×
Siódma cześć artykułu Emila Pyzika
W pewnej gospodzie przeczytał w gazecie o budowie wieży widokowej koło Drezna. Zaraz napisał do przewodniczącego tamtejszego związku, z prośbą o przesłanie mu statutu. W kilka dni otrzymał statut oraz zachętę do działalności. Dnia 1 czerwca 1880 roku napisał list do księcia Reuss (Głównego Radcy Okręgowego w Jeleniej Górze), z prośbą o pozwolenie założenia takiej organizacji. Napisał również broszurę pt. Cele i środki Związku Towarzystwa Karkonoskiego. Po wydaniu jej, napisał list do burmistrza Jeleniej GóryBassenge, aby zechciał zostać przewodniczącym Komitetu Założycielskiego Związku Towarzystwa Karkonoskiego. Usiłował również zaangażować głównego właściciela Karkonoszy hrabiego von Schaffgotscha oraz jego urzędników.
Dnia 7 czerwca 1880 roku w Posłańcu Karkonoskim ukazała się notatka ...Wszyscy panowie zainteresowani Związkiem Karkonoskim proszeni są o stawienie się w piątek dnia 9 lipca o godzinie 8,oo wieczorem w restauracji Schrmanna (pokój w wieży )celem omówienia i założenia związku...Utworzono komisję składającą się z panów: Bassengo, Fieck, Semper, Wieluf i Donat. Jej zadaniem było opracować tymczasowy statut. W kilka dni później grupa ta składała się już z 47 członków z tutejszej okolicy i innych części Śląska.
Podpisano odezwę do udziału dalszych ochotników. Dnia 1 sierpnia 1880 roku wybrano Zarząd który składał się wyłącznie z mieszkańców Jeleniej Góry. W 2 dni później T. Donat utworzył pierwszą sekcję w Erdmannsdorf (Mysłakowice), która zaraz zdobyla aż 51 członków. Na jej czele stanął T. Donat, a pomagali mu jego przyjaciele: Schveitzer, Colmann, Baum, Wittver i Gunther.
Postawili sobie za cel aby ich sekcja RGV we wszystkim była najlepsza i zawsze pozostawała na czele RGV, ciągle starali się o nowych członków. Dnia 29 grudnia 1884 roku, czyli po 4 latach prowadzenia związku i gazety Wędrowiec został zaatakowany przez swoich przeciwników. Niesłuszne oskarżenia bardzo go zraniły, dlatego postanowił zrzec się stanowiska naczelnego redaktora tygodnika Wędrowiec. W istocie chodziło o to aby Donata pozbawić dochodów oraz usunąć z intratnego stanowiska w gazecie. Była to zemsta dr Zachariasa za ośmieszenie go przez Donata w wydawanym tygodniku.
W ciągu 10 lat działania RGV w Mysłakowicach tj. od 1880 – 1890 roku (czyli do śmierci Donata) ich zadaniem było stworzyć tyle, ile jest w ich możliwościach finansowych: 1. Zakupienie dwóch wielkich panoram Karkonoszy, z których jedna przez wiele lat wywieszona była na dworcu w Gerlitz, zaś druga znajdowała się również na dworcu w Kreug. Ich celem było zachęcić jak najwięcej ludzi do przyjazdu w Karkonosze.
2. Literacka propaganda o tutejszych górach (Karkonosze i okolice).Dlatego wydano książkę o historii tutejszej miejscowości, jak również artykuły w dużych gazetach o Karpnikach, Bukowcu i Mysłakowicach.
3. Utworzenie stypendiów wakacyjnych podróży.
4. Utworzenie obszernego zbioru minerałów tutejszych gór, które wzbogacane przez drogocenne darowizny ze strony członków grupy, zostały przekazane do Muzeum w Jeleniej Górze.
5. Wszelkie wydatki pokrywała grupa ze swoich składek.
Oprócz tego Teodor Donat miał na tyle czasu aby piastować różne funkcje w swoich Mysłakowicach. Był długoletnim naczelnikiem Gminy Erdmannsdorf (aż do chwili połączenia obu części w jedną gminę Erdmannsdorf-Zillerthal). Miał czas na gromadzenie i spisywanie zdarzeń w Mysłakowicach i okolicznych wioskach. Napisał i wydał książkę pt. Historia Mysłakowic od 1385 – 1890 roku. W książce tej opisał dzieje naszej wioski z kronikarską dokładnością, z której korzystamy do dnia dzisiejszego, mimo że od tamtego czasu upłynęło aż 115 lat.
10. Zabytki Mysłakowic.
Pałac królewski rodziny Hohenzollernów.
Do cennych zabytków Mysłakowic należy pałac królewski, usytuowany w pobliżu rozległego parku, obok kościoła, nad rzeką Łomnicą. Pierwszy pałac w miejscu dzisiejszej budowli wznieśli Kalkreuthowie pod koniec XVIII wieku. Był to skromny budynek barokowy na rzucie podkowy otwartej od południa. W 1818 roku feldmarszałek von Gneisenau zlecił jego przebudowę dla własnych potrzeb. Gruntownej przeróbki dokonano według planu malarza i architekta Józefa Raabe. Zachowując plan podkowy, dobudowano werandę o 5 drzwiach i podwyższono mury o półpiętra, uzyskując w ten sposób drugą kondygnację. Łamany dach wsparto na wewnętrznych ścianach działowych. Wnętrze wyposażono według upodobania i zamożności hrabiego. W tej postaci pałac przetrwał 20 lat.
W 1832 roku od wdowy hrabiego, pałac zakupił król pruski Fryderyk Wilhelm III, przeznaczając go na letnią rezydencje. W tym czasie przeróbek dokonano tylko we wnętrzu pałacu, dostosowując go do wymagań monarchy. Prawdopodobnie częściowo też zmieniono umeblowanie, tapety i dywany. W takim stanie pałac pozostał dalszych 10 lat.
Po śmierci króla w 1840 roku, jego syn i następca tronu Fryderyk Wilhelm IV, odkupił rezydencje od wdowy, księżnej Legnitz (druga żona króla Fryderyka Wilhelma III ). Jeszcze podczas swego pobytu w Mysłakowicach od 15 – 25 sierpnia 1840 rokukról przekazał dyrektorowi komisji budowy pałacu, Augustowi Stulerowi, udającemu się na ceremonię składania hołdu do Królewca, swoje projekty, dotyczące przebudowy. Młody król życzył sobie – częściowo z powodów praktycznych i na swe wyobrażenia o królewskiej letniej rezydencji, aby dotychczasowy pałac uległ przemianie. Stuler przesłał swój projekt jeszcze we wrześniu 1840 roku, kiedy architekt królewski Karl Schinkel poważnie zapadł na zdrowiu. Zrealizował go dopiero w latach 1841 - 1844 budowniczy Hamann. Budowla została podniesiona o pełne górne piętro, a oplatający je blankowany gzyms skrywa dach. Odznaczające się spójnością ściany z małymi oknami z czworokątnymi, załamującymi się okapami, stwarza nastrój zamku gotyckiego, ożywionego z każdej strony inną formą.
Od strony północnej był to płaski, trójosiowy ryzalit, na którym wznosił się balkon, podkreślający wjazd. Od wschodu zrobiono wykusz w którym mieścił się pokój mieszkalny królowej. Na południu powiększone zostało połączenie między skrzydłami. Pomieszczenie to znane jest, jako salon kwiatowy posiadało 5 oszklonych drzwi. Od 1818 roku zamiast ściany były tu 4 kolumny, na których opierały się drzwi. Z sali tej wychodził teraz balkon. Pokoje mieszkalne pary królewskiej umieszczone zostały po obu stronach sali kwiatowej.
Największym zmianom pod wpływem Stulera uległa strona zachodnia. W miejsce wcześniejszego, okrągłego dachowego belwederu, powstała tu kojarząca się ze średniowiecznym pałacem wieża, z której można było podziwiać daleki krajobraz. Ośmioboczna wieża kończy się wieńcem okien i nad nimi platformą widokową. Od strony zachodniej wjazdowej przylegają do niej dwie kondygnacje pomieszczeń, a od południa jednopiętrowa ozdobiona sklepionymi oślimi grzbietami oknami, zakończona półokrągło sala jadalna. Pomieszczenia pod jadalnią pokrytym asfaltem dachem były przechodnie, a w suterenie znajdowała się kuchnia i spiżarnia.
