polski ród Łabędziców za swego go uznał i Włastem lub Włostowicem go nazwano, a że z wyprawy krzyżowej bogaty wrócił, bo wiele srebra i złota przywiózł, ożenili go Łabędzice małopolscy z krewniaczką księcia przemyskiego, ruską księżniczką Marią.

Księżniczka owa przybyła z bogatym dworem i licznym orszakiem kijowskich rycerzy do Wrocławia. Wśród nich był Jurij, którego urzekły śląskie grody, a także góry nad Bobrem. Młody ten rycerz, pochodzący z równin nad leniwie płynącym Dnieprem, po kilkudniowym pobycie u kasztelana jeleniogórskiego Strupicza, zakochał się tak bardzo w górskich potokach o kryształowo czystej wodzie i gęstej puszczy, pokrywającej strome zbocza ośnieżonych szczytów, że padł swej pani do stóp i prosił o pozwolenie opuszczenia Wrocławia.

Lubiła Maria Włostowa wesołego rycerza, więc choć przykro jej było rozstać się z nim, przystała na to, by Jurij w górach pozostał. Przedstawiła sprawę mężowi i gdy ten wyraził zgodę, rycerz Jurij został drużynnikiem Strupicza. Polubił go kasztelan za uczciwość, skromność i śpiewną ruską mowę, której słuchał jesiennymi wieczorami, siedząc przy płonących polanach na kominie. Był trochę śmieszny, bo szczyty gór po swojemu nazywał werchami lub werszkami. Uśmiechali się ludzie miejscowi, gdy kalecząc polską mowę zamieniał słowo góra na słowo werszek. Nawet miarę łokciową, czyli popularny na Śląsku łokieć, zmienił w swojej mowie na wierszok.

Doszło do tego, że nazywano go Jurij Werszki i tak już zostało. Któregoś dnia, bez opowiedzenia się kasztelanowi, rycerz Jurij znikł z zamku jeleniogórskiego wraz z koniem. Wrócił po trzech niedzielach i to nie sam. Przywiózł grupę ludzi. Byli to italscy murarze i kamieniarze, których z Wrocławia zabrał. Przedstawił także pergamin z pieczęcią palatyna Piotra Własta, z którego wynikało, że zezwolonym jest Jurijowi budować kamienny kasztel w dowolnym miejscu nad rzeką Bóbr, przez niego wybranym.

Powstał on tuż nad Bobrem, na skalistym wzgórzu Koziniec, gdzie nic rosnąć nie chciało i gdzie tylko marną trawę oraz drobne krzaki kozy szczypać chciały. A zamek ten od przezwiska właściciela Werszczki nazwano. Jedenaście lat przeżył Jurij na Kozińcu, posłusznie wykonując polecenia kasztelana Strupicza z Jeleniej Góry. Przez długie lata wiernie służył namiestnikowi Bolesława Krzywoustego, palatynowi Włostowi i na każde wezwanie ciągnął na bój wraz z sześcioma wojami, których miał obowiązek wystawić. Kto wie ile lat jeszcze mieszkałby na Kozińcu, gdyby nie stała się rzecz nieprzewidziana.

Zakochał się w córce setnika tarczowników kasztelańskich z pobliskiego Wojanowa. Nie żył w zgodzie z jej ojcem i spodziewał się, że ten dobrowolnie córki swej za żonę mu nie odda. Dlatego postanowił dziewczynę porwać. Namawiana do ucieczki narzeczona zdradziła tajemnicę swą piastunce, a ta powiadomiła jej ojca.

Porwawszy dziewczyną, Jurij dotarł do swego zamku wraz z nią, ale tu zamiast kapłana z Jeleniej Góry, w przebraniu mnicha oczekiwał jej ojciec. Gdy tylko zobaczył Jurija, wchodzącego z córką do sieni zamkowej, wyjął ukryty pod habitem miecz i napadł na niego. Ranny Jurij zdążył jeszcze zadać mu śmiertelny cios w głowę. Nie ślub młodych, lecz pogrzeb ojca jego wybranki odbył się dnia następnego. W trzy dni później pochowano rycerza Jurija, który zmarł z upływu krwi a miesiąc później zmarła też jego wybranka.

Od dnia śmierci ojca w zamku zaczęło straszyć. Była to postać setnika w przebraniu mnicha. Nazwano go upiorem z Kozińca.

6. O rycerzu Arno i pięknej Beatrycze.

Urszula i Aleksander Wiąckowie.

Przez wiele lat zamek na Kozińcu stał opuszczony. Wiatr hulał tylko po pustych komnatach z wyłamanymi okiennicami, a wyłożony kamieniami dziedziniec porastały młode drzewa i trawa. Deszcze i śniegi padające na nie przykrytą dachem budowlę powodowały, że w kominach już pokrzywy wyrosły, a kamienie wypadały z zaprawy murarskiej. W załomach ścian uwiły sobie gniazda wróble i na nocny odpoczynek tu przylatywały, a w rozwalonej stajni codziennie rano wypoczywała sowa. Tylko wieża czworokątna z murem zwieńczonym u góry blankami, wznosząca się nad tą ruiną, stawała się czasami schronieniem dla przygodnych wędrowców.