Jadalnia, to dość osobliwa w swoim kształcie przybudówka która przypomina oranżerie lub prywatne kaplice. Autorem tego projektu był sam król. Można się tylko domyślać jego wizji o wyposażeniu, oglądając później tam malowidło pokazujące założenie przez św. Jadwigę klasztoru w Trzebnicy. W oknach klasztoru wymalowano kolorowe herby miast i księstw śląskich „ o kształcie i porządku, zgadzającym się z okresem historycznym, na który wskazuje architektura sali. Malarz witrażowy Heinrich Muller, był twórcą witraży herbowych w Mysłakowicach.
Muller któremu Stuler pragnął wyrządzić tym zleceniem przysługę, nie dorobił się na nim majątku, gdyż przeznaczał na pracę przy tych witrażach o wiele więcej czasu niż było to przewidziane w zawartej uprzednio umowie. Również i do innych pomieszczeń pałacowych przewidziano dekoracje witrażową. W listopadzie 1850 roku nadeszły 3 skrzynie z witrażami do sali kwiatowej, z czego część była w transporcie potłuczona. Muller wtedy jednak już nie żył i nie wiemy czy witraże zostały wstawione i jak wyglądały.
Parterowe pomieszczenia w pałacu były wyłożone drewnianą boazerią oraz pomalowane na jeden kolor lub wytapetowane. Sufity tych sal były pokryte drewnianymi kasetonami. Tylko sala bilardowa miała sklepienie żebrowe.
Pałac w swej nowej formie, otynkowany na piaskowy kolor, prezentował się okazale a pokaźnych rozmiarów wieża konkurowała z wieżą kościelną . We wnętrzu pałacu znajdowały się wyroby ze srebra, szkła i porcelany oraz ciekawe meble i obrazy malowane na szkle.
Na dziedzińcu znajdowała się fontanna otoczona wysokim żywopłotem. Przy wejściu do pałacu stały dwie duże postacie halabardników, które wykonał Vogt z Wrocławia około 1845 roku. Ostatnim właścicielem pałacu był Gustaw Rudolf. Podczas II wojny światowej w pałacu mieściła się siedziba S.A. oraz przechowywano tu zbiory i dokumentację Urzędu Konserwatorskiego z Berlina i Wrocławia oraz Biblioteka Akademii Sztuk Pięknych z Berlina i zbiory prywatne Po zakończeniu wojny, od maja do października 1945 roku kwaterowało w nim dowództwo Armii Czerwonej ZSRR. Pałac uległ wtedy wielkiej dewastacji. Przez krótki czas mieściła się tam również siedziba Monopolu Rolniczego. Do 1950 roku pałac stał pusty i uległ dalszej dewastacji, wreszcie przejęły go władze lokalne i po wielkim remoncie i adaptacji w 1953 roku otwarto w nim szkołę podstawową. Na dziedzińcu szkoły w 1991 roku ustawiono pomnik Johannesa Fleidla, który przywieziono tu z Bierutowic (Karpacz Górny). Wyremontowano i udostępniono dla turystów wieżę widokową, z której można podziwiać wspaniałą panoramę Karkonoszy i Kotlinę Jeleniogórską.
Kościół ewangelicki.
Po nabyciu Mysłakowic w 1832 roku, król pruski Fryderyk Wilhelm III postanowił je rozbudować. Jedną z pierwszych budowli miał być kościół, a przy nim dom parafialny i szkoła z mieszkaniem dla nauczyciela. Do tej pory w Mysłakowicach nie było nigdy kościoła. Katolicy należeli do parafii w Łomnicy a ewangelicy do 1750 roku musieli szukać swojej świątyni w oddalonych miejscowościach, zaś od 1751 roku należeli również do parafii w Łomnicy bo tam wybudowano już dom modlitwy dla ewangelików.
Najważniejszą budowlą Schinkla w Mysłakowicach jest kościół. Jego projekt był gotowy w styczniu 1836 roku. Budowniczy Frey wykonał kosztorys i plany robocze, opiewający na 17.709 talarów oraz prowadził budowę w stałym kontakcie z Schinklem. Kościół w Mysłakowicach należy do późnych budowli sakralnych Schinkla. Zwolniony on został od przymusu stosowania dużych wnętrz, które obowiązywały w przypadku dużych kościołów w Berlinie. Zaprojektował on prostokątną budowlę jednonawową z wieżą, zakończoną półokrągłą apsydą. Kościół kryty jest płaskim, wystającym na zewnątrz dachem, co wskazuje na jego wiejski charakter. Wieża i apsyda ozdobiona jest włoskim fryzem arkadowym, przystosowanym do krajobrazu tej okolicy. Kościół został usytuowany na południe od pałacu, na skraju parku, na usypanym półokrągłym tarasie. Wokół posadzona ma być niska roślinność, tak by nie przysłaniała widoków na Karkonosze i okolicę. Schinkel przekazał również dokładne zalecenia co do projektu wnętrza. Ściany miały być pokryte szarym, imitującym marmur malunkiem, a kompozycja stropu z niebieskimi kasetami w gwiazdy ma przypominać nieboskłon. Ściany zewnętrzne o mlecznobiałym kolorze podzielone są purpurowo obramowanymi oknami. Ten sam kolor okala wieżę zegarową. Cyfry na tarczy zegarowej mają być namalowane złotą farbą. W imieniu króla wszystkie prace nadzorował minister von Rother, osoba ściśle związana z powstaniem osady tyrolskiej,
przędzalni itp. Projekt reprezentował styl budownictwa włoskiego, szczególnie wieża przypominająca dzwonnicę z Placu św. Marka w Wenecji. Kościół został usytuowany w pobliżu rezydencji królewskiej, w pięknym parku, będącym wówczas w rozbudowie. Kamień węgielny położono 12 września 1836 roku w obecności księcia Wilhelma (pana na zamku w Karpnikach), brata królewskiego.
Frey próbował zadowolić ministra Rothera, który popędzał budowniczych i przed każdą wizytą króla, przyśpieszał końcowe roboty poszczególnych części, nie przyjmując do wiadomości jakichkolwiek trudności miejscowych. Obraz tej sytuacji oddaje sprawozdanie o tym, jak próbował nadaremnie nakłonić przybyłych do Mysłakowic Tyrolczyków do pracy przy budowie. Zdarzyło się to wkrótce po ich przybyciu, zanim zdążyli wybudować swe domy. Przywykli byli oni do pracy tylko przez trzy dni w tygodniu, gdyż w poniedziałki medytowali nad niedzielnym kazaniem, w środę czytali biblię, a w piątki odbywali duchowe kształcenie. Życzyli sobie przy tym podawania jedzenia, nie chcieli ziemniaków i w końcu przestali w ogóle przychodzić do pracy, gdy okazało się, że ich dniówka miała kosztować 5 srebrnych groszy, podczas gdy i bez pracy otrzymywali dziennie 4 grosze zapomogi. Prace budowlane postępowały bardzo szybko i 3 sierpnia 1838 roku miało się odbyć uroczyste poświęcenie kościoła. Niestety, stało się inaczej. W piątek, 8 czerwca 1838 roku, o godzinie 6,30 rano nastąpiła katastrofa – zawaliła się wieża kościelna. Do ukończenia budowy zabrakło półtora dnia. Pod gruzami zginęło 10 robotników, a 4 zostało rannych. Uratował się tylko robotnik, który zniósł ubranie i zatrzymał się w przedsionku. Na temat tragedii krążyły różne opowieści. Jedni mówili, że wieża miała za słabe fundamenty, drudzy że do budowy użyto złych materiałów, inni przypisywali winę złym warunkom atmosferycznym, a jeszcze inni że kościół ustawiono na sztucznie usypanym wzgórzu po założeniu stawu. Na rozkaz rozgniewanego króla, przybyłego do Mysłakowic 18 czerwca 1838 roku, wszczęto dochodzenie, po zakończeniu którego budowniczy Gustaw Fray z Kowar i mistrz murarski
Karol Teodor Christmann z Jeleniej Góry orzeczeniem sądu zostali pozbawieni prawa wykonywania zawodu. Fray z Kowar, który przejął się niezmiernie wypadkiem, popadł w obłęd i zmarł w 1840 roku. Król zajął się losem wdów i sierot. Wydał polecenie wstrzymujące budowę kościoła według dotychczasowych planów. Nakazał rozebrać go całkowicie i przystąpić do budowy nowego, ale opartego na solidnych założeniach budowlanych.
Zgodnie z projektem Schinkla, był on przedłużony o dwie osie okienne, a pod emporami przebiegał dodatkowy rząd okien. W tym samym miejscu wybudowano więc nowy kościół, już większy gdyż przybyło wiernych (protestanci z Tyrolu). Budowa została powierzona Hamannowi, królewskiemu budowniczemu z Berlina. Ostatecznie kościół został poświęcony 8 grudnia 1840 roku w obecności ministra von Rothera i wielu innych osobistości.
Królowi Fryderykowi Wilhelmowi IV, nie podobało się płaskie zakończenie wieży, dlatego w 1858 roku zlecił jej przebudowę, na styl gotycki. Została ona podwyższona do wysokości 50 m (poprzednio miała 30m). Koszt przebudowy pokrył król z prywatnej kasy.
Wieża kościelna wsparta jest na kwadracie o wymiarach 6,5 x 6,5m i znajduje się po stronie zachodniej kościoła, a przejście pod nią stanowi główny portal. Najcenniejszym fragmentem tej klasycystycznej budowli są dwie marmurowe kolumny z Pompei, podtrzymujące przedsionek. Ofiarował je Fryderykowi Wilhelmowi III król Neapolu.
Organy wyróżniające się silnym głosem wykonał w 1840 roku za 2.000 talarów mistrz Karl Friederich Buckow. Dzwony odlał jeleniogórski ludwisarz Siefert. Stanowiły one dar królowej Elżbiety dla tutejszego kościoła, a umieszczono je w gotyckim hełmie wieży ( w latach I wojny światowej zostały przekazane na cele wojskowe, a nowe dzwony zakupiono w 1923 roku za pieniądze zebrane wśród ludności ).
Przed kościołem stał krzyż metalowy zaprojektowany przez Stulera według szkiców
króla z płaskorzeźbą na medalionie króla Fryderyka Wilhelma III, po bokach którego znajdowały się dwie postacie chłopięce symbolizujące Śląsk i Tyrol wspierający ten medalion. Krzyż ten ufundował król Fryderyk Wilhelm IV, a wykonał go rzeźbiarz Rauch. Ustawiono go przed kościołem 7 czerwca 1842 roku. Kościół otynkowano na kolor żółtozielony w czerwone linie. W dalszej przyszłości król zamierzał otoczyć kościół arkadami, lecz pomysł ten pozostał tylko w projekcie.
Z płaskorzeźbą związana jest tragiczna historia. Chłopiec z Mysłakowic, służący rzeźbiarzowi jako model, popełnił 8 lat później mord rabunkowy i wiele lat spędził w więzieniu. Ułaskawiony, wyemigrował do Ameryki i tam ciężką pracą dorobił się majątku, zyskując szacunek. Pod koniec życia odwiedził wraz z rodziną Mysłakowice.
We wschodniej części świątyni jest półkolista apsyda, we wnętrzu której ustawiony był ołtarz główny, spalony w 1946 roku. Po prawej stronie prezbiterium była drewniana ambona, na jednej wysokiej nodze. Sięgała ona do połowy balkonu, zaś stojący tam pastor sięgał do końca balkonu. Wejście na ambonę było zapewne z zakrystii mieszczącej się po prawej stronie ołtarza.
Po lewej stronie ołtarza, symetrycznie do ambony, stała chrzcielnica zakryta białym obrusem. Chrzcielnica ta znajduje się obecnie w tylnej części kościoła pod chórem po prawej stronie przy wejściu. Po bokach ołtarza na ścianie apsydy, wisiały dwa portrety: króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III i IV każdy z nich obrany był w mundur wojskowy. Obecnie w tym miejscu namalowane są postacie świętych. Ołtarz główny skromny i drewniany, sięgał do wysokości zakończenia ambony i zawierał obraz Zbawiciela, a namalował go Remye z Berlina. Organy posiadały 19 głosów i 30 rejestrów oraz 1.120 piszczałek. W prezbiterium przed ołtarzem na podłodze leżał skromny dywan w pasy. Po lewej stronie na balkonie wydzielono specjalne miejsce dla monarchy i jego rodziny, do którego mogli oni wchodzić z lewego pomieszczenia obok ołtarza, krętymi schodami na balkon. Monarcha również miał oddzielne wejście do świątyni, z przodu po lewej stronie (dzisiaj schody zlikwidowane). Pod apsydą znajduje się podpiwniczenie. Z lewej strony kościoła znajdowała się piękna wodna kaskada, a nad nią kamienny mostek, rozebrany w latach 90-tych.
Dnia 2 sierpnia 1837 roku Schinkel pisał do Rothera, że znajdujący się w budowie kościół jest ... w całości zgodny z projektowanym obrazem...Widok ten, szczególnie godny uwagi od strony zachodniej, na tle Sokolików, utrwalił pędzlem w 1840 roku August Wilhelm Schirmer. Pomalowany na biało proste formy architektoniczne odznaczają się od otaczającej je zieleni. Biało-niebieski był również mostek parkowy.
Schinkel uważał, że...po stronie brukowanej drogi z dużymi drzewami będzie jeszcze sporo do zrobienia, aby skutecznie przykryć stare, nieuporządkowane zagrody chłopskie i stary młyn, gdyż obiekty te muszą całkowicie zniknąć z oczu, a zamiast nich pojawić się mają przyjemne dla oka zgrupowania drzew, pod którymi będzie można pofantazjować sobie o dalszym krajobrazie...
W toku tych przemian nie zniknęły jednak powstałe w następnych latach domy tyrolskie, gdyż według panującej wówczas opinii stanowiły wzorzec tradycyjnej formy budownictwa. Stały się one raczej zaczynem pewnej mody tzw. tyrolskiej. W takim to właśnie stylu powstały w następnych latach: Dom Rothera (Czerwony Dwór), Dom Hamanna (między pałacem a kościołem), Willa Liegnitz (mały budynek szkoły), i wiele więcej tak w Mysłakowicach jak i w najbliższej okolicy.
Król Fryderyk Wilhelm III na budowę kościoła w Mysłakowicach wyłożył 26.000 talarów. Wymiary kościoła według projektu wynoszą w stopach: długość 84,5 stóp, szerokość 39,5 stóp, wysokość 110 stóp. Miejsc siedzących było 486, a wszystkich około 800 miejsc.
Park obok pałacu królewskiego.
Mysłakowicki park, znajdujący się w pobliżu pałacu i kościoła, należy do zabytków. Zajmuje on powierzchnię ponad 13 ha, z czego 3,4 ha to staw z dwoma wyspami. Rośnie w nim około 1900 drzew i 50 gatunków krzewów, pochodzenia rodzimego i obcego. Do najbardziej popularnych należą: dąb szypułkowy – 380 sztuk, lipa drobnolistna – 335 sztuk, klon pospolity – 285 sztuk, klon jawor – 95 sztuk, brzoza brodawkowata – 75 sztuk, buk pospolity – 63 sztuki, jesion wyniosły – 45 sztuk, świerk pospolity – 45 sztuk, itd.
Występują także, tworząc podszyt i podrost – leszczyna, głóg, czeremcha, bez czarny i koralowy, kalina koralowa i bardzo rzadko spotykany krzew – trzmielina. W wojewódzkim rejestrze pomników przyrody znajdowało się 23 obiekty (ale od tego czasu w okolicy wiele razy szalał wiatr halny, który zapewne zmniejszył ten wykaz). Do pomnikowych drzew zaliczono dąb szypułkowy – o obwodzie 670 cm i 150 lat, lipa drobnolistna – obwód 350 cm i 120 lat, świerk pospolity – obwód 300 cm i 120 lat. Uczniowie szkoły podstawowej w Mysłakowicach w 1992 roku oznakowali drzewa tabliczkami, łatwo je było wtedy zidentyfikować. Jednak do dnia dzisiejszego tylko na nielicznych pomnikach zachowały się tabliczki informacyjne.
Historia parku jest ciekawa i rozpoczyna się 20 lipca 1833 roku, kiedy to król Fryderyk Wilhelm III wydał urzędowe zezwolenie na jego założenie. Plany sporządził dyrektor Ogrodów Królewskich – Teichen, nadzorowany przez słynnego twórcę stylowych parków Józefa Lenne i architekta Karola Schinkla. Krajobrazowy, rozległy park w stylu angielskim, organicznie związany był z charakterem i ukształtowaniem okolicznego terenu.
Ukształtowanie terenów położonych wokół Mysłakowic, w większości wykorzystanych rolniczo, w duchu ogrodów artystycznych rozpoczęło się wraz z pierwszą wizytą Lennego w Mysłakowicach. Już rok wcześniej był on proszony listownie przez ministra Rothera, aby przy okazji swej wizyty w Berlinie odwiedził go i porozmawiał na temat parku, ponieważ ...Jego wysokość król raczył okazać podczas swej wizyty w Mysłakowicach niezwykle duże zainteresowanie tamtejszymi założeniami parkowymi...