Któregoś roku, wiosną, spalony zamek objął w posiadanie nikomu nieznany rycerz niemiecki Arno von Britzken. Jeleniogórskiemu kasztelanowi pergamin z pieczęcią księcia Bolesława Rogatki pokazał i następnego już dnia do zamku na Kozińcu rzemieślników cechowych sprowadził. Rozpoczęli oni robotę i nie minęło wiele czasu, jak nowe gomółki szklane odbijały w oknach promienie zachodzącego słońca, skrzypiały nowe wierzeje bramne, a i drzewo na nowe stropy w komnatach zostało zwiezione i już cieśle ociosywali je toporami na belki.

Nikt nie zainteresował się skąd rycerz Arno wziął pieniądze na zakup zamku od księcia i jego odbudowę, ani też nikt nie kojarzył tego z faktem, że wiosną przed przybyciem jego do Jeleniej Góry na drodze do Lubania wiodącej, ktoś zamordował trzech kupców z Budziszyna, a towary przez nich wiezione zabrał, jak też i kutą, żelazną skrzynię kowalskiej roboty, pełną złotych monet. Pod jesień prace przy zamku zostały zakończone i nawet nowe meble dębowe w komnatach ustawiono.

Zimową pora przyjechała do rycerza Arno jego córka. Miała na imię Beatrycze, Była młoda, piękna i umiała mówić po łacinie nie gorzej niż jeleniogórski kanonik. Nie przyjechała sama. Przybyło wraz z nią kilku Niemców z Ratyzbony, którzy ani na rzemieślników, ani też na wojów nie wyglądali, chociaż każdy z nich sztylet albo topór nosił za pasem i łuk lub kuszę przy siodle. Niezbyt chętnie pokazywał rycerz Arno swą córkę komukolwiek. Widywano ją tylko w niedzielę i tylko z ojcem i pachołkiem od koni, gdy do kościoła w Jeleniej Górze jechali.

Następnej wiosny zamek na Kozińcu wyglądał już zupełnie inaczej. Nawet przed pożarem nie miały pokoje tak bogatego wystroju jak obecnie i były może nawet bogatsze od komnat w kasztelańskim zamku. Ściany pokryte były kobiercami z obcych krajów, a na nich umieszczono miecze z mediolańskiej stali, oraz ozdobne halabardy czeskiej roboty. Ławy pokryto skórami niedźwiedzia i jeleni z Karkonoszy, a na policach ustawionych przy ścianach, błyszczały cynowe misy i dzbany z kraju przez jakichś tam Brytów zamieszkałego, oraz kryształowe puchary i szklanice, lub z wolich rogów zrobione, w złoto i srebro oprawione. Zmieniło się wiele wśród służby zamkowej. Wszystkich okolicznych ludzi z zamku rycerz Arno odprawił, zastępując ich przywiezionymi z Ratyzbony Niemcami.

Nikt nie wiedział, że Arno von Britzken postanowił rozbójnikiem zostać i w tym celu zamek na Kozińcu objął, jak również w tym celu swą piękną córkę Beatrycze i swoich przyjaciół z Niemiec ściągnął. Wiedział, że woje kasztelana strzegą dróg i za to myto oraz składowe i wagowe kasztelan od kupców po grodach pobierał. Wiedział też, że kupcy sługi swe i swych woźniców uzbrajają, by przed napadami band zbójeckich się bronić i dlatego postanowił inaczej się urządzić. Gdy tylko strażnik z wieży okolicę oglądający dostrzegł samotnie jadącego rycerza, lub z kilkoma osobami ochrony, gwizdem drewnianej fistułki dawał znak panu zamku, a ten córkę ku pobliskiemu gościńcowi wysyłał. Piękna ta dziewczyna, odziana w ładny strój, kwiaty przy drodze sobie zbierała lub jagody i nadjeżdżających niby przypadkowo spotykała. Rozpoczynała z nimi rozmowę, a równocześnie wzrokiem szacowała ich, konie oraz majętności. Jeżeli byli to wędrowni rzemieślnicy, kuglarze lub żacy, czy też zakonnicy, Bogiem ich żegnała i z uśmiechem życzyła dobrej drogi, ale jeżeli byli kupcami lub osobami ze szlachetnych rodów, wysilając się na najmilsze słowa i uśmiechy, do zamku ich zapraszała. Na spotkanie zawsze wychodził rycerz Arno, pozdrawiał ich serdecznymi słowami, zapraszał do wypoczynku, jadła i wypitku, a resztę załatwiali jego ludzie.

Często ich przy stole dusili na znak dany przez gospodarza, albo też podczas nocnego wypoczynku w łożu ich uśmiercali. Cały majątek osobisty tych gości: broń, pieniądze, ozdoby oraz konie, wraz z uprzężą, Arno zabierał, sługom jeno odzież bogatą podróżnych pozostawiał. Broń przerabiał, zmieniając jej wygląd, stary Blose, snycerz z Ratyzbony, podczas gdy konie, ślepy na jedno oko Wolfgan były koniokrad, gnał lasami koło Lubania i Bolesławca do Wielkopolski, albo też przez góry do Czech wiózł i w Hradcu lub w Iczynie sprzedawał na targu.

Zwłokami swych ofiar rycerz Arno nie przejmował się zbytnio. Zezowaty Reinhard, były czeladnik katowski z Ratyzbony, do worów je wkładał a potem kamieniami obciążywszy topił w rzece Bóbr, w pobliżu zamku płynącej. Ponad 7 lat uprawiał Arno von Britzken swój proceder zbójecki, nie zwracając uwagi na siebie. Lenno księciu należne kasztelanowi jeleniogórekiemu płacił zawsze przed św. Michałem, miłe słowa mu prawiąc, a na zimowe gody beczkę wina posyłał. I kto wie ile by jeszcze, wraz z córką, w zamku na Kozińcu mieszkał, gdyby któregoś dnia nie jechał z Czarnego Boru syn tamtejszego burgrabiego do kasztelana w Jeleniej Górze. Jechał on z przypadkowo napotkanym młodym wikarym z kościoła św. Krzyża we Wrocławiu i swym pachołkiem od koni Grześkiem, gdy spotkał wychodzącą z lasu Beatrycze.

Była ubrana w obcisłą jubkę atłasową, uwydatniającą jej kształty, miała wianek z kwiatów na głowie, które upiększały i tak piękne jej oblicze. Uśmiechała się do młodego rycerza, dosiadającego czarnego rumaka i zapytała skąd jedzie. Stwierdziła, że musi być bogatym panem, lub synem bogatego pana i dla tego zaprosiła go do zamku. Pas młodego rycerza nabijany był złotymi ozdobami, a klamra oraz ostrogi też były złote. Koń miał na sobie bogate siodło, wyłożone safianową skórą, wyciskaną w piękne wzory. Od siodła zwisały na srebrnych łańcuchach srebrne strzemiona, a przy kopytach konia lśniły grube, srebrne podkowy.

Rycerz Arno wyszedł na spotkanie gości, kapelana w dłoń pocałował, potem do zamku wprowadził i wieczerzę z winem podać kazał. Grześko zauważył jak jego panu do tej dziewczyny oczy się uśmiechały, a znając go wiedział jakie wrażenie na nim ta piękna panna wywarła. Beatrycze towarzyszyła im przy wieczerzy, błyskotliwą i wesołą rozmowę podtrzymując. Młodego rycerza oczarowała swym wyglądem i gościnnością. Wodził za nią wzrokiem i mimo że przed nocą chciał stanąć w Jeleniej Górze, za namową jej i Arno, zdecydował się zanocować na Kozińcu. Ojciec dziewczyny wskazał mu piękną komnatę obok swojej, gdzie spać miał na wygodnym i pięknym łożu, kapelana odprowadził do izdebki pod wieżą, a pachołka położył spać w stajni na sianie.

Ułożył się Grześko, kapotą nakrył, ale usnąć nie mógł rozmyślając o tym, jak tam pan jego z tą śliczną dziewczyną, która ich do zamku zaprosiła, amorować będzie. Ponieważ sen nie nadchodził go długo wpadł na pomysł, by wyjść na dach stajni i przez okno rycerza podglądać. Z dachu zobaczył Grześko, że okno komnaty jego pana nie było oświetlone i miał chęć zrezygnować ze swego zamiaru, gdy raptem zobaczył jak do tej komnaty weszło cicho dwóch zbirów z tą dziewczyną. W świetle pochodni, którą trzymała ona w dłoni, ujrzał jak ci dwaj jego pana udusili. W tym czasie inni jacyś dwaj ludzie do stajni weszli i chyba jego szukali, bo dość długo tam przebywali. Widział też jak zwłoki na dziedziniec wyniesiono. Nie czekał dłużej domyśliwszy się tragedii, która odbyła się w zamku. Przedostał się cicho z dachu stajni na mur, okalający zamek, a potem odważył się z niego po zewnętrznej stronie zeskoczyć. Rankiem stanął pachołek przed zamkiem kasztelana, opowiedział się strażnikowi i o posłuchanie u kasztelana prosił. Znał kasztelan Grześka, więc wysłuchał go cierpliwie, o szczegóły dokładnie wypytał i w dyby chłopaka zamknąć kazał. Potem sędziego swego wezwał i pojechali razem konno do zamku na Kozińcu. Tu o syna burgrabiego z Czarnego Boru zapytał rycerza Arno. Zdumiał się zapytany i oświadczył, że od miesiąca nie miał już żadnych gości, a nawet komnaty pokazał i na polecenie sędziego skrzynię otworzyć kazał. Wypytywał sędzia Beatrycze i służbę zamkową, ale zeznali wszyscy jednakowo i dokładnie tak jak Arno.