Dwa zachowane z tego roku projekty prezentują posiadłość z 7 stawami, które między pałacem a miejscem przeznaczonym na budowę kościoła, wykazują charakterystyczne dla sztuki ogrodowej ozdobniki. Po zakupieniu terenów leżących pomiędzy pałacem a kościołem i zburzeniu istniejących, zasłaniających widok budowli, Lenne miał możliwość założenia tu terenu, którego zadbany trawnik rozciągał się aż po stojący nad brzegiem stawu kościół.
Wokół pałacu założono dywany kwiatowe, fontanny, posadzono rzadkie rośliny, krzewy ozdobne i drzewka. Pierwotny ogród ozdobny (za czasów marszałka), stał się wielkim ogrodem warzywnym, chronionym przed obcymi gęsto posadzonymi krzewami oraz zabudowaniami cieplarni i stajni.
Po drugiej stronie ogrodu warzywnego znajdował się właściwy park pałacowy. Zaplanowane z rozmachem drogi dla powozów na obrzeżach parku oraz mniejsze w pobliżu brzegów pozwalały na wspaniałe piesze wycieczki. Całe założenie parkowe składało się z leżącego w pobliżu pałacu dywanu kwiatowego, właściwego parku wzbogaconego stawami z rzadkimi okazami drzew i krzewów i upiększonego dekoracyjnymi budowlami oraz z pięknego w tle krajobrazu górskiego Karkonoszy ze Śnieżką w środku.
Minęły już czasy czysto dekoracyjnych budowli i sztucznych ruin, co występowało wcześniej w Staniszowie, Karpnikach czy Bukowcu. Zachowały się do dnia dzisiejszego listy zamówień roślin sporządzonych przez Teichlera dla parku mysłakowickiego: 171 nazw drzew, krzewów i roślin w porządku alfabetycznym. Była to roślinność, która występowała zarówno w Mysłakowicach jak też w okolicznych lasach, należących do majątku. Wszystkie inne zamawiane były zgodnie z pozwoleniem ministra von Rothera w Królewskiej Szkółce Leśnej w Poczdamie. Zachowane szkice pokazują dokładnie miejsca gdzie zostały posadzone.
Lenne nie docenił początkowo ostrego klimatu jaki panuje pod Karkonoszami, dlatego z tego powodu trzeba było uzupełniać rośliny które ni przeżyły tutejszej zimy i zamienić je na inne. Nad północnym brzegiem dużego stawu stała 6 metrowej wysokości brama ze szczęk wieloryba. Zakupił je król Fryderyk Wilhelm IV, za 45 talarów od pani Hermann z Wrocławia. W latach 80-tych brama runęła do stawu. Dopiero przy czyszczeniu stawu zostały wydobyte, ale połamane i z licznymi brakami. Metalowy stelaż pod szczęki wykonali pracownicy DZPL Orzeł, zaś konserwacje wykonała specjalistyczna firma. Jednak brama nie może znowu stać w swoim miejscu, gdyż zakonserwowano je do pobytu we wnętrzu, potrzebna jest więc odpowiednia gablota, na którą nie ma funduszy. Szczęki przebywają od 10 lat na plebani u księdza proboszcza i tam je można oglądać.
Na terenie parku wzniesiono liczne budowle jak: Belweder, Herbaciarnię, Altanę z kołem młyńskim, Willę Liegnitz ( willę w stylu tyrolskim, zbudował Fryderyk Wilhelm IV dla swojej macochy, drugiej żony swego ojca w 1843 roku, obecnie drugi budynek szkoły od 1960 roku.). Dom Hamanna ( między pałacem a kościołem znajduje się dom mieszkalny w stylu tyrolskim obok drogi, zbudowany został w 1838 roku). Poprowadzono nowe drogi dojazdowe, między innymi Drogę Królewską, która łączy rezydencję mysłakowicką z siedzibą królewskiego brata w Karpnikach. Na wzgórzu Krzyżowa Góra, ustawiono granitowy krzyż widoczny z okien pałacu. Urządzono tam, wykorzystując skałki romantyczne miejsce do odpoczynku. Do dziś skałki te noszą nazwę Kamienna Altana.
W późniejszym czasie w parku ustawiono pomniki: pomnik poświęcony żołnierzom z Mysłakowic które zginęły w czasie I wojny światowej, pomnik ku czci Teodora Donata – współtwórcy założenia Towarzystwa Karkonoskiego RGV, pomnik ku czci Mieczysława Orłowicza – czerwony szlak z Paczkowa do Świeradowa, pomnik dla cesarza Wilhelma. Park był przepiękny, wspaniale utrzymany i ogrodzony – za wejście trzeba było płacić( np. w 1910 roku wejście do parku kosztowało 4 fenigi).
Domy tyrolskie 1838 – 1840.
Kolonia tyrolska o obco brzmiącej nazwie Zillerthal wraz z osiadłymi tam mieszkańcami tworzyła obcy folklorystycznie, prawie egzotyczny element w Kotlinie Jeleniogórskiej. Po obu stronach drogi prowadzącej od traktu kowarskiego powstała luźna zabudowa gospodarstw tyrolskich uszeregowana w dwóch rzędach, które na tle gór tworzyły nowy, niezwykły i romantyczny obraz wsi.
Aby ułatwić kolonistom zadomowienie się na tym terenie, wzniesiono dla nich domy w stylu charakterystycznym dla obszaru Tyrolu. W odróżnieniu od charakterystycznych dla Śląska frankońskich zagród chłopskich (trzy budynki wokół czworobocznego podwórza), lub jednopiętrowych domów przysłupowych były to zagrody jednobudynkowe, z dwupiętrową częścią mieszkalną, oborą i stodołą pod jednym dachem.
Na parceli nr 1 został wybudowany dom wzorcowy. Gospodarstwo to należało do rodziny Oblasera, która prowadziła tam zajazd. Niestety dom ten nie zachował się, spłonął w 1883 roku i zastąpiony został nowym murowanym budynkiem, pozostał jednak zajazd Tirolerhof – Dom Tyrolski i pełnił tę funkcję do 2000 roku.
Ten wzorcowy dom był punktem wyjściowym do dyskusji i ustaleń dotyczących kształtu przyszłych domów. Różniły się one wielkością, jednak pod względem formy były w zasadzie bardzo podobne. W niektórych wejścia znajdowały się na dłuższej ścianie, inne w ścianie szczytowej. Istniały też różnice w wyposażeniu warsztatów rzemieślniczych, np. kuźnia dla kowala Hechenleitnera lub młyn dla kolonii nad Jedlicą. Punkt sporny w przypadku wyposażenia stanowił np. piec, który Tyrolczycy chcieli ustawić tak, jak to było w zwyczaju w ich ojczyźnie. Dla kobiet i mężczyzn stanu wolnego, parobków i służących wybudowany został osobny budynek z małymi mieszkaniami (być może że dom ten stoi do dnia dzisiejszego i znajduje się na ul. Daszyńskiego.
Największą atrakcją Mysłakowic oprócz pałacu i kościoła są domy tyrolskie. Stanowią one unikatowy i oryginalny, obcy temu regionowi typ architektury drewnianej. Dom składa się z dwóch połączonych części: krótszej - mieszkalnej z drewna i dłuższej – gospodarczej z kamienia i cegły, zajmującej 2/3 długości budynku. Do drogi budynek tyrolski zwrócony jest boczną elewacją, wschodnią lub zachodnią. Zawsze jest to budynek dwukondygnacyjny.
Część mieszkalna, często na podmurówce z kamienia lub cegły, w pierwszej kondygnacji jest częściowo obmurowana a częściowo drewniana (w większości budynków tylko drewniana), natomiast przylegająca do niej część gospodarcza w pierwszej kondygnacji jest zawsze murowana. Druga kondygnacja całego obiektu jest drewniana. Obie części - mieszkalna i gospodarcza – są pokryte wspólnym, dwuspadowym dachem, o stromo spadających połaciach z silnie wysuniętym okapem. Dachy były kryte gontem, na to kładziono łupek, rzadziej dachówkę ceramiczną na zakładkę.
Typowy budynek był zakładany na planie silnie wydłużonego prostokąta orientowanego na osi północ-południe, z częścią gospodarczą nieco szerszą od mieszkalnej. Zdarzają się również domy założone na planie litery L, utworzone przez dwa prostokąty przylegające do siebie pod kątem prostym. Istniały także obiekty zbliżone do kwadratu, nie posiadające części gospodarczej. W budynkach tych przeważają układy dwutraktowe w części mieszkalnej z dwoma pomieszczeniami w każdym trakcie.
Na drugiej kondygnacji, przez całą szerokość budynku, biegnie obszerny korytarz, do którego przylegają dwie izby mieszkalne, wielkością odpowiadające pomieszczeniom z pierwszej kondygnacji. Obie kondygnacje łączą znajdujące się w sieni schody. Najbardziej charakterystyczne dla budowli tyrolskich są drewniane balkony, wsparte na bogato profilowanych wspornikach. Obiegają wszystkie elewacje mieszkalne na wysokości drugiej kondygnacji. Balustrady są bogato profilowane. Najczęściej w dekoracjach balkonowych występują stylizowane motywy roślinne w kształcie rozwiniętego kielicha tulipana lub lilii. Proste balustrady są zdobione ornamentem geometrycznym, złożonych z motywów serca, kwadratu, gwiazdy, trójliścia, wyciętym w deskach. Dół balustrady to najczęściej grzebień wycięty w jaskółczy ogon lub półkola. Charakterystyczny jest też w tych budynkach układ okien w elewacji bocznej (wejściowej) – zawsze dwa okna są rozmieszczone symetrycznie w obu kondygnacjach, natomiast w elewacji szczytowej znajdują się po trzy okna rozmieszczone nie symetrycznie.
Typowo tyrolski jest również podjazd przylegający na wysokości drugiej kondygnacji do części gospodarczej, jak i rozkład stodoły. Na parterze budynku znajdują się dwie duże izby mieszkalne – duży pokój reprezentacyjny i sypialny – rozmieszczone amfiladowo oraz sień, na osi której umieszczona jest kuchnia. Piętro to dwie izby mieszkalne i obszerny korytarz, z którego prowadzą drzwi na balkon i do stodoły. Stropy w izbach są przeważnie belkowane, we wnętrzach reprezentacyjnych belki są często profilowane lub malowane w stylizowane kwiaty. Przestrzenie między belkami bywają wypełnione deskami ułożonymi ukośnie lub prosto, a także listwami tworzącymi formy geometryczne.
Ściany w pomieszczeniach mieszkalnych, oszalowane deskami z listwami kryjącymi złącza są rodzajem boazerii ułożonej pionowo, a dalej poziomo. Pokoje mają podłogi drewniane, natomiast sień i kuchnię wykładano na ogół, ze względów praktycznych, kafelkami ceramicznymi. Domy stawiano najczęściej na terenach płaskich, w otoczeniu ogrodów, sadów i pól. W latach 1838 - 1840 wybudowano 56 domów, znajdują się one w kilku punktach Mysłakowic oraz w Sosnówce. Swoje osiedle Tyrolczycy nazwali Zillerthal na pamiątkę doliny, którą musieli opuścić. Kolonię domów w Sosnówce nazwano Hohen Zillerthal.
Pomnik Johanna Fleidla.
Johann Fleidl był jednym z przywódców ruchu protestanckiego w latach 30-tycz XIX wieku na terenie Tyrolu austriackiego. To właśnie jego wybrali po długim namyśle mieszkańcy wsi Mayrhofen i okolic – późniejsi wygnańcy – na swojego opiekuna i reprezentanta wszelkich interesów oraz przewodnika do nowej ojczyzny. Dzięki jego taktowi, zdolnościom dyplomatycznym i krasomówczym, król pruski Fryderyk Wilhelm III wyraził zgodę na osiedlenie się Tyrolczyków na terenie Śląska. Podopieczni zawdzięczali mu to, że dzięki jego staraniom , popieranym przez hrabinę von Reden z Bukowca, mogli szybko zagospodarować się na przyznanych im ziemiach.
Wnet po przybyciu do Kowar i zakwaterowaniu, Fleidl pojął za żonę córkę jednego ze współziomków. W Mysłakowicach zamieszkali w nowo wybudowanym tyrolskim domu nr 2, stojącym do dziś lecz sporo przebudowany, na ul. Cmentarnej, nad rzeką Jedlicą. W dalszym ciągu reprezentował interesy rodaków w nowej ojczyźnie. Zmarł 4 stycznia 1853 roku, w wieku 60 lat, wskutek przewlekłego zapalenia płuc. Pochowano go na cmentarzu mysłakowickim, gdzie została wydzielona kwatera dla Tyrolczyków w 1838 roku.
Wśród Tyrolczyków wciąż żywa była pamięć exodusu z 1837 roku. Postanowili więc uroczyście obchodzić 50 rocznicę przybycia na Śląsk. Głównym punktem uroczystości miało być odsłonięcie pomnika Johanna Fleidla. Jednak pomnik nie był gotowy na 23 września 1887 roku – tj. na 50 rocznicę przybycia do Kowar i odsłonięto go 3 lata później, 21 września 1890 roku. Początkowo pomnik stał na cmentarzu, później przesunięto go przed cmentarz.
Głównym inicjatorem budowy pomnika oraz jego fundatorem był Johann Bagg – najdłużej żyjący przybysz z Tyrolu ( zmarł w 1922 roku mając 90 lat ). Pomnik ma ponad 2 m wysokości. W jego centralnej części znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca głowę Fleidla w charakterystycznym tyrolskim kapeluszu. Płaskorzeźbę wykonano według rysunku E. Knippla, współczesnego malarza z Kowar, który wiernie odtworzył popiersie Fleidla znane w literaturze. Poniżej głowy znajduje się napis Johannis Fleidl.
W dolnej części wyryte są słowa hymnu ewangelickiego, co w tłumaczeniu na język polski brzmi Warownym grodem jest nasz Bóg. Na tylnej ścianie pomnika znajduje się napis Zur Erinerung an die Einwanderung der Zillerthal am 23 September 1837 gewidment von den Landsleuten ihrem Fuhrer Johann Fleidl, am 23 September 1890. Pomnik odsłonięto uroczyście z udziałem potomków osadników i orkiestry zdrojowej z Cieplic.
Po wojnie pomnik został bardzo zniszczony zwłaszcza płaskorzeźba. Pod koniec lat 80-tych ewangelicy z Bierutowic, przewieźli pomnik na cmentarz obok kościółka Vang. Po zmianie ustroju, nowa Rada Gminy Mysłakowice w 1990 roku zwróciła się z prośbą do Rady Gminy w Karpaczu o zwrot pomnika. We wrześniu 1991 roku pomnik wrócił do Mysłakowic i został ulokowany w nowym bezpiecznym miejscu czyli przed pałac, obecną szkołę.
Rada Gminy Mysłakowice wyasygnowała kwotę około 50 milionów zł na odrestaurowanie zniszczonego pomnika. Renowacji pomnika w 1993 roku dokonał miejscowy artysta rzeźbiarz Kazimierz Gałek. Powtórne odsłonięcie pomnika odbyło się bardzo uroczyście z udziałem zaproszonych gości: z parafii ewangelickiej w Karpaczu, Urzędu Gminy, młodzieży szkolnej i zainteresowanych mieszkańców. Odbyły się modły, śpiewano hymn ewangelicki oraz podano historię postawienia pomnika. Pomnik odsłonięto w maju 1994 roku.
Inne pomniki w Mysłakowicach.
Krzyż Tyrolski – został ustawiony przed kościołem, według projektu Stulera, na podstawie szkiców królewskich w 1842 roku przez Juliusza Gebhardta. Krzyż miał symboliczne znaczenie, ponieważ przedstawiał dwóch chłopców w tradycyjnych strojach Tyrolczyk i Ślązak, którzy podtrzymują medalion z wizerunkiem króla Fryderyka Wilhelma III. Krzyż został ufundowany przez następcę tronu Fryderyka Wilhelma IV.
W parku stały jeszcze dwa pomniki, cesarza Wilhelma i żołnierzy którzy zginęli na różnych frontach w I wojnie światowej z Mysłakowic.
Jak wywieziono obraz Madonna Holbeina z pałacu w Karpnikach w 1945r.
Stanisław Bernatt
Za najznakomitszą pracę malarza Hansa Holbeina młodszego uważa się wykonaną w 1525 roku tzw. Madonnę burmistrza bazylejskiego Jakuba Meyera. Potomkowie burmistrza, zmuszeni kłopotami finansowymi, sprzedali obraz bogatemu mieszczaninowi z Bazylei, Iselinowi, a wdowa po nim zbyła Madonnę burmistrza w 1633 roku, handlarzowi dziełami sztuki, Blondowi za 1000 dukatow.
Ten, zanim sprzedał oryginał bogatemu księgarzowi Lossertowi z Amsterdamu, zlecił wykonanie dokładnej kopii, którą jako oryginał sprzedał francuskiej królowej-wdowie, Marii de Medici. Po jej śmierci w 1642 roku kopia trafiła do pałacu Delphino w Wenecji, gdzie odkrył ją w 1743 roku faworyt elektora saskiego i króla polskiego Augusta II Mocnego, hrabia Francesco Algarotti. Rzekomo w 1690 roku wenecki bankier Awogardo obraz ten oceniony wówczas na 2000 cekinów – otrzymał w Amsterdamie na pokrycie wierzytelności.