Wrócił kasztelan, wraz z sędzią, do swego zamku i kazał pachołka pana z Czarnego Boru sprowadzić. Zaczęli go jeszcze raz wypytywać i dziwili się, że chłopak tak dokładnie potrafił opisać dziedziniec zamku na Kozińcu, stajnię w której zostawił konie, oraz wnętrze komnaty, w której jego pan został uduszony. Zdjęli mu więc dyby i na konia posadzili. Potem kasztelan zabrał 30 swoich wojów i jeszcze raz pojechał na Koziniec. Tu chłopaka przed oczy rycerzowi Arno postawili i jeszcze raz kazał mu powtórzyć to, co wcześniej już powiedział.

Powtórzył dokładnie Grześko, a potem wskazał osoby winne zabójstwa. Sprawcy zbrodni w oczy mu się wyśmiali i na wszystkie świętości przysięgali, że zeznanie jest zwykłym oszczerstwem. Sam rycerz Arno klął się na św. Jerzego, patrona dobrych rycerzy i na św. Hildegundę, patronkę Ratyzbony, że żadnego rycerza w zamku od miesiąca nie było. Jednak gdy Grześko wszedł do stajni i wskazał miejsce gdzie wczoraj stał rycerski rumak jego pana i znalazł w dawno nie sprzątanym gnoju odłamek srebrnej podkowy, kasztelan uwierzył jego słowom. Ojca i córkę odwieziono na sąd książęcy do Lwówka, gdzie zostali skazani na ścięcie. Służbę powieszono w Jeleniej Górze przed basztą bramną na Zgorzelec.

7. Szary karzeł.

Prasa śląska doniosła w lutym 1870 roku, że w czasie jednej z jasnych, lutowych nocy, strzegącemu spokojnego snu mysłakowiczan stróżowi ukazała się w pobliżu pałacu zjawa – szary karzeł. Miał on dziwne życzenie, chciał, aby stróż odgwizdał godzinę 24 oo. Sumienny sługa nie wyraził zgody, tłumacząc się tym, że jeszcze nie słyszał, by wydzwaniano w okolicy północ. Zjawa zniknęła, a przerażony strażnik pilnował pałacu i parku do rana. Po zakończeniu służby udał się do swego pana i pastora, opowiedział o dziwnym zdarzeniu z ubiegłej nocy, prosząc jednocześnie o radę.

Po długim namyśle postanowiono, że wykona polecenie zjawy, gdyby ukazała się ponownie. Następnej nocy, o tej samej porze, karzeł znów pojawił się w parku z tym samym dziwnym życzeniem. Strażnik, chcąc spełnić prośbę zjawy, uniósł głowę do góry i zaczął gwizdać. Nagle zobaczył, że całe niebo, zamiast gwiazdami, usiane jest oddziałami walczących wojsk. Ze strachu skierował wzrok ku ziemi i z przerażeniem ujrzał, że cała ziemia spływa krwią. Karzeł wyjaśnił mu, że to dziwne zjawisko oznacza, iż jeszcze w tym roku wybuchnie wielka wojna i popłynie dużo krwi. Zabronił opowiadać o tym komukolwiek w najbliższej przyszłości Biedny, dygocący ze strachu stróż wczesnym rankiem powędrował do przełożonych i opowiedział o swoich przeżyciach. Ci nie wiedzieli, co poradzić słudze. Ten z wielką bojaźnią przystąpił do spełnienia swych obowiązków w trzecią noc. Zjawa –Szary karzeł – ukazała się znowu, mówiąc: Nie przestrzegałeś moich zaleceń. Przyszedłem więc, aby cię ukarać. Skulony i zgarbiony ze strachu stróż nic nie odpowiedział, czekał na karę, która miała na niego spaść, ale zjawa zniknęła bezpowrotnie. Brak, niestety informacji, na czym owa kara miała polegać. Kilka miesięcy później wybuchła wojna z Francją 1870-71.

8. Latający prorok.

Hans Rischmann żył w latach 1590 – 1642. Mieszkał w Łomnicy, przez pewien czas także w Głębocku. Sławę, sięgającą daleko poza granice rodzinnej wsi, zyskał sobie przepowiedniami, które wygłaszał na górze Witoszy koło Staniszowa. Miał tam swoją grotę, w której często przebywał.