Od Awogardo replikę Madonny nabył jeden z hrabiów Delphino. W rezultacie za 1000 cekinów obraz dostał się do galerii drezdeńskiej. Wisiał tam spokojnie jako ogólnie podziwiany oryginał, gdy w 1822 roku nadeszla do Drezna wiadomość, iż w Paryżu jest do nabycia identyczna Madonna, którą tamtejsi znawcy uważają za oryginał.
Paryski obraz nabył za 2500 talarów książę Wilhelm Pruski, późniejszy pan w Karpnikach a brat króla Fryderyka Wilhelma III pana na Mysłakowicach, ówczesny generalny gubernator Dolnej Nadrenii i Westfalii. Nabyty obraz ofiarował na urodziny swojej żonie Marii Annie, z domu księżniczce Hessen-Homburg. Równocześnie książę Wilhelm nabył w Karpnikach, zrujnowany zamek, który po przebudowie służył jako letnia rezydencja. Zamek ten i Madonnę Holbeina odziedziczyła po śmierci rodziców córka Elżbieta wydana w Darmstadt za księcia heskiego Karola. Syn ich, jako Ludwik IV, został wielkim księciem Hesji i pojął za żonę w 1862 roku córkę królowej angielskiej Wiktorii, Alicję. Książę Ludwik IV przeniósł Madonnę Holbeina z berlińskiej rezydencji swoich dziadków do zamku w Darmstadt, a wobec powstałych kontrowersji, która Madonna jest oryginałem: czy ta z Darmstadt czy może ta z Drezna, zgodził się, by jego Madonna wystawiona została na widok publiczny w Monachium w 1869 roku, a 1871 roku na wystawie dzieł Holbeina w Dreźnie, gdzie znawcy mogli dokonać porównań między dwoma obrazami.
Większość znawców i to najwybitniejsi stwierdziła swoimi podpisami, że Madonna z Darmstadt, mimo licznych widocznych retuszy stanowi oryginał, natomiast Madonna z Drezna jest tylko kopią. Orzeczenie to potwierdziła przeprowadzona w Monachium w 1887 roku mistrzowska restauracja Madonny z Darmstadt, i 70 lat później seria zdjęć rentgenologicznych, dokonana w Bazylei gdy obraz gościł tam w latach 1947-1958.
Przekonano się wówczas, iż w spodnich warstwach farby zachowały się ślady przeróbek i domalowań, które Holbein wykonał na życzenie fundatora, gdy w 1528 roku przebywał ponownie w Bazylei. Dodał mianowicie postać pierwszej żony burmistrza Meyera, odsłonił zakwefiony pierwotnie piękny podbródek drugiej żony i rozpuszczone w pierwszej wersji włosy klęczącej córki umieścił pod tradycyjnym wówczas czepkiem zaręczynowym, ponieważ w międzyczasie została narzeczoną.
Obecnie sławna Madonna Holbeina umieszczona jest znowu w muzeum zamkowym w Darmstadt, które spłonęło wraz z budynkiem głównym w nocy z 11/12 września 1944 roku wskutek nalotu bombowców, a dopiero w ostatnich latach zostało odbudowane i uroczyście otwarte w dniu 4 lipca 1965 roku. Madonna nie padła pastwą płomieni, bo już w 1942 roku – jeszcze podczas zwycięstw wojsk hitlerowskich – cenny obraz ukryto przezornie w zamku w Karpnikach. Wyjęto go z rzeźbionej ramy z herbem rodziny Cromhouttów ( rama spłonęła w muzeum podczas pożaru) i umieszczono w żelaznym futerale, a ten w drewnianej skrzyni nr 7
W zamku w Karpnikach w okresie międzywojennym było małe muzeum dostępne publiczności codziennie w godzinach 10 – 12 i 15 – 17. Muzeum to było czynne także w okresie II wojny światowej, ale Madonna nie była udostępniana, lecz ukryta, podobnie jak cały szereg najcenniejszych przedmiotów z muzeum zamkowego w Darmstadt, które wraz z Madonną przywieziono do Karpnik specjalnym samochodem ciężarowym do przewozu cennych mebli.
Wywiezienie sławnego obrazu Holbeina z zamku w Karpnikach było dziełem byłego konserwatora zabytków w prowincji dolnośląskiej, prof. dr Gunthera Grundmanna. Opisał on co następuje ...W dniu 20 stycznia 1945 roku rozpoczęła się śląska katastrofa, gdy przy mrozie i zacinającej ze wschodu wichurze nakazana została ewakuacja twierdzy Wroclaw. W dniu 23 stycznia opuściłem miasto z urzędowym zleceniem, bym jako prowincjonalny konserwator przemieścił najcenniejsze dzieła sztuki ze Śląska, który stawał się terenem walki. Dawno już zabiegałem o zezwolenie na dokonanie tych zabezpieczających działań. Wreszcie miały być dokonane w ostatniej chwili na szosach zapchanych niekończącymi się kolumnami pojazdów i wobec całkowicie sparaliżowanej komunikacji kolejowej.
W ciągu tych tygodni wydobyłem z opuszczonych zamków śląskich zmagazynowane tam już od lat skarby sztuki z Wrocławia, o ile to było możliwe przy nieprzerwanie posuwającym się do przodu froncie rosyjskim. Ostatnim wysiłkiem zebrałem je w Cieplicach Śląskich stale popędzany troską, iż przybędę za późno, zmaltretowany czekaniem na drogach przepełnionych uciekinierami, czekaniem na przydział pojazdów i materiałów pędnych i czekaniem w pokojach służbowych władz, których rozkład już się rozpoczął.
A w Karpnikach czekała na mnie Madonna Holbeina!. Nadszedł dzień 12 lutego. Na górach otaczających Kotlinę Jeleniogórską toczyły się już gwałtowne boje?, lada godzina spodziewano się, że Rosjanie przerwą front. Zdałem sobie sprawę: jeżeli moja cała akcja ratownicza ma mieć jakikolwiek sens, to muszę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by zebrane w Cieplicach dzieła sztuki wywieźć na Zachód. Niewyobrażalnie trudne było urzeczywistnienie tego zamierzenia. Równocześnie był to zamiar niebezpieczny, bo jeszcze wciąż Partia hitlerowska dbała o pozory i aresztowała i rozstrzeliwała każdego, kto był zdania, że walka jest przegrana i zdążał na tyły.
Udało mi się jednak przekonać decydujące czynniki Wehrmachtu o konieczności wywiezienia dzieł sztuki; czynniki te otrzymały również telegramy Księcia Heskiego z prośbą o pomoc. Niemożliwość zamieniła się w rzeczywistość: bezbronnym średniowiecznym zamkiem, któremu nakazano bronienie się aż do ostatka i bombowcami i czołgami uzyskałem samochód ciężarowy, materiał pędny i rozkaz wyjazdu.
Zapadł późny wieczór. Głucho brzmiał front poprzez góry i niepokoił spokojną kotlinę. Półmartwy siedziałem obok dwóch kierowców w drodze do zamku w Karpnikach. Niebawem zahałasował dzwonek w uśpionym domu, po czym stanąłem przed forstmeistrem z Hesji, który mi wierzyć ni chciał, że chcę zdjąć z niego odpowiedzialność za powierzone jego opiece dzieła sztuki, a w szczególności Madonnę Holbeina. Do pomocy wezwano kilku żołnierzy z sąsiadującego zajazdu i zapalono lampy stajenne, by oświetlić ciemny dziedziniec. Na jednym z parterów zdecydowałem, które skrzynie mają być załadowane.
Moje pierwsze pytanie dotyczyło Madonny Holbeina. Umieszczona była w skrzyni oznaczonej numerem 7. Rozpoczęła się mozolna praca. Niesamowicie migotały światełka w małym dziedzińcu wewnętrznym; połykane były przez ciemną sień przejazdową i wydobywały z cieniów parku zarysy starego mostu fortecznego. Jakże inna sytuacja od tej sprzed dwóch i pół lat! Wówczas w tym samym miejscu stał wielki wóz meblowy i przy pełnym świetle dziennym pół tuzina ludzi troszczyło się o każdy przedmiot. To, co wówczas było obmyślane w każdym szczególe, musiano tej nocy szybko improwizować. Po prawie dwugodzinnej wyczerpującej pracy wjechaliśmy znowu w stara aleję dębową mając za sobą cenny ładunek
a przed sobą jazdę w nieznane i beznadziejną przyszłość. Tej nocy, gdy w Cieplicach ustaliłem ostatecznie jakie dzieła sztuki mają być załadowane, ożywiała mnie wciąż myśl o obrazie, który został mi powierzony. Myśl ta dała mi też siłę do wytrzymania wraz z moją żoną nie chcącej się zakończyć podróży, która trwała 18 dni i nocy i nie do popadania w rozpacz.
Osiemnaście dni i nocy! Nie tylko jazdy, ale jeszcze więcej czekania na tej ciągle odnawiającej się ucieczce przed zniszczeniem. Codziennie eskadry samolotów nad drogami, codziennie alarmy i prawie co noc, w niewielkiej odległości od wytyczonej trasy miasta rozpadające się w gruzy. Okrutny los Drezna mógłby przypaść i obrazowi, gdyby odjazd dokonany został o 12 godzin wcześniej tak, jak to było zaplanowane. Mieliśmy jechać przez Drezno, ale po drezdeńskiej katastrofie-bombardowaniu, transport nasz został skierowany poprzez północne Czechy.
Była to noc z 13/14 lutego 1945 roku. Ciężko obładowany samochód, trzęsąc się i zgrzytając, toczył się po bocznych drogach wzdłuż grzbietu górskiego w kierunku śląsko-saskiej granicy. Na horyzoncie lśniły czerwone łuny palących się miast rodzinnych. W Saksonii zawyły syreny i powstrzymały dalszą jazdę. Wzdrygając się i ziębnąc, siedzieliśmy w szoferce i nie mogliśmy spać, ponieważ tej strasznej nocy wibrował głucho i niesamowicie jęk i huk gradu bomb spadających na Drezno.
Ponieważ koło Drezna nie można było przeprawić się przez Łabę, nastąpiło czekanie przez całą dobę w miasteczku Herrnhut, gdzie w ulewnym deszczu samochód nasz stał samotnie na dużym placu i gdzie zmieniałem się z żoną, by pilnować samochodu i jego cennego ładunku. Następnie trzeba było na czeskich drogach mijać niesłychanie powoli tłumy uciekinierów, których nędza była podobna do naszej i których los zrównałby się z naszym, gdybyśmy wreszcie dotarli do celu, który nie miałby nic wspólnego z naszym dotychczasowym życiem! Wreszcie nastąpiła chwila gdy między Decinem i Podmokly samochod przebył Łabę. Dopiero tam odniosłem wrażenie, iż odsunąłem się od bezpośrednich działań wojennych i rzeczywiście dalsza podróż przez Żatec, Karlowe Vary, Ohre i do Hof była jak by odetchnięciem po bezpośrednio zagrażającym niebezpieczeństwie.
Za miastem Hof przeżyliśmy koszący atak lotniczy. Długo tkwiliśmy skuleni w przydrożnym rowie, a w tym czasie samochód z obrazem tkwił pod pozbawionymi liści drzewami. Czy będzie ostrzelany? Co raz grzmiały ciemne, straszne ptaszyska tuż nad nami – z daleka słyszeliśmy strzały – wreszcie odleciały. Po raz drugi obraz został uratowany! W lesie Frankońskim czekaliśmy przez kilka dni aż wreszcie zdecydowano, iż Coburg w Bawarii ma stanowić cel naszej podróży. Pierwszego marca miałem opróżnić samochód i znaleźć chroniący dach dla jego cennego ładunku. Schronienia w zamku Callenberg udzieliła księżna Coburg.
Ale czy dzięki temu obraz był uratowany? Czy istniało bezpieczeństwo? Także i tutaj musiała nadejść chwila, gdy spokojna i oszczędzona od wojny okolica stać się mogła terenem walk. W pierwszych dniach kwietnia, zbliżył się tym razem od zachodu – głuchy grzmot dział. W wypadku działań wojennych obraz w zamku Callemberg nie był dostatecznie zabezpieczony. Dlatego też zdecydowałem się przy pomocy samochodu uzyskanego od Wehrmachtu przewieźć obraz do twierdzy Coburg i tam ukryć go w jednej z piwnic. Samochód wspiął się na górę i obraz schowałem głęboko pod książęcą rezydencją.
W trzy dni później rozpoczęła się nierówna walka z armią amerykańską. Walka rozpoczęła się i po upływie nocy była zakończona. Koniec zwiastował jedynie blask płomieni niesiony z góry daleko w dolinę. Po kilku dniach do Callenbergu dotarła wiadomość że w twierdzy Coburg dachy niektórych budynków uległy zniszczeniu, ale że głęboka piwnica, gdzie znajdował się obraz , nie odniosła szwanku, ani też nie została splądrowana. W ten oto sposób minęło największe niebezpieczeństwo, które mogło zagrozić obrazowi. W dwa lata później obraz wystawiono w Wiesbadenie i udostępniono dla publiczności...”
Jak Izabela Czartoryska szukała drogi z Cieplic do Bukowca w 1816 r.
Dziennik podróży z 1816 r.
Autorka Dziennika podróży do Cieplic Izabela Czartoryska, żona księcia Adama, generała ziem polskich, przedstawiciela jednego z najznakomitszych rodów polskich – była kobietą nieprzeciętną. Jej urodzenie i młodość przypadają na czasy saskie – okres największego zamieszania, nieładu i rozprężenia; w wieku dojrzałym przeżywa nieszczęśliwe panowanie Stanisława Augusta, jako staruszka bliska śmierci musi znieść cios najtragiczniejszy: opuścić na zawsze ulubione Puławy i rozstać się z synem Adamem, z którym łączyła największe nadzieje.
Hrabia Adam Czartoryski ożenił się z Wandą siostrą słynnej Elizy Radziwiłłówną panią na Ciszycy koło Kowar. Ciszyca w rękach Czartoryskich pozostała do 1927 roku.
Życie jej intensywne, bogate, długie wiąże się z epoką, gdy krajem wstrząsały wypadki polityczne i społeczne brzemienne w następstwa – konfederacja barska, trzy rozbiory, Sejm Czteroletni i uchwalenie Konstytucji trzeciego maja, konfederacja targowicka i wojna z Rosją, insurekcja Kościuszki i ogłoszenie Uniwersału połanieckiego, krótki epizod napoleoński z Księstwem Warszawskim, utworzenie Królestwa Kongresowego, wreszcie wybuch i upadek powstania listopadowego.
Latem 1816 roku Czartoryska wyjeżdża powozem na kuracje do Cieplic Śląskich. Jak podaje w dzienniku podróży w ciągu swego pobytu na Śląsku spotykała się z wieloma ludźmi: chłopi, mieszczanie, arystokracja śląska, wszystkie klasy, scharakteryzowane przez bystrą i inteligentną obserwatorkę, ożywają na kartkach pamiętnika. Dowiadujemy się z niego o charakterze mieszkańców tej dzielnicy, sposobach zarobkowania ludności i jej położeniu materialnym, o zwyczajach i zabawach ludowych. Poznajemy wraz z autorką piękno śląskiego krajobrazu i bogactwa naturalne, ukryte w ziemi.
Ślązacy – mówi Czartoryska są życzliwi, uprzejmi, grzeczni, usłużni, pobożni i bardzo pracowici. Kobiety śląskie ubierają się w piękne stroje regionalne i są schludniejsze od mężczyzn. Ludność Pogórza żyje z pracy rąk, ciągnąc zyski przede wszystkim z tkactwa, górnictwa, kowalstwa i szklarstwa. Uzdrowiska ciągnęły dochód od kuracjuszy. Którzy w czasie kilkutygodniowego pobytu korzystali z różnego rodzaju usług w samym kąpielisku, odbywali turystyczne wyprawy, przy pomocy płatnych przewodników i tragarzy, korzystali z usług poczty, uczęszczali na imprezy rozrywkowe oraz kupowali pamiątki i drobiazgi.
Księżna pani wojażowała z dwojgiem swoich ulubieńców, z którymi nie rozstawała się nigdy: szarą papugą Bazią i małym pokojowym pieskiem Szczurem. Po 2 tygodniach pobytu w uzdrowisku i zwiedzeniu najbliższej okolicy namówiono mnie na zwiedzenie Bukowca.
...”Doświadczyłam nieraz, że ludzie są najbardziej uparci wtedy, gdy nie mają racji; mieliśmy właśnie próbkę tego. Bukowiec, który mi bardzo zachwalano, jest własnością hrabiny von Reden. Aby dotrzeć do Bukowca, trzeba zrobić 3 wiorsty w jedną stronę i tyleż z powrotem (wiorsta to 1.060m). Wyruszyliśmy wcześnie rano; przezornie chciałam poprosić o przewodnika, lecz moi towarzysze zapewniali, że Bukowiec łączy się z Kowarami, przez które jechaliśmy do Cieplic, wystarczy więc trzymać się szosy, aby nie zbłądzić. Mimo że nastawałam na wzięcie przewodnika, przeważył upór mego pocztyliona.