Podobno był niemy, a głos odzyskiwał podczas wygłaszania proroctw. Mówiono o nim również, że za pomocą ducha potrafił latać w powietrzu ponad górami i dolinami, ponad lasami i wodami, umiał przechodzić przez zamknięte wrota kościoła i zakrystii, bez najlżejszego uszkodzenia ciała. W czasie jasnowidzenia mógł za sprawą ducha przenieść się z Witoszy pod Bolków lub do Jagniątkowa, by tam ułożywszy się na gałęzi drzewa, kontynuować przepowiednię. Mógł w sobie tylko znany sposób przeniknąć przez mury więzienia i wyjść na wolność, jak to uczynił, gdy pewnego razu uwięziono go w Jeleniej Górze.

Cierpiał na chorobę psychiczną, miał ataki epilepsji. To bynajmniej nie dyskredytowało go jako proroka. Przepowiadał przyszłość nie tylko jeleniogórzanom, prorokował co wydarzy się w niektórych miastach, państwach oraz poszczególnych wiekach. Przepowiedział, że 19 lipca 1633 roku spłonie Jelenia Góra, gdy zaś miasto zostanie odbudowane, zapadnie się ratusz. Jeżeli chodzi o zniszczenie miasta, pomylił się o 11 miesięcy – Jelenia Góra spłonęła 19 czerwca 1634 roku, natomiast ratusz zawalił się przy zupełnie bezwietrznej pogodzie 27 stycznia 1739 roku. Dość dokładnie określił triumf protestantów, którzy po wielu latach prześladowań, na mocy układu w Altranstadt, uzyskali prawo wznoszenia kościołów, między innymi w Jeleniej Górze. Prorokował, że kościół ewangelicki ( Św. Krzyża ) w Jeleniej Górze zawali się podczas jubileuszu.

 

W czerwcu 1800 roku przypadła 100 rocznica wzniesienia kościoła. Na uroczystą mszę przybyła ogromna rzesza wiernych. W trakcie nabożeństwa z niewiadomych przyczyn wybuchła panika. Wierni przypomniawszy sobie przepowiednię Rischmanna rzucili się do ucieczki. Mimo pootwieranych drzwi, powstał ścisk i tumult. Wiele osób zostało rannych, a 11 letniego chłopca zaduszono.

Rischmann przewidział rozbiory Polski: Prusy zagarną Śląsk, także część Polski. Inną jej część zagarnie Rosja, trzecią natomiast Austria. O tym, że latający prorok trafnie przewidział rozbiory Polski, świadczy napis na rewersie medalu wybitego na jego cześć: 1773 – Polska na cztery kawałki. Na Górze Witoszy oraz w pobliżu Mysłakowic wygłosił proroctwo dotyczące XIX wieku...Przyjdą wówczas nieszczęścia na adwokatów, grafów i książęta, na szlachtę i urzędników...spłoną zamki i miasta, a wszystkie winy zostaną policzone...Pod koniec XIX wieku ludzie grzeszyć będą wielką pychą...

W pewien jesienny poranek 1642 roku potomek starej saksońskiej rodziny rycerskiej, Hans von Reibnitz, chcąc uzyskać informacje dotyczące wyjątkowo niepewnej przyszłości, zapytał Rischmanna, czy posiada on jakieś nowe wiadomości. Ten odrzekł...Jutro zadzwonią na moim pogrzebie. Tak też się stało. Następnego dnia latający prorok już nie żył. Ten człowiek miał niegdyś za swojego żywota dziwnie w głowie – tak zapisano o nim w kronice łomnickiego kościoła. Pochowano go na cmentarzu w Łomnicy, grób znajdował się pod murem cmentarnym w pobliżu wejścia. XX stulecia dotyczyło tylko jedno proroctwo. Nie jest ono optymistyczne, jednak dla mieszkańców Kotliny zawiera pocieszenie...W wieku XX cała Europa wymrze, ale mieszkańcy gór, którzy pić będą wodę źródlaną i uzyskaną ze stopionego śniegu, przetrwają..

.

9. Przygoda króla w Mysłakowicach.

Teodor Donat

W 1838 roku zdarzyła się historia, ale czy jest prawdziwa a może zmyślona? Podczas swego pobytu w Mysłakowicach, król otrzymał anonimowy list z Wrocławia. W liście tym król został ostrzeżony, by miał się na baczności. Dlatego kazał by przy drzwiach, postawić straż. Spał przy zamkniętych drzwiach i nie wychodził nigdzie sam, a zwłaszcza nie spacerował sam wieczorami. Nadawca listu twierdził: że jest mu wiadome, że w Mysłakowicach czai się na niego pewien złośnik, który chce się na królu zemścić.

Król jednak śmiał się, gdy list czytał i zlekceważył przestrogę. Kiedy swoim ulubionym zwyczajem, pewnego pięknego letniego wieczoru, poszedł sam na spacer w swoje ukochane miejsce do lasu bukowo-dębowego, zastąpił mu nagle drogę ponuro wyglądający człowiek, z rozwichrzonymi włosami i biednie odziany. Król nie zauważył go przedtem, gdyż człowiek ten skrył się za drzewem. Odezwał się do króla w szorstkiej i niestosownej mowie. Stoję tutaj i czekam już dosyć długo. Jest mi miło, że nareszcie udało mi się spotkać. Jestem poddanym Waszej Wysokości, ale dzieje mi się krzywda. Kiedyś majętny, zostałem biedakiem, przez długie lata toczony proces, który, gdyby na świecie istniała sprawiedliwość powinienem wygrać, a jednak przegrałem. Potrzebuję więc i żądam pomocy.

Król zmierzył go mocnym, spokojnym spojrzeniem od stóp do głowy i odpowiedział: Możecie pisemnie dochodzić swoich praw. Każę sprawę zbadać, i jeśli racja jest po waszej stronie, sprawiedliwości stanie się zadość. „ Dochodzić praw” robiłem to, ale nic mi nie pomogło. Po czym wzniósł przed królem skargi na urzędy i sądy. Król mu odpowiedział...że tu zaraz w tej chwili na miejscu, nie może zaspokoić jego życzeń. Ma się uspokoić i opowiedzieć mu wszystko dokładnie w drodze powrotnej.

W powrotnej drodze, król wysłuchał jego historii. Zaprosił, do pałacu, ugościł i przenocował. Kazał też spisać protokół. Następnego dnia zawezwał go jeszcze raz przed swoje oblicze i powiedział...że jego sprawa zostanie jeszcze raz dokładnie przebadana i dla niego sprawiedliwie zakończona. Przed odejściem dał mu upominek.

Wynik dokładnej rewizji wypadł dla powoda niesprzyjająco. Jednak król pomógł mu innymi drogami, tak iż człowiek ten, stał się znowu majętnym. Później podobno, przy spowiedzi Wieczerzy Pańskiej, miał przyznać się, że miał przy sobie ukryty sztylet, chcąc nim ugodzić króla. Ale kiedy spojrzał mu w oczy, poczuł jakby opuścił go diabeł, a na jego miejsce wstąpił anioł z pomocą. W ten sposób wszystkie złe myśli odstąpiły go i nie popełnił złego uczynku na królu Fryderyku Wilhelmie III, panu na włościach w Mysłakowicach.

 

10. Nieszczęśliwy romans.

 

W latach 20-tych XX wieku głośny był romans, który z zainteresowaniem obserwowały dwory królewskie i arystokratyczne w Europie. Romantyczni kochankowie to Eliza Radziewiłłówna, księżniczka polska i książę Wilhelm, syn króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III, późniejszy król pruski i cesarz niemiecki. Miłość ta była początkowo sielanką, rozgrywającą się na tle cudownych krajobrazów i pięknych pałaców. Niestety, zawierała od razu zalążki tragedii, spowodowanej barierą pomiędzy pozycją syna królewskiego i pozycją księżniczki wprawdzie, ale nie z rodu panujących.

Eliza i Wilhelm reprezentowali sprzeczne interesy polityczne dwóch narodów – polskiego i niemieckiego, przy czym jedno z kochanków wywodziło się z narodu ujarzmionego, drugie było synem zaborcy. Księżniczka Eliza w latach 1822 – 1834 często, szczególnie latem, przebywała wraz z rodzicami w Ciszycy koło Kowar, natomiast książę Wilhelm bywał w Karpnikach u wuja, a w latach 1832 – 1888 w Mysłakowicach, gdzie znajdowała się letnia rezydencja królów pruskich – Hohenzollerów. Ojcem Elizy był książę Antoni Radziwiłł, syn ostatniego wojewody wileńskiego sprzed zaborów, namiestnik Wielkiego Księstwa Poznańskiego między Kongresem Wiedeńskim a Powstaniem Listopadowym. Zawsze podkreślał swoje pochodzenie i związki z Polską.

Był szykanowany za usiłowania dyplomatyczne na rzecz ojczyzny. Książę Antoni był wszechstronnie uzdolniony: grał na wiolonczeli, komponował, pięknie śpiewał i malował. Jego matką była księżniczka Luiza Hohenzollerówna, bratanica króla Fryderyka II. Opiekowała się ona artystami i słynęła z akcji dobroczynnych. Założyła w Poznaniu pierwszą szkołę dla dziewcząt. Książę Wilhelm to drugi syn króla pruskiego, Fryderyka Wilhelma III, następca tronu wówczas, gdyby starszy brat – Fryderyk Wilhelm IV zmarł wcześniej lub został bezdzietny.