Siedząc dumnie na dyszlowym koniu strzelił z bata i ruszył jak błyskawica, zachwycony że prowadzi nas bez przewodnika. Przejechaliśmy przez Jelenią Górę i mijając ją mój pocztylion puścił się drogą w lewo zamiast w prawo. Po dwóch godzinach jazdy stwierdziłam, że konie pokryła piana, zarządziłam więc postój w miasteczku ( może był to Wleń?). Stary poczciwy kowal pracował przed szopą; zapytałam go, jak daleko do Kowar? Dwie mile – odpowiedział, ale ta droga nie prowadzi do Kowar (mila pruska wynosi 7,5 km).
Wiadomość ta skonsternowała wszystkich, lecz że nawarzyliśmy piwa, pojechaliśmy inną drogą, usiłując znaleźć właściwą. Prosiliśmy o przewodnika. Miejscowy oberżysta polecił nam jakiegoś kretyna, mającego zaledwie 3 stopy wzrostu (stopa to 30 cm, z małymi oczkami, o spuchniętych policzkach, w ubraniu, przez które tu i ówdzie prześwitywało gołe ciało. Zawróciliśmy, przewodnik wiódł nas drogami wąskimi, krętymi i pełnymi kamieni. Droga zniechęciła nas zupełnie, a po uwadze kretyna, że musimy pokonać jeszcze dwie wysokie góry, postanowiliśmy zawrócić do miasteczka, skąd wyjechaliśmy. Przewodnik rozumiejąc że go już nie potrzebujemy, opuścił nas i poszedł ścieżkami na skróty.
Gdy przejeżdżaliśmy obok kilku rozwalonych chałup, wybiegła nam na spotkanie rozczochrana starucha, wrzeszcząc wniebogłosy: Gdzie jest mój Fryderyk? On na pewno został zabity. Była to ciotka kretyna i kiedy ujrzała, że wracamy sami, zrozumiała, żeśmy go zamordowali w górach; z trudem udało się nam ją uspokoić. W końcu zjawił się Fryderyk i zapanował spokój. W miasteczku dostaliśmy tylko chleba i mała oraz owsa dla koni, po czym odjechaliśmy w drogę powrotną do Cieplic.
Po tygodniu ponowiliśmy kolejną podróż do Bukowca. Najpierw pojechaliśmy do Kowar, gdzie pyszny obiad wprawił nas w doskonały humor. Przed obiadem Zosia i Lila (córka i wychowanica) poszły obejrzeć tkalnię wstążek, gdzie młode dziewczęta obsługują 190 krosien. Mieści się ona w ładnym budynku i aby tam dotrzeć, idzie się drogą wysadzoną pięknymi krzewami róż o długich łodygach, tak obsypanych kwieciem, że każdy przechodzień przystaje na ich widok i podziwia je nie mogąc oderwać wzroku. Nigdy nie widziałam tak olbrzymich i równie pięknych kwiatów.
Po powrocie Zosi zjedliśmy obiad, potem przewodnik wskazał nam drogę do Bukowca, oddalonego o ¼ mili od Kowar. Przyroda uczyniła wszystko, jak wszędzie w tym zakątku Śląska, by upiększyć Bukowiec, Najróżnorodniejsze widoki, zieleń najświeższa, kraj pocięty polami, dalej góry i wspaniałe drzewa. Hrabia Reden, dawny właściciel Bukowca, bawił kilka razy w Anglii i tam nabrał upodobania do jej kultury i do angielskich ogrodów. Można to zauważyć wszędzie, lecz przede wszystkim świadczą o tym szczegóły: wspaniałe pola uprawne, dobór drzew, rozplanowane z największym smakiem krzewy i rośliny obrzeżają drogi i ścieżki. Idąc nimi można dotrzeć do różnych interesujących budowli: najpierw pawilon poświęcony żonie, zbudowany w stylu włoskim; dwa przeciwległe gabinety zawierają wyborne ryciny, piękne obrazy i bibeloty, upiększając to miłe ustronie, do którego wraca się z przyjemnością.
Stamtąd udaliśmy się do domku ogrodnika: otoczony kwiatami i krzewami wyglądał jakby się znajdował na rabacie. Kwiatów taka moc, że oko oślepia różnorodność barw zestawionych przypadkowo, jarzących się w blaskach słońca. Dom, zbudowany dokładnie według wzoru angielskiej fermy, jest uroczy. Obok pomieszczenia dla ogrodnika jest pokój gościnny, z angielskimi oknami, wybity tapetą. Wygodne sofy, stoły, a na ścianach piękne rysunki kwiatów i roślin. Na ścianach wisiało 12 obrazów przedstawiających kwiaty właściwe dla 12 miesięcy roku. Można tu otrzymać herbatę, śmietankę, masło i owoce z czego nie omieszkaliśmy skorzystać.
Potem ogrodnik zaprowadził nas do chaty ukrytej wśród pięknych drzew, gdzie mały strumyk cichutko toczy swe wody po piasku delikatnym i lśniącym; skąd widać łąkę i lasek pobliski. Wnętrze chaty przyjemnie urządzone zaprasza do odpoczynku. Stąd uroczą drogą powiódł nas ogrodnik do opactwa – budowli gotyckiej z wieżą i podziemiami. Hrabia Reden wystawił ją z myślą o tym, że pewnego dnia tu zostanie pochowany; słaby i chory doczekał tego prędzej, niż się spodziewał. Żona jego, jeszcze dość młoda, posłuszna woli męża, do którego przywiązana była najczulszym afektem, spełniła pragnienie i żądanie umierającego. Złożony więc został w podziemiach; wielki, biały całun, opadający aż do ziemi, okrywa jego grób. Widzieliśmy na nim róże; jak objaśnił ogrodnik, składa je codziennie hrabina przychodząc oddać hołd ukochanemu i nieodżałowanemu mężowi.
Rok zaledwie upłynął od jego śmierci; w pierwszą rocznicę dla uczczenia jego pamięci ślubowała hrabina odziewać co roku 24 sieroty. Spokojna boleść bez żadnej ostentacji, troska o biedne dzieci w jej posiadłości, dobroczynność pozbawiona wszelkiej miłości własnej wzruszyły mnie bardziej niż głośne szlochy i wszelkie inne sposoby jawnego demonstrowania uczuć. Serce musi samo znieść ból, który przedłuża najczulsza wdzięczność; miłość własna nie powinna brać w tym udziału.
Opactwo, godne widzenia, utrzymane jest w najlepszym porządku. Kryptę i podziemi pokrywa bujna roślinność, pnąca się wzdłuż ścian i sklepień z nieciosanego kamienia; zdaje się ona tworzyć kwiatową siatkę i wypełnia subtelnym zapachem ten azyl śmierci. Nad kryptą wznosi się mały budynek z wieżą, niezamieszkały, otoczony laskiem. Jest to miejsce poświęcone refleksji, skupieniu i boleści. Obrazy, rysunki, ryciny przedstawiają Madonny, Chrystusów, św. Cecylię i wiele innych. Na fryzie z kości słoniowej, malowanym subtelnie na popiel i podzielonym na pola, znajdują się objaśnienia każdego artykułu Ojcze nasz, modlitwy prostej, lecz wzruszającej do tego, kto ją odmawia z powagą, modlitwy, stanowiącej połączenie uwielbienia należnego Stwórcy oraz próśb, które ośmielamy się doń zanosić.
Na stole jedyna księga w opactwie – wielka biblia. Wszystko w tym interesującym ustroniu urządzone składnie i ze smakiem, lecz mogliśmy je zwiedzić jedynie dzięki przypadkowi, hrabina bowiem nigdy go nie otwiera, a klucz przechowuje u siebie. Trafiliśmy szczęśliwie na dzień, kiedy powierzyła klucz dozorczyni dla zrobienia porządków. Odeszłam stamtąd głęboko wzruszona. Piękna miejscowość, boleść żony, głęboko odczuwającej swoje nieszczęście, widok tego uroczego miejsca, które tak krótko było radością hrabiego i które jemu zawdzięcza swą piękność, wreszcie on sam złożony tutaj do grobu – wszystko to zajmowało moje myśli w drodze gdy wracaliśmy do Cieplic Śląskich.
Ciąg dalszy w Cz.8
Myslakowice.com to niezależny, prywatny portal internetowy poświęcony tematyce Mysłakowic i Dolnego Śląska. Na stronach naszego portalu można znaleźć również informacje o zasięgu krajowym i światowym.
Wszystkie materiały, fotografie i grafiki są chronione na mocy prawa autorskiego i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Przy cytowaniu na innych stronach www należy dodać aktywny odnośnik do strony myslakowice.com
Dodaj komentarz