W 1822 roku książę Antoni Radziwiłł wynajął na pobyt letni pałac w Ciszycy koło Kowar, a w dwa lata później zakupił go. Nadszedł karnawał 1819 roku. Młodziutka Eliza miała 17 lat... była już wówczas w całym rozwoju piękności. Smukła, średniego wzrostu, z wysokim, szlachetnym czołem, ściągała na siebie uwagę prześlicznymi, popielatymi włosami, wielkimi niebieskimi oczami, w których rozmarzonym, a smętnym spojrzeniu odbijała się, jak w zwierciadle, jej piękna dusza. Bez wielkiej erudycji szkolnej, była jednak rozumną i skromną dobra dla wszystkich...

Po ojcu odziedziczyła talent do muzyki. Grała na fortepianie i pięknie śpiewała. Pasjonowała się też malarstwem. Na balach i koncertach, które odbywały się na dworze królewskim i w siedzibach książąt, a więc i u Radziwiłłów, Eliza miała duże powodzenie. Nazywano ją „ Białą Różyczką „ gdyż matka stroiła ją najczęściej w białe suknie, a jej głowę o jasnych włosach przybierano białymi różami. Wtedy właśnie książę Wilhelm zauważył, że jego kuzynka przekształciła się z podlotka w piękną i godną pożądania dziewczynę.

Zakochał się nieprzytomnie. Korzystając z praw pokrewieństwa, nie opuszczał jej prawie przy wszystkich spotkaniach, przebywał w jej towarzystwie wbrew etykiecie dworskiej. Codziennie odwiedzał dom Radziwiłłów. Wilhelm i Eliza występowali razem w żywych obrazkach, jako słynni kochankowie, np. jako Romeo i Julia lub Peri i Raj. Elizie imponowało zainteresowanie okazywane przez starszego kuzyna i cieszyło uczucie, którym ją darzył. Oddała mu serce bez zastrzeżeń.

Książę Wilhelm miał wówczas 24 lata. Był wysoki, bardzo przystojny, zgrabny i zręczny, o pięknych, marzących oczach, ślicznie zarysowanych ustach i gęstej, falującej czuprynie. Pięknie prezentował się w mundurze. Otrzymał staranne wychowanie i wykształcenie wojskowe oraz dyplomatyczne. Był zdolny, pracowity i wytrwały.

Wiosną 1820 roku, podczas jednej z wycieczek wyznali sobie miłość. Na dworze królewskim i w całym Berlinie zaczęły krążyć plotki o małżeństwie. Natychmiast znaleźli się przeciwnicy mariażu. Dwory niemieckie, urażone w swoich ambicjach, nie chciały dopuścić, aby Polka zasiadła na tronie najsilniejszego państwa w Niemczech. Przyjaciółka Elizy, Teresa Wodnicka, tak to wyraziła...rzeczy byłyby poszły gładko, gdyby Eliza nie była Polką...Sprawa ciągnęła się przez 6 lat. Król powoływał różne komisje mające ustalić, czy może dojść do tego małżeństwa i czy nie kłóci się ono z pruską racją stanu. W 1826 roku zapadła ostateczna decyzja – małżeństwo nie może być zawarte.

Książę Wilhelm, chociaż kochał bardzo Elizę i był kochany, nie potrafił wyrzec się nadziei na objęcie tronu. Poświęcając szczęście osobiste dla racji stanu, podporządkował się woli ojca. Nastąpiło zerwanie. Eliza w tym trudnym dla niej czasie, gdy ważyły się losy małżeństwa, a także po zerwaniu z Wilhelmem, najczęściej przebywała w pałacu w Ciszycy. Te ciężkie przeżycia spowodowały szybki rozwój gruźlicy. Zmarła w 1834 roku. Pochowano ją w rodzinnym grobowcu w Antoninie koło Poznania. Wilhelm pamiętał Elizę do śmierci, na jej wspomnienie łzy stawały mu w oczach. Wilhelm został królem Prus i cesarzem Niemiec.

 

Pochodzenie obecnych nazw miejscowości w naszej gminie.

 

    1. Mysłakowice – od staropolskiego imienia Mysłak.

    2. Bukowiec - od nazwy drzew bukowych rosnących w okolicy.

    3. Dąbrowica – od nazwy drzew dębowych rosnących w okolicy.

    4. Karpniki – od nazwy ryb hodowanych w licznych stawach.

    5. Wojanów – od staropolskiego imienia Wojan.

    6. Bobrów – od nazwy rzeki Bóbr przepływającej przez wieś.

    7. Łomnica – od nazwy rzeki Łomnica płynącej przez wieś.

    8. Gruszków – od nazwy drzew owocowych-gruszy.

    9. Krogulec – od nazwy drapieżnego ptaka z rodziny sokołów.

    10. Strużnica – od strugania drewna ( strużki ).

    11. Kostrzyca – od nazwy wysokich, twardych i szczeciniastych traw.

Nazwy miejscowości obecne i dawne w naszej gminie.

  1. Turońsk – Erdmannsdorf-Zillerthal.

  2. Łomnica – Lomnitz – Lohmnitz – Lomenitcz – Lompnicz – Lampnicz.

  3. Kostrzyca – Gniewkow – Quirl – Quierl – Quirdel – Twirl.

  4. Bukowiec – Bukownik – Zylandowo – Buchwald – Buchwalde – Buchwalth.

  5. KarpnikiRybnik – Fischbach – Viesbache – Vischbach – Wysbach.

  6. WojanówSarbiewo – Szydłów – Schildau – Schildow.

  7. BobrówBoberstein – Boberstain.

  8. DąbrowicaDębowa Góra – Eichberg – Aichberg.

  9. KrogulecJadwinów – Sodrich – Soedrich – Soldrich – Soderich – Sedrich.

  10. Gruszków – Niedzwiedziska – Grzeszków – Barndorf – Berndorf – Berndorff.

  11. Strużnica – Nowa Wieś – Neudorf – Neu Fischbach.

Najwyższe szczyty górskie w naszej gminie.

  1. Skalnik – 945m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  2. Starościńskie Skały – 719m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  3. Krzyżna Góra – 654m n.p.m. w Górach Sokolich.

  4. Sokolik – 642m n.p.m. w Górach Sokolich.

  5. Średnica – 620m n.p.m. między Bukowcem a Skalnikiem.

  6. Koziniec – 462m n.p.m. w Dąbrowicy.

  7. Buczek – 456m n.p.m. w Górach Sokolich.

  8. Rudzik – 500m n.p.m. w Górach Sokolich.

  9. Browarówka – 510m n.p.m. w Górach Sokolich.

  10. Tunelowa Góra – 440m n.p.m. w Wojanowie.

  11. Jańska Góra – 565m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  12. Mrowiec – 513m n.p.m. w Mysłakowicach.

  13. Skalica – 749m n.p.m. obok Skalnika.

  14. Świnia Góra – 751m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  15. Lwia Góra – 718m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  16. Brzeźnik - 555m n.p.m. między Bukowcem a Kowarami.

  17. Czortowiec - 552m n.p.m. między Gruszkowem a Bukowcem.

  18. Strużnickie Skały – 550m n.p.m. w Rudawach Janowickich.

  19. Bukowa – 550m n.p.m. między Bukowcem a Wojkowem.

  20. Mężykowa – 543m n.p.m. między Karpnikami a Strużnicą.

  21. Gruszkowska Góra – 535m n.p.m. między Gruszkowem a Strużnicą.

  22. Płonica – 507m n.p.m. między Krogulcem a Strużnicą.

  23. Bramka – 495m n.p.m. między Bukowcem a Wojkowem.

  24. Dłużyna – 465m n.p.m. między Krogulcem a Gruszkowem.

  25. Radziwiłłówka – 465m n.p.m. między Kostrzycą a Kowarami.

  26. Bucznik – 451m n.p.m. między Łomnicą a Karpnikami.

  27. Parkowa – 545m n.p.m. między Bukowcem a Wojkowem.

  28. Ziębiniec 449m n.p.m. między Czarnem a Łomnicą.

  29. Krzyżowa Góra 443m n.p.m. między Mysłakowicami a Staniszowem.

  30. Czerwoniak – 456m n.p.m. między Mysłakowicami a Staniszowem.

  31. Radlica – 403m n.p.m. między Łomnicą a Wojanowem.

  32. Lisiak – 435m n.p.m. między Krogulcem a Strużnicą.

Przełęcze i rozdroża w naszej gminie.

  1. Karpnicka Przełęcz – 475m n.p.m. miedzy Karpnikami a Trzcińskiem.

  2. Przełęcz pod Brzeźnikiem – 495m n.p.m. Wojkowem a Bukowcem.

  3. Rozdroże pod Jańską Górą – 550m n.p.m. Rudawy Janowickie.

  4. Przełączka – 525m n.p.m. między Sokolikiem a Krzyżną Górą.

  5. Przełęcz pod Średnicą – 595m n.p.m. Wojkowem a Gruszkowem.

  6. Przełęcz Rudawska – 739m n.p.m. Rudawy Janowickie.

  7. Rozdroże pod Bielcem – 779m n.p.m. Rudawy Janowickie.

Rzeki przepływające przez teren naszej gminy.

  1. Bóbr – przepływa przez Bobrów, Wojanów i Dąbrowicę.

  2. Łomnica – przepływa przez Mysłakowice i Łomnicę.

  3. Jedlica – przepływa przez Kostrzycę, Bukowiec, Mysłakowice i Łomnice.

  4. Karpnicki Potok – przepływa przez Strużnicę, Karpniki i Wojanów.

  5. Łupia – przepływa przez Krogulec.

 

14-12-2022 admin

Dodaj komentarz

Śledź nas

Newletter

O nas

Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można zaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym. 

Wszystkie materiały, fotografie, grafiki chronione są na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych strona www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com